Dyskusyjny Klub Filmowy Powiększenie

 

 

REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE”

 

Od 06.07.2020 r. wznawiamy działalność DKF "Powiększenie". Seanse będą się odbywały w sali audiowizualnej Kwidzyńskiego Centrum Kultury w budynku przy ul. 11-go Listopada 13.
 
Obowiązują nas ograniczania wynikające z wymogów sanitarnych walki z pandemią.
 
Na sali będzie mogło być maksymalnie 50 osób. Wszyscy muszą być w maseczkach. Przed wejściem na salę obowiązuję dezynfekcja dłoni.
 

 

 

REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE” WRZESIEŃ 2020

 

Lp.

TYTUŁ

DATA

GODZ.

CZAS

1

BOŻE CIAŁO

07.09.2020

18.00

115 MIN

2

„WSZYSTKO DLA MOJEJ MATKI”

14.09.2020

18.00

93 MIN

3

„EASTERN”

21.09.2020

18.00

87 MIN

4

„SALA SAMOBÓJCÓW - HEJTER”

28.09.2020

18.00

135 MIN

 

„BOŻE CIAŁO”

REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIA – JAN KOMASA

 SCENARIUSZ – MATEUSZ PACEWICZ

ZDJĘCIAPIOTR SOBOCIŃSKI JR.

SCENOGRAFIA – MAREK ZAWIERUCHA

MONTAŻPRZEMYSŁAW

                      CHRUŚCIELEWSKI

DŹWIĘK – TOMASZ WIECZOREK,

                     KACPER HABISIAK,

                     MARCIN KASIŃSKI

MUZYKA – EVGUENI&SACHA GALPERINE

 

DANIEL – BARTOSZ BIELENIA

KOŚCIELNA – ALEKSANDRA KONIECZNA

MARTA – ELIZA RYCEMBEL

PINCZER – TOMASZ ZIĘTEK

WDOWA – BARBARA KURZAJ

WÓJT – LESZEK LICHOTA

PROBOSZCZ – ZDZISŁAW WARDEJN

KSIĄDZ TOMASZ – ŁUKASZ SIMLAT

 

 

O FILMIE

"Boże Ciało" to historia 20-letniego Daniela, który w trakcie pobytu w poprawczaku przechodzi duchową przemianę i skrycie marzy, żeby zostać księdzem. Po kilku latach odsiadki chłopak zostaje warunkowo zwolniony, a następnie skierowany do pracy w zakładzie stolarskim. Jednak zamiast tam, swoje kroki kieruje do miejscowego kościoła, gdzie zaprzyjaźnia się z proboszczem. Kiedy pod nieobecność duchownego nadarza się okazja, chłopak wykorzystuje ją i udając księdza, zaczyna pełnić posługę kapłańską w miasteczku. Od początku jego metody ewangelizacji budzą kontrowersje wśród mieszkańców, szczególnie w oczach surowej kościelnej Lidii. Z czasem jednak nauki i charyzma fałszywego księdza zaczynają poruszać ludzi pogrążonych w tragedii, która wstrząsnęła lokalną społecznością kilka miesięcy wcześniej. Tymczasem w miasteczku pojawia się dawny kolega Daniela z poprawczaka, a córka kościelnej, Marta, coraz mocniej zaczyna kwestionować duchowość młodego księdza. Wszystko to sprawia, że chłopakowi grunt zaczyna palić się pod nogami. Rozdarty pomiędzy sacrum i profanum bohater znajduje w swoim życiu nowy ważny cel. Postanawia go zrealizować, nawet jeśli jego tajemnica miałaby wyjść na jaw.

To mocny film i zaczyna się mocno – sceną gwałtu analnego. Tak zabawiają się chłopcy w warsztacie poprawczaka. Drzwi pilnuje Daniel (Bartosz Bielenia) który, kiedy zbliża się wychowawca, posłusznie alarmuje o niebezpieczeństwie – taki dobry kolega. Zaraz potem idzie na mszę, gdzie ksiądz Tomasz (Łukasz Simlat) resocjalizuje młodzież śpiewem i modlitwą, a ponieważ umie rozmawiać z trudnymi chłopakami ich językiem, do niektórych znajduje drogę.

