Dyskusyjny Klub Filmowy Powiększenie

 

 

 



W związku z aktualnymi działaniami przeciwepidemicznymi wprowadzonymi przez rząd informujemy, że kino będzie nieczynne od 7 listopada do 27 grudnia.

 

Zakupione wcześniej karnety na listopad zachowają swoją ważność na nowe terminy projekcji o których będziemy informować jak tylko ustabilizuje się sytuacja w kraju.

 

REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE” LISTOPAD 2020

 

Lp.

TYTUŁ

DATA

GODZ.

CZAS

1

NADZIEJA

02.11.2020

19.00

126 MIN

2

„JAK NAJDALEJ STĄD”

09.11.2020

19.00

98 MIN

3

„CO PRZYNIESIE JUTRO”

16.11.2020

19.00

100 MIN

4

„GNIAZDO”

23.11.2020

19.00

107 MIN

5

„MAŁE SZCZĘŚCIA”

30.11.2020

19.00

100 MIN

 

„NADZIEJA”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyser - Maria Sødahl

Scenariusz - Maria Sødahl

Zdjęcia - Manuel Alberto Claro

Montaż - Christian Siebenherz

Scenografia – Jørgen Larsen

Kostiumy - Ellen Dæhli Ystehed

 

Andrea Bræin Hovig - Anja

Stellan Skarsgård - Tomas

Elli Rhiannon Müller Osbourne - Julie

Alfred Vatne - Isak

Daniel Storm Forthun Sandbye - Erlend

Eirik Hallert - Henrik

 

O FILMIE

Co może się stać z miłością, gdy pewnego dnia pełna energii i wewnętrznej siły kobieta dowiaduje się, że ma przed sobą ledwie trzy miesiące życia?

Taka sytuacja zastaje Anję i jej męża Tomasa tuż przed Bożym Narodzeniem. Doświadczoną parę, która przez lata bardziej niż na wzajemnym uczuciu skoncentrowana była na prowadzonych równolegle karierach artystycznych. Ich małżeństwo przetrwało głównie ze względu na dzieci.

Kiedy w Wigilię Bożego Narodzenia kobieta dowiaduje się, że ma nawrót choroby i nieoperacyjnego raka mózgu, życie bohaterów rozpada się na kawałki i ulega przewartościowaniu. Troska miesza się ze skrywanymi od lat pretensjami, a trudnemu do okiełznania lękowi towarzyszy frustracja. Kolejne tygodnie pokażą, czy Anja i Tomas odnajdą w sobie uczucie, które kiedyś ich połączyło, oraz czy będą w stanie przejść przez ten rodzinny dramat razem.

Film duńskiej reżyserki oparty jest na jej własnych przeżyciach. Koncentrując się na parze głównych bohaterów, Sødahl tworzy subtelną i wyważoną opowieść o życiowych priorytetach, o odpowiedzialności za drugą osobę oraz bliskości. To uniwersalne studium dojrzałego związku jest tak poruszające w dużej mierze za sprawą znakomitych kreacji Andrei Bræin Hovig i jednego z najbardziej rozpoznawalnych szwedzkich aktorów Stellana Skarsgårda.

 

Raz na jakiś czas trafiamy na filmy, po których trudno się otrząsnąć. Wypełnione trudnymi emocjami oraz szczerością – chęcią opowiedzenia czegoś istotnego na podstawie własnych doświadczeń. Takim właśnie obrazem jest Nadzieja zrealizowana przez Marię Sødahl. Dziewięć lat temu reżyserce postawioną diagnozę mówiącą o nieuleczalnym nowotworze. Wraz ze wsparciem rodziny udało jej się jednak pokonać chorobę, a teraz postanowiła własne przeżycia przełożyć na język kina.

Nadzieja opowiada o wydarzeniach rozgrywających się w ciągu zaledwie niecałych dwóch tygodni. Przed Wigilią Anja dowiaduje się o nawrocie choroby i możliwych przerzutach do mózgu. Początkowo informuje o tym jedynie partnera Tomasa, który towarzyszy jej podczas kolejnych badań oraz próbuje wspierać w sytuacjach domowych. Kobieta otrzymuje bowiem silne lekarstwa, a ewentualna możliwość operacji stoi pod znakiem zapytania. W okresie świąt Bożego Narodzenia para zastanawia się, jak powiadomić o tym resztę rodziny. Nieoczekiwanie cierpienie zaczyna ponownie zbliżać do siebie ludzi, którzy przez lata zaniedbali wzajemny kontakt.