Także do Daniela, który potrafi czysto i gorliwie wyśpiewać „Pan mym pasterzem”. Widać, że wiara rozpala w nim ogień, wyzwala lepsze ja, w tym okrutnym miejscu stanowi schronienie. Skoro w Kościele znalazł miłosierdzie, zrozumienie i win odpuszczenie, po odsiadce najchętniej sam zostałby księdzem. Tyle że seminaria nie przyjmują w swoje szeregi kryminalistów.

Zamiast tego czeka go więc nędzna praca w prowincjonalnej stolarni, zatrudniającej jemu podobnych. To i tak jest jakieś wybawienie, Daniel korzysta więc z szansy, jedzie na Podkarpacie. Ale po drodze jeszcze wskoczy na imprezę, gdzie wóda, koks, techno i pokątny seks. A potem na kebab. Gdy już dotrze do miasteczka, przed zameldowaniem się w warsztacie wpada do lokalnego kościoła pomodlić się i przeprosić za ostrą nockę. I tu zdarza się coś, co odmieni nie tylko jego życie.

Poznaje Elizę (Eliza Rycembel), której wkręca, że jest księdzem. Robi to na tyle przekonywająco, że ta prowadzi go na zakrystię do swej matki – służącej na plebanii Lidii (Aleksandra Konieczna). Kościelna poznaje go z proboszczem (Zdzisław Wardejn), który wydaje się raczej zbłąkaną owieczką niż pasterzem. Wie o tym i szuka pomocy. Proponuje, by Daniel na jakiś czas go zastąpił.

Chłopak wchodzi w rolę – zamiast po osiem godzin dziennie ciachać deski, mości sobie wygodne gniazdko na plebanii. Na cześć kapłana z poprawczaka mianuje się księdzem Tomaszem i zaczyna naśladować jego nieortodoksyjne metody. Kieruje nim pyszałkowatość, cwaniactwo… – a może chodzi o coś więcej? Bo na stole leży nie tylko łatwy kościelny chleb, ale i szansa na odmianę losu, nawet zbawienie – nie tylko własne, lecz także pogrążonej w żałobie i duchowej apatii lokalnej społeczności.

Formuły spowiedzi i scenariusze mszy Daniel googluje na smartfonie, ale kazania pisze sam i wygłasza je płomiennie. Ma charyzmę, żar i autentycznie angażuje się w życie miejscowości, która pod wpływem młodego księdza zaczyna zmieniać się na lepsze. Tak jakby naprawdę zstąpiło do nich boże ciało.

Użyczający tu swego ciała Bartosz Bielenia, znany z mniejszych ról w „Na granicy”, „Disco polo” czy „Człowieku z magicznym pudełkiem”, wypada porywająco zarówno wtedy, gdy natchniony śpiewa psalmy, jak i wtedy, gdy namiętnie wciąga kreski – z pewnością będzie to dla niego rola przełomowa. Wypełnia bohatera całkowicie, ale nie popada w przesadę. Nie redukuje go też ani do świętego, ani do patola – umiejętnie balansuje między tymi biegunami.

Podobnie zresztą jak reżyser, starający się nie osądzać i nie moralizować. Równie wyważony jest portret polskiej prowincji – z jednej strony Komasa pokazuje jej autentyczne oddanie religii, tradycji, ale i przaśnym rozrywkom, z drugiej hipokryzję (to słowo ważne w filmie). Poddaje krytyce powierzchowne rozumienie katolickich nauk i zachowania stadne, ale nie wyszydza ludzi i nie stawia się ponad nimi.

Widzimy przywary tego świata, ale też to, że inny świat nie jest tu możliwy. Poza nim są tylko żądne władzy i pieniądza „elity”, reprezentowane przez wójta Walkiewicza (Leszek Lichota), piekło państwowych instytucji naprawczych albo zabawa aż do samozatracenia. Pośród takiej oferty kultura zwaśnionego miasteczka może być jedynym rajem dostępnym dla bohatera. Widzimy jednak, że dla innych – takich jak zakleszczona w nim Eliza czy grana przez Barbarę Kurzaj wdowa – pozostaje aż nazbyt oswojonym więzieniem.

Oglądamy więc system zamknięty, a właściwie kilka połączonych ze sobą popsutych podsystemów. Ten penitencjarny jest żartem – nie potrafi nikogo zresocjalizować, eskaluje tylko przemoc. Ten kościelny może czasem pomóc, ale brakuje duchownych, którzy wyszliby poza klepanie formułek – bo brakuje woli kształtowania takich kapłanów. „Boże Ciało” mówi całkiem wprost i bez ironii, że w gąszczu reguł: prawnych, sakralnych, obyczajowych, zgubiliśmy gdzieś drogę do – jak kto woli: Boga, Dobra, Prawdy.

A także do siebie nawzajem i do ukojenia, którego szczególnie potrzebujemy w obliczu kryzysów – indywidualnych i społecznych. Bez mądrego oparcia z zewnątrz pozostaje tylko rozpacz lub martwe rytuały maskujące pustkę. Nowy film Jana Komasy – brutalny, dosadny, prowokacyjny – na pewno nie jest przy tym antyreligijny. Odwrotnie – wydaje się wołaniem o lepszą opiekę nad duchem i ciałem Polaków. Tylko kto jest w stanie temu sprostać?

„Boże Ciało” jest więc ubranym w protest song psalmem, wykonanym tyleż przepięknie, co przystępnie. Potwierdza to odbiór filmu w Wenecji i Toronto, a także w Gdyni, gdzie zdobył nagrodę za reżyserię, scenariusz i drugoplanową rolę Rycembel. To kolejny sukces Komasy, który osiem lat temu szturmem wkroczył do ścisłej czołówki polskiej reżyserii debiutancką „Salą samobójców”.

Już wtedy – co nie zdarzało się wówczas często – potrafił odmalować pozbawiony fałszywych tonów portret współczesnej Polski, bez popadania w karykaturę czy idealizację. Tak jest i teraz. Zazwyczaj mam problem z kinem, które mówi „jak jest” aż tak serio, które chce być aż tak poważne i aż tak ważne.

Komasie jednak wierzę. Może ze względu na to, że bardzo dba o bycie komunikatywnym. O to, by jego filmy oglądało się z zapartym tchem, żeby było w nich aktorstwo najwyższej próby, psychologiczna wiarygodność, dobre dialogi, wartka akcja. A przy tym, żeby biła z tych filmów prawda, której nie trzeba zamykać w cudzysłów.

Adam Kruk, Boże Ciało, „Kino” 2019, nr 10, s. 79

 

 „WSZYSTKO DLA MOJEJ MATKI”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria: Małgorzata Imielska Scenariusz: Małgorzata Imielska Muzyka: Włodzimierz Pawlik

Zdjęcia: Tomasz Naumiuk

Montaż: Agnieszka Glińska Scenografia: Katarzyna Filimoniuk

 

Zofia Domalik – Ola

Maria Sobocińska – Agnes

Malwina Laska – Mania

Magdalena Celmer – Sandra

Helena Englert – Ewka

Joanna Połeć – Klaudia

Zuzanna Puławska – „Głodna”

Alicja Czerniewicz – Justa

 

O FILMIE

Film o dziewczynie, która znalazła siłę, by wykrzyczeć swoją historię. Wszystko po to, by odzyskać życie, w którym szuka miejsca na miłość. Za rolę Oli, Zofia Domalik, otrzymała nagrodę za Profesjonalny Debiut Aktorski na 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Obraz zwyciężył też w Plebiscycie Publiczności 35 Warszawskiego Festiwalu Filmowego w kategorii film fabularny.

Olka ma siedemnaście lat. Za ciągłe ucieczki z domu dziecka, sąd umieścił ją w zakładzie poprawczym. Pewnego dnia spotyka tam Andrzeja i Irenę. Gdy dowiaduje się, że mieszkają blisko jej dawnego domu rodzinnego, wymusza, by zabrali ją na wakacje. Dla niej to szansa, by wreszcie dowiedzieć się więcej o swojej matce. Nie wie, że zapłaci za to ogromną cenę.

W otwierającej fabularny debiut Małgorzaty Imielskiej sekwencji oglądamy fragment dzieciństwa naszej protagonistki uchwycony cyfrową kamerą. Chwile idyllicznego szczęścia, gdy ta biegła za głosem matki po trawniku, szczerze śmiejąc się i ciesząc z rodzinnego spokoju. Przez całą resztę projekcji, podobnie jak główna bohaterka, będziemy wracać myślami do tych wspomnień, próbując niejako odciąć się od ciężaru codzienności przepełnionej bólem, cierpieniem i pustką. Zapomnieć o przeszywająco dotykających i duszących nasze sumienia scenach. Uciec od dojmującego realizmu obrazu, który oglądamy na dużym ekranie. Ale, podobnie jak Ola, nie będziemy w stanie. Bo choć tak jak i ona głęboko wolałbym wierzyć, że wizje świata zapisane na kliszy są prawdziwe, życie brutalnie weryfikuje te utopijne prawdy.