Akcja filmu rozgrywa się w okresie świątecznym, ale jest to wymagający seans przeznaczony raczej dla cierpliwego widza. Rutyna życia rodzinnego zostaje zaburzona przez niespodziewaną diagnozę. Systematycznie, dzień po dniu, oglądamy kolejne momenty z życia kobiety, jej interakcje z najbliższymi i coraz większe rozedrganie emocjonalne. Jest to oczywiście w dużym stopniu opowieść o chorobie, próbie zrozumienia sytuacji oraz stopniowym godzeniu się z losem. Na pierwszy plan wychodzi tutaj jednak relacja pary żyjącej bez ślubu. Bardzo prawdziwa, bo nie brakuje w niej żalu, frustracji, ale także współczucia i wciąż istniejącego uczucia. W końcu tak jak śpiewała przed laty Katarzyna Nosowska to Moja i twoja nadzieja.

Sødahl kreśli historię rodziny dobrze sytuowanej pod względem finansowym, mającej nieco większe możliwości w zakresie kontaktów z lekarzami oraz samego leczenia. Nie wpada przy tym w pułapkę snobizmu, bowiem reprezentanci klasy wyższej pozostają bardzo ludzcy, dalecy od ideału, ale jednocześnie budzący sympatię. Z naszej, polskiej perspektywy można z zazdrością patrzeć na portret sprawnie działającej służby zdrowia, nie zostawiającej obywatela zupełnie samemu sobie. Ponadto model rodziny oddala się trochę od tradycyjnego, ponieważ wspólne dzieci mieszkają razem z rodzicami, ale do domu regularnie przychodzą również dorosłe dzieci Tomasa z poprzedniego związku. Nikt nie patrzy na nikogo wilkiem, wszyscy starają się wspierać w trudnym czasie.

Prawie cały ciężar emocjonalny filmu spoczywał na barkach dwójki aktorów. Bardziej rozpoznawalny dla szerokiej publiczności Stellan Skarsgård wcielił się w Tomasa, a Andrea Bræin Hovig w Anję. To ona dała prawdziwy popis aktorski. Udało jej się stworzyć dojrzałą i zniuansowaną kreację, nie popadając w przesadę lub fałszywe emocje. W wielu scenach nie potrzeba było dialogów, ponieważ reżyserka skupiła się na rejestrowaniu twarzy aktorów wyrażających więcej niż tysiąc słów. Pomimo powolnego tempa każdy fragment wnosi coś do fabuły. Zarówno praca kamery, jak i ścieżka dźwiękowa są tak dalekie od efektowności jak to tylko możliwe.

Norweskie kino pokazało się z najlepszej strony. Nadzieja traktuje o sprawach ostatecznych, będąc bardzo blisko doczesności. Tego, co przeżywamy, gdy jesteśmy blisko najgorszego, czyli nieznanego. Maria Sødahl pokazała nam także miłość najtrudniejszą. Rozpaloną na nowo, po latach zaniedbań przeobrażającą się w coś niespodziewanego. W coś dającego nadzieję.

Adam Lewandowski - MOVIES ROOM

  

„JAK NAJDALEJ STĄD”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyser - Piotr Domalewski

Scenariusz - Piotr Domalewski

Zdjęcia - Piotr Sobociński Jr.

Muzyka - Hania Rani

Montaż - Agnieszka Glińska

Zofia Stafiej - Ola

Kinga Preis - Matka

Arkadiusz Jakubik - Urzędnik

Dawid Tulej

Nigel O'Neill

 

O FILMIE

Ola to zbuntowana nastolatka, która marzy o własnym samochodzie i większej życiowej samodzielności. Niespodziewane i tragiczne wiadomości z Irlandii, gdzie od lat pracuje jej ojciec sprawiają, że wyrusza sama w daleką podróż. Los przeznacza jej nie lada wyzwanie – w imieniu rodziny ma sprowadzić ciało zmarłego do Polski.