Powrót do lat dzieciństwa zostaje brutalnie przerwany cięciem wprowadzającym napisy tytułowe, odzielające grubą kreską przyjemność przeszłości od beznadziei tu i teraz. Cała opowieść i jej konstrukcja będzie teraz polegała na naszej filmowej uważności – od nas zależy to, jak szybko połączymy pewne fakty, by stworzyć obraz życia Oli, nastoletniej dziewczyny zamkniętej w zakładzie poprawczym. W głowie dźwięczą nam pytanie – dlaczego tu trafiła? Co stało się z jej matką?

Na wszystkie zadawane sobie pytania dostaniemy z czasem odpowiedź. Na początku jednak musimy przeżyć z protagonistką jej codzienność, od której jedyną ucieczką są treningi biegowe na 1500 metrów, dystans, który – jak się okazuje – był specjalnością jej matki. Za rogiem czekają na nią Mistrzostwa Polski, może osiągając dobry rezultat przykuje uwagę zaginionej mamy, może wtedy kobieta się odnajdzie?

Każda z dziewczyn dzielących pokój z Olą, mimo różnych przeszłości i wyroków sądowych, mierzy się z podobnym problemem – przeszywającą samotnością. Agnes, skazana za morderstwo, czeka na przepustkę. Przecież życie odebrała w obronie koniecznej, w chwili gwałtu. Nie może się jednak do tego nikomu przyznać, środowisko opiekunów, których zadaniem jest resocjalizacja i pomoc w odpowiedzi na wyznanie dziewczyny mają jedną, wspólną, konsensualną odpowiedź: “Nie chcę o tym słuchać. Mam dość”. Mania, której matka zabiła przemocowego ojca alkoholika, ma przy sobie jedynie trzymanego w domu dziecka młodszego brata, do którego dzwoni co tydzień. Ale i o te rozmowy musi błagać, będąc pozbawiona telefonu i godności przez aparat władzy.

Małgorzata Imielska, twórczyni znakomitych filmów dokumentalnych, przenosi na kanwy fabuły swój warsztat, tworząc obraz hiperrealistyczny. Każdy kadr będzie tutaj wyzbyty z kolorytów, paleta barw będzie składała się głównie z szarego i burego, a błękitne momenty, symbolizujące niewinność, zostaną brutalnie przerwane przez kolejne akty przemocy i krzywdy. Gdzieś w tle iskrzy się skojarzenie z “Kafarnaum”, choć tam, gdzie Nadine Labaki próbowała osiągnąć sukces na biedocie dzieci, Imielska w każdej chwili pokazuje jak bardzo zależy jej na losie jej bohaterek – nie tylko Oli, ale każdej innej osadzonej z nią dziewczyny.

Za każdym razem gdy reżyserka wyrywa protagonistkę z zakładu poprawczego, boimy się o nią jeszcze bardziej. Chociaż na terenie placówki jest jej źle, to może ona przynajmniej marzyć o tym kto i co czeka na nią za murami. Konfrontacja z brutalną rzeczywistością okazuje się o wiele gorsza.

Najbardziej przerażającym jest motyw rodziny zastępczej spod Olsztyna, mieszkającej w wielkim domu na wsi, z którego nie dochodzą krzyki. Już od samego momentu przyjazdu czujemy mrok całego miejsca, sztuczność przybranego wujka granego przez Adama Cywkę. Imielska wie i z wyprzedzeniem informuje nas o tym, jakim człowiekiem jest Andrzej, jednocześnie nie ostrzegając przed nim bohaterki, która ponownie uwierzyła, że świat może być dobry. Nie może.

“Wszystko dla mojej matki” dusi nas swoim ciężarem stopniowo. Na początku przewija się gdzieś jeszcze tani humor (padający głownie z ust trenera Tomka), słodycz biurokratycznej dyrektor placówki. Z czasem jednak klimat całej opowieści zaczyna blaknąć, zmierzając w czarne odmęty ludzkiej natury i demitologizując postacie, które miały być wzorem do naśladowania i ostoją zagubionych dusz.

Imielska mistrzowsko kreuje nie tylko protagonistkę i jej rówieśniczki z zakładu, ale również postacie dorosłych, nigdy nie przekraczając granicy akceptowalnej dramaturgii, nigdy nie hiperbolizując. Przez cały czas mamy poczucie, że oglądamy wiarygodnych i prawdziwych bohaterów, którzy – niezależnie od czasu ekranowego – mają pewny, jasny dla widza rys charakterologiczny. O ile w przypadku matki nie powinno to dziwić, gdyż jej historia przypomina Stellę z “Powiedz mi dlaczego?”, jednego z najgłośniejszych filmów reżyserki, o tyle sposób napisania postaci Dyrektor i psycholog Izy szczególnie imponuje.

Świadomie bądź nie, dużo jest punktów wspólnych między “Wszystko dla mojej matki” i netfliksowym “Orange is the new black”. Od realizmu przemocowych scen, przez znakomicie napisane postaci, aż do zrozumienia psychologii każdej z osadzonych i przyczyn, które doprowadziły je w te miejsce. Z tym, że tam gdzie w serialu nas widzów przed bólem ratuje komediowe przełamanie, czy też inscenizacje rodem z kina akcji, Imielska operuje tylko kamerą i zbliżeniami w zlęknione oczy, przez które to często chcielibyśmy odwrócić wzrok, udając że nie widzimy tych problemów. Reżyserska zmusza nas i mówi: “Patrz”.

Realizm obrazu zakorzeniony jest również w formie, wyzbytej z efekciarstwa, rozświetleń i szerokiej palety barw. Filmem, któremu do “Wszystko dla mojej matki” najbliżej, jest produkcja “Wszystko będzie dobrze” również traktująca o trudnej matczynej miłości do dziecka. Z tym, że o ile tam co jakiś czas mieliśmy słoneczną scenerię, w obrazie Imielskiej obserwujemy jedynie deszcz i śnieg. Bez oznak na poprawę sytuacji.

Po wyjściu z kina z trudem mogłem złapać oddech. Nie dlatego, że był to film niezwykle trudny w odbiorze, ale dlatego, że łączył dokumentacje przemocy i patologii z ładunkiem emocjonalnym, powodując, że włożyliśmy w ten seans całe swoje serce, licząc na poprawę życia Oli.

W finale protagonistka znów biega, w końcu za rogiem mistrzostwa. Tym razem jednak nie biegnie dla matki. Biegnie dla siebie. M,

Maciej Kędziora, Filmawka

 

 „EASTERN”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyser - Piotr Adamski

Scenariusz - Piotr Adamski

                     Michał Grochowiak

Zdjęcia - Bartosz Nalazek

Muzyka - Hubert Zemler

Montaż - Bartosz Pietras

Scenografia - Agata Lepacka

Maja Pankiewicz

Paulina Krzyżańska

Marcin Czarnik

Anna Kłos-Kleszczewska

Edyta Torhan

Bartłomiej Krat

 

O FILMIE:

„Eastern” to szokująca wizja Polski, w której broń jest legalna, obowiązuje prawo krwawej zemsty, a pomiędzy zwaśnionymi rodami trwa wojna. W tej alternatywnej, dystopijnej rzeczywistości za bramą zamkniętego osiedla, pod okiem monitoringu, toczy się osobliwa gra. Dwie dziewczyny zostają wplątane w porachunki między sąsiadującymi rodzinami. Szybko okazuje się jednak, że w takim świecie nikomu nie jest wygodnie. Strach, konieczność wykonania zadania za wszelką cenę i wszechobecna podejrzliwość stają się nie do zniesienie. Czy jest możliwe wystąpić przeciw tak ułożonemu systemowi?

Urocze przedmieścia, domki jednorodzinne, ewentualnie bliźniaki, wypolerowane SUV-y,  młodzież, która lubi deskorolki oraz… broń. Bardzo nieswojo przywołuje się ten na wpół żywy, a na wpół martwy obrazek w dobie ostatnich światowych wydarzeń. Dziwaczny klimat suburbii rozmywa się wraz z pojawieniem się w kadrze broni. Gdy przyglądamy się jednak bliżej światu przedstawionemu nam przez Piotra Adamskiego, dostrzegamy w nim coraz więcej swojskich elementów. Krok po kroku, kadr po kadrze, postać po postaci dociera do nas, że to jest nasze, polskie, choć odległe z powodu przedziwnego, dystopijnego przewrotu. Eastern jest na szczęście pełnoprawnym kinem zemsty rozgrywającym się w alternatywnym świecie na tyle dobrze skonstruowanym, że rozumiemy jego zasady nawet bez ekspozycji.  Aż żal bierze, że musimy na coś tak smacznego poczekać nieco dłużej niż wcześniej zaplanowana premiera.