„Jak najdalej stąd” Piotra Domalewskiego, podobnie jak debiut reżysera, „Cicha noc”, to słodko-gorzka analiza poplątanych relacji rodzinnych.

 

 

Drugi film często bywa tym najtrudniejszym. Szczególnie wtedy, gdy debiut niemal jednogłośnie okrzyknięty zostaje dziełem wybitnym. Tak było przecież w przypadku „Cichej nocy”, która prócz świetnych wyników, zarówno artystycznych, jak i komercyjnych, zdobyła prawie każdą możliwą nagrodę na gali wręczenia Orłów w roku 2018. Trzy lata po premierze pierwszego pełnometrażowego obrazu, niegdyś aktor, obecnie reżyser, Piotr Domalewski, powraca z nową fabułą i starym tematem. W „Jak najdalej stąd” absolwent katowickiej filmówki ponownie przygląda się bowiem kwestii emigracyjnej. Tym razem jednak jego opowieść opowiedziana zostaje po drugiej stronie. Kamera, zamiast po mazurskiej wsi, wędruje po ulicach Dublina, by nieco lepiej zapoznać nas z rzeczywistością tamtejszą. Wszystko to, co w „Cichej nocy” było historią zasłyszaną, w „Jak najdalej stąd” jest otaczającym nas tłem. Wraz z bohaterką przemierzamy przez pękającą w szwach agencję pracy, irlandzkie puby, rojący się od krajanów plac budowy czy też hotel pracowniczy, w którym częstowani jesteśmy, naturalnie, polską wódką. U Domalewskiego emigranckie realia nie są wydumanym filmowym tworem, lecz niemalże dokumentalnym zapisem życia na obczyźnie.

Oto Ola (debiutująca w pierwszoplanowej roli Zofia Stafiej). Dziewczyna mieszka w Olsztynie z matką (Kinga Preis) i niepełnosprawnym bratem (Dawid Tulej), nad którym opieka stanowi główne zajęcie rodzicielki. Ojciec przed laty wyjechał za chlebem do Irlandii. Od tamtej pory kontakt jest znikomy – ogranicza się do okazjonalnych telefonów i przelewów na konto. Ola kończy za chwilę liceum i marzy o samochodzie. Zgodnie z obietnicą, jeśli nastolatka zda prawko, tata opłaci jej upragnionego Passata. Ich relacja sprowadza się do następującego, przytoczonego przez bohaterkę wzoru: „Mamy taki układ: on nie wie co u mnie, ja nie wiem co u niego”. Pewnego wieczoru rutynę przerywa jednak telefon, którego skutkiem będą nieplanowane odwiedziny. Ojciec Oli miał wypadek w pracy. Mężczyzna nie żyje, a dziewczyna za namową matki wylatuje do Irlandii, by przetransportować jego ciało z powrotem do Polski. Gdy dociera na miejsce, dowiaduje się, że nie będzie to takie proste. Koszty przewozu wynoszą kilka tysięcy euro, a ubezpieczenie z wypadku rodzinie się nie należy, jako że ojciec pracował na nie swojej zmianie.

Film jest w pewnym sensie dramatem kafkowskim. Od momentu przybycia do Irlandii, Ola – mimo swej przebojowości i zaradności – jest w obcym sobie świecie. Dziewczyna niemal na każdym kroku zderza się zarówno z bezduszną biurokracją, jak i zachodnią rzeczywistością, w której fajki kosztują pięć dych, a za adapter w hostelu trzeba dopłacić kilka funtów ekstra. Na jej drodze stają unijne standardy i skostniałość zasad, a od strony ojczyzny nęka ją opinia publiczna strzeżona przez matkę działającą według formuły „co ludzie powiedzą”. Mimo wszystko Ola jest bohaterką silną. Jej wspaniale napisana (i równie świetnie zagrana przez Stafiej) postać przeżywa swoisty przyspieszony kurs dojrzewania, który udanie czyni z filmu Domalewskiego historię o dojrzewaniu. Jego wariacja coming of age movie jawi się jako pouczająca opowieść o wyrastaniu z dziecinności i akceptowaniu błędów nie tylko własnych, lecz także cudzych. „Jak najdalej stąd” świadczy o tym, że twórca obrazu jest obecnie być może najbardziej empatycznym filmowcem w Polsce.