Surowy i krwawy koncept oparty jest na wręcz plemiennej dystrybucji zemsty. Stosunki między ludźmi to mokry sen Hammurabiego, gdyby ten przyszedł na świat w czasach ołowiu i dwururek. Dwie dziewczyny, trochę bezwolnie, muszą uczestniczyć w konflikcie pomiędzy dążącymi do wyniszczenia rodami. Córka niesłusznie zabitego Kowalskiego mści się na Nowaku, zabijając mu syna. Wedle obowiązującego, dawno wykształconego prawa, Nowak może albo się zemścić albo żądać od rodziny Kowalskich „wykupu krwi”. Opłata za życie albo samo życie. Cóż, to pierwsze nie wchodzi w grę, ponieważ matka Kowalska nie ma pieniędzy. Przelana krew nie zostaje zatkana kurkiem przebaczenia, świat przedstawiony jest coraz bardziej przejrzysty, a umowność typowo polskich nazwisk nie przeszkadza w potraktowaniu tego, co dzieje się na ekranie, jako uniwersalnego akcyjniaka. Takiego, w którym mniej oznacza więcej, a twórcami nawet przez chwilę nie kieruje grzech dopowiadania oraz komplikowania swoich natchnień. Tak, jest to young adult w stylu Igrzysk Śmierci, ale jest to również dzieło zanurzone bardzo mocno w poetyce książek J.G. Ballarda i wendetowych filmów epoki Reagana z Charlesem Bronsonem.

Adamski nie dysponował budżetem lśniącym niczym góra Smauga, a ograniczenia wymuszają w tym przypadku ścisłe i kurczowe trzymanie się bohaterów. Przedmieścia oraz lokalność są pomysłem na poradzenie sobie z ograniczeniami, ale jakoś trudno sobie wyobrazić, że gdyby przeniesiono się do skali makro, byłoby to wciąż tak soczyste. Stałoby się trochę jak z kolejnymi sezonami Westworld – wiemy, na jakich zasadach działa świat, ale stopień jego skomplikowania powinien jedynie wybrzmiewać wewnątrz widzialnej mapy. Wszystko, co poza nią, przyniosłoby szkody dla logiki. Połączenie ze światem zewnętrznym jest więc odczuwalne, ale w swojej dystopii Adamski woli opowiadać nie słowami bohaterów oraz ekspozycji, lecz poczynaniami. Postacie grane przez Maję Pankiewicz i Paulinę Krzyżańską są żywe tak mocno, jak nieco zaprojektowany wydaje się otaczający ich fatalizm. Dopóki jednak metafory są przejrzyste, a mechanizmy zemsty zrozumiałe, nikt nie powinien narzekać. Narastające napięcie ma swoje ujście w krwawych i dobrze nakręconych scenach akcji, które nie wstydzą się swojego B-klasowego rodowodu.

Zresztą już sam zwiastun Eastern nastraja swoje tempo pod dwa utwory – Żegnam cię, mój świecie wesoły Adama Struga oraz świetny kawałek rapowy Monza duetu PRO8L3M. To jedna z najlepiej oddających ambicje filmu zajawek, jakie oglądałem w polskim kinie. Powolne snujostwo kamery pomiędzy wymęczonymi twarzami ludzi a polerowaną bronią przechodzi w szybki montaż i roztrzęsioną relację z wojny domowej. Sfery, pomiędzy którymi rzadko który polski twórca kinowy przeskakuje, nie tracą na swojej soczystości. Na obie warto poczekać jeszcze kilka tych męczących tygodni lub miesięcy kinowego przestoju. 

Autor: Jakub Koisz

„SALA SAMOBÓJCÓW. HEJTER”

REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIA – JAN KOMASA

SCENARIUSZ – MATEUSZ PACEWICZ

ZDJĘCIA – RADEK ŁADCZUK PSC

SCENOGRAFIA – KATARZYNA SOBAŃSKA,

                              MARCEL SŁAWIŃSKI

MONTAŻ – ALEKSANDRA GOWIN

MUZYKA – MICHAŁ JACASZEK

 

TOMEK GIEMZA – MACIEJ MUSIAŁOWSKI

BEATA SANTORSKA – AGATA KULESZA

ZOFIA KRASUCKA – DANUTA STENKA

GABI KRASUCKA – VANESSA ALEKSANDER

PAWEŁ RUDNICKI – MACIEJ STUHR

ROBERT KRASUCKI – JACEK KOMAN

STEFAN GUZKOWSKI – ADAM GRADOWSKI

FITANETA – JULIA WIENIAWA-NARKIEWICZ

 

O FILMIE:

Tomek (Maciej Musiałowski), student prawa Uniwersytetu Warszawskiego, zostaje przyłapany na plagiacie i wydalony z uczelni. Postanawia jednak ukrywać ten fakt przed światem i nadal pobiera pomoc finansową od państwa Krasuckich (Danuta Stenka, Jacek Koman) - rodziców Gabi (Vanessa Aleksander), przyjaciółki z czasów dzieciństwa. Kiedy oszustwo wychodzi na jaw, skompromitowany chłopak traci zaufanie i życzliwość swoich dobroczyńców. Przepełniony gniewem i żalem, oddzielony od Gabi, w której skrycie podkochuje się od lat, Tomek planuje zemstę na Krasuckich. Szansa pojawia się, kiedy otrzymuje pracę w agencji reklamowej, a wraz z nią dostęp do najnowszych technologii i tajemnic stołecznej elity. Pod pozorem obowiązków zawodowych Tomek zaczyna inwigilować Krasuckich, aktywnie włączonych w kampanię polityczną kandydata na prezydenta stolicy, Pawła Rudnickiego (Maciej Stuhr). Wkrótce plan internetowego hejtera zaczyna nabierać coraz realniejszych kształtów, a droga do jego realizacji wiedzie przez wirtualny świat popularnej gry komputerowej.

Nakręcona 10 lat temu „Sala samobójców” Jana Komasy była na polskim rynku kinowym czymś nowym. Przede wszystkim było to pierwsze na taką skalę połączenie kina aktorskiego z animacją, gdzie sekwencje animowane pełniły określoną funkcję fabularną – przejścia między światem rzeczywistym (realem) i rzeczywistością wirtualną, w której bohaterowie mogli zachować pełną anonimowość ze wszystkimi, także wątpliwymi korzyściami, jakie z tego płyną.

Ta anonimowość w sieci, budująca poczucie braku odpowiedzialności za myśli, słowa i czyny, przy równoczesnej fascynacji Internetem jako najszybszym ze znanych narzędzi komunikacji, stała się w „Sali samobójców” jednym z kryteriów opisu ówczesnego społeczeństwa: niedojrzałego także w obliczu mechanizmów społecznych okresu przejściowego.

Komasa nie omija nikogo – pokazuje zagubienie młodych, bezradność zajętych sobą (a nie rodziną) rodziców czy brak wizji pewnych grup zawodowych (choćby lekarzy psychiatrów). Tragiczny finał sięga katharsis: ktoś stracił życie, ktoś poczuł się za to odpowiedzialny, ktoś zmądrzał, a wielu – mam na myśli widzów – czegoś się nauczyło.

Wracając po 10 latach do „Sali samobójców”, Jan Komasa zyskał niepowtarzalną szansę, by podejmując temat „Internet a sprawa polska”, przyjrzeć się, jak postępuje edukacja w tej kwestii na poziomie społecznym. Wnioski, jakie podsuwa, nie napawają optymizmem. Otóż Polacy przede wszystkim nauczyli się korzystać z opcji „kopiuj-wklej”, co potwierdzą nauczyciele na każdym poziomie nauczania – od podstawowego na akademickim kończąc.

Bohater „Sali samobójców. Hejtera” należy do nielicznych wyjątków, którzy ponoszą konsekwencje nadużywania tej funkcji: za plagiat wylatuje ze studiów. Kara jest szczególnie dotkliwa, zważywszy że chłopak utrzymuje się w Warszawie dzięki dobroczynności ludzi zamożnych, którzy kiedyś spędzali wakacje u jego rodziców, a teraz ufundowali mu stypendium. Ich gest nie jest do końca szczery – bardziej chodzi o zaspokojenie własnego ego niż dar serca, więc bohater bez skrupułów ich wykorzystuje.