Reżyser posiada niezwykły talent do obserwacji człowieka. Jego bohaterowie są zawsze autentyczni, nawet jeśli ich czas ekranowy zredukowany jest do krótkiego epizodu (w „Jak najdalej stąd” taką rolę odgrywa niezawodny Arkadiusz Jakubik). W jego filmach postacie rzeczywiście oddychają, przez co i my jesteśmy w stanie robić to razem z nimi. Obawiamy się o ich losy, współczujemy im, a potem śmiejemy się wraz z nimi oraz płaczemy, gdy w końcu przyjdzie na to pora. Reżyser chce jednak, by na ów płacz zapracować. Nie będzie on usilnie pogarszać nastroju ckliwą muzyką albo dokopywać skopanym już i tak nędzarzom. Ola jest fantastycznie zróżnicowaną postacią, która z jednej strony sprawia wrażenie, jak gdyby zaraz miała wybuchnąć toną łez, a z drugiej daje się poznać jako dziewczyna o niezłomnym charakterze, która kolejne potknięcia przekształca w olej napędowy. Kiedy wreszcie da upust emocjom, katharsis przeżywa z nią cała sala. Zakończenie w „Jak najdalej stąd” działa jak owo oczyszczenie. Pozwala odreagować, a zarazem nie przytłacza jak w „Cichej nocy” czy krótkometrażowym „60 kilo niczego”. Wydaje mi się, że to najdojrzalszy ze wszystkich dotychczasowych projektów autora.

Domalewski powoli staje się kimś w rodzaju polskiego Kena Loacha. Jego głęboko zanurzone w społecznym sosie kino nie lubuje się w ekscentrycznych zachowaniach charakterystycznych dla obrazów Wojciecha Smarzowskiego, do którego ten bywa nierzadko porównywany. Jego forma to przede wszystkim stonowanie, a treść to powściągliwość. W centrum znajduje się człowiek w najbardziej banalnych sytuacjach, takich jak choćby kupno Passata. Po jego filmach widać, jak ważnym tematem jest dla niego rodzina. „Jak najdalej stąd” to historia o poszukiwaniu ojca w braku ojca. Można znaleźć go w rzeczach, które zostawił po sobie, ale ostatecznie trzeba odnaleźć go w sobie.

Karol Urbański

  

 „CO PRZYNIESIE JUTRO”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyser - William Nicholson

Scenariusz - William Nicholson

Zdjęcia - Anna Valdez-Hanks

Muzyka - Alex Heffes

Montaż - Pia Di Ciaula

Scenografia - Simon Rogers

Annette Bening - Grace

Bill Nighy - Edward

Josh O'Connor - Jamie

Aiysha Hart - Jess

Ryan McKen - Dev

Sally Rogers - Angela

 

 

O FILMIE:

Grace i Edward mieszkają pod jednym dachem już przeszło od 30 lat. Małżeństwo zdaje sobie sprawę z tego, że łącząca ich niegdyś pasja już dawno wygasła a namiętność po cichu odeszła na drugi plan, by skryć się w cieniu codziennych problemów. Kierując się dobrem rodziny i za priorytet stawiając szczęście jedynego syna, to właśnie na nim skupiają całą swą uwagę. Tak mijają bohaterom kolejne lata życia. Nadchodzi w końcu moment, w którym Edward zatrzymuje się, by uważnie mu się przyjrzeć i dojść do wniosku, że chce od niego więcej. Swoją żonę docenia, lecz już nie kocha. Życie uważa za udane, ale nie przynoszące spełnienia. Jedynym wyjściem jest rozwód i całkowita zmiana dotychczasowego bytu. Jednak lęk budzi w nim myśl o osądzeniu i niezrozumieniu, jakie może go czekać ze strony własnego dziecka.

To nie jest kolejny film o tym, że życie zaczyna się po rozstaniu, a przed nami tylko najlepsze chwile i że wystarczy zapisać się na kurs tańca, żeby wszystko wróciło do normy. To szczery, intymny, poruszający i pełen emocji portret kobiety, która próbuje ułożyć swoje życie na nowo, po tym jak rozsypało się na tysiące kawałków, gdy jej mąż odszedł do innej kobiety. "Co przyniesie jutro" to kino wielkich emocji, intensywna, a jednocześnie niezwykle intymna opowieść, w której znajdziemy bezsilność i zagubienie, tak często towarzyszące miłosnym kryzysom, ale także chwile śmiechu, wzruszenia i radości, które tak nieoczekiwanie odkrywamy w momentach życiowych przełomów.

Co przyniesie jutro to nie jest kolejny film, który z nieznośną lekkością bytu, prostacko pokrzepiająco opowiada o błyskawicznej prostej w przekonanie, że koniec czegoś, jest początkiem nowego – ekscytującego i uwalniającego. Rozstanie dwojga bliskich sobie ludzi, którzy bez spektakularnego wydarzenia oddalali się od siebie na raty – to nie jest uderzenie meteorytu, to pęknięcia zebrane oparte na wielu niuansach codzienności. Gubienie uczucia między kubkami resztek wystudzonej herbaty. Milczenie może oznaczać porozumienie do pozazdroszczenia, ale też to, że nie chce się i nie ma nic już sobie do powiedzenia. To kino, które nie zabiega o widza prostymi ruchami, a szczerym pokazywaniem odruchów ludzkiego serca. Tragedia trojga aktorów. Piękna historia miłosna po napisach końcowych. To też utwór o sile wspomnienia i odróżnieniu miłości od przyzwyczajenia oraz, kiedy Twoje chce się żyć, sprawia, że drugiej osobie się odechciewa.

Edward i Grace są małżeństwem z długoletnim stażem. Bardzo szybko widzimy rozkład sił w ich związku i ról. Grace jest emocjonalna, często znudzona, chce nieustannie czegoś od Edwarda. Pragnie jego obecności, nie tylko fizycznej. On natomiast nie jest obrażony, zagniewany, tylko wycofany, jak gdyby… zmęczony niezrozumieniem. Obydwoje tęsknią za swoim synem, który próbuje tworzyć i kreować własną przyszłość i relacje. Któregoś dnia wpada w odwiedziny do rodziców. To będzie podróż do nowej rzeczywistości, w której wszyscy poddadzą pod wątpliwość emocje i uczucia z przeszłości. Cała trójka będzie rozbrojona, nieprzygotowana na następny dzień, a ich syn zostanie przez chwilę w amoku przeżyć rodziców, egoistycznie wyzwany do obrania jednej ze stron. Jego świat też został rozerwany, bo wspominanie dzieciństwa może już wyglądać zupełnie inaczej, tak silne zwątpienie wprowadza niemiłość rodziców.

Co przyniesie jutro to film, który nie wstydzi się żadnej emocji – w tym przyzwoleniu na bezradność, bezsilność jest jego niecodzienna i wyjątkowa uroda. Wyjściem do historii, jest odejście Edwarda do innej kobiety. Grace zaniedbuje się fizycznie, odchodzi od swoich codziennych rytuałów pisania, wyprawia się w ciche spacery patrząc w przepaść. Tutaj dostajemy bezpośrednią relację z końca świata, dla bohaterki tym gorszą, że ją przeżyła. Nie idzie dumnym krokiem z klasą, a czołga się udowadniając, że pewnym sytuacjom ekstremalnym nie towarzyszy godność, a mózg nieważne, jak prężny w tej sytuacji również wyciąga białą flagę. Nie dowierza, żebra o uczucie, błaga, składa się z anomalii nastrojów, gdyż na pewne sytuacje nie da się przygotować. Rzeczywistość nas zweryfikuje.

Piekielnie trudna, ale pełna półtonów wiwisekcja relacji. Świetnie napisana, bo widz nie kibicuje tendencyjnie, by się zeszli, nie wierzy, że są dla siebie już źródłem szczęścia, ale by potrafili i chcieli dalej jego szukać. To też historia zaktualizowania swojego życia bez mężczyzny „mojego życia”, która nie jest opowiedziana na skróty – szalony wieczór z przyjaciółkami, czy założenie aplikacji randkowej nie będzie miało