Przydatnym narzędziem jest Internet: znajomość z córką dobroczyńców na portalu społecznościowym pozwala rozszerzyć krąg znajomych, a w rezultacie przejąć ofertę pracy w agencji PR. Nie jest to zwykła agencja: tu nie buduje się wizerunku klienta, ale na jego życzenie umniejsza wizerunek konkurenta – handlowego, biznesowego a nawet politycznego. Nasz bohater, Tomasz, ma szczęście: sugestywny pomysł na kampanię antyreklamową przynosi nieoczekiwany skutek i chłopak awansuje do grona najbardziej zaufanych pracowników.

Niestety, wychodzi na jaw sprawa plagiatu i relegowania ze studiów, dotychczasowi dobroczyńcy zamykają Tomaszowi drzwi przed nosem, co budzi w nim pragnienie zemsty. Nadarza się niezwykła okazja: trwa kampania przed wyborami samorządowymi, jeden z kandydatów jest ich protegowanym, a agencja dostała właśnie zlecenie na jego czarny PR.

Tomasz ma szatański pomysł: jeśli się powiedzie, odzyska i znacząco wzmocni swoją pozycję w domu dobroczyńców, a jednocześnie zostanie prawą ręką swej szefowej. Walka toczy się przede wszystkim w Internecie; kilkoma uderzeniami w klawisze chłopak aranżuje wydarzenia, mobilizuje zwolenników i przeciwników kandydata, potrafi doprowadzić do ulicznej konfrontacji. Ale doskonale wyczuwa, że kulminacja każdej zaaranżowanej akcji musi się odbyć w realu, a zwieńczenie intrygi powinno być spektakularne. W tym celu przenika do komputerowej gry on-line i werbuje idealnego wykonawcę swojej wizji.

To moment, kiedy „Sala samobójców” spotyka się z „Hejterem”. Jeśli jednak przyjrzeć się dokładniej, punktów stycznych będzie więcej. Choćby sposób, w jaki kamera Radosława Ładczuka prowadzi Tomasza – Macieja Musiałowskiego – tak samo 10 lat temu Ładczuk prowadził Dominika – Jakuba Gierszała. Podobne wnętrza, podobna paleta barw, podobne środowisko zamkniętej na codzienność elity. Jest jednak element, który odróżnia tamtego Dominika od tego Tomasza – i nie chodzi tylko o fizyczność i ekspresję aktorów.

Przede wszystkim Tomasz nie budzi ani zaufania, ani sympatii widzów – od pierwszego do ostatniego kadru jest uosobieniem zła o kamiennej twarzy bez uśmiechu. Bez mrugnięcia okiem posługuje się kłamstwem, podstępem, manipulacją. Nawet w sytuacjach ekstremalnych nie budzi współczucia. Zdecydowanie, po trupach dąży do celu i nie zadowala się byle czym. Będzie trwał, wszak jest niezniszczalny.

Triumf Tomasza odbywa się kosztem katartycznego finału „Sali samobójców”. W pewnej chwili na ekranie pojawia się zdjęcie Agaty Kuleszy w towarzystwie Jakuba Gierszała. I w tej chwili już wiadomo, że widz słysząc nazwisko bohaterki, Beata Santorska, nie przesłyszał się: to matka Dominika. Jej metamorfoza w zimną sukę, gotową dla pieniędzy zniszczyć każdego, nie wydaje się nazbyt przekonująca. Podobnie zresztą jak wyniosły chłód nakreślonych na ekranie elit i zakres dzieła zniszczenia, do którego doprowadził Tomasz.

Ale jednego filmowi Jana Komasy odmówić nie można: palącej aktualności. Wśród napisów końcowych jest informacja, że zdjęcia zakończono w przeddzień Świąt Bożego Narodzenia 2018 roku; trzy tygodnie później szaleniec zabił prezydenta Gdańska. Od tamtej pory każdej kampanii politycznej towarzyszy niekoniecznie skrywany lęk, by sytuacja się nie powtórzyła. Internet hejtu nie śpi.

Konrad J. Zarębski, Sala samobójców. Hejter, „Kino” 2020, nr 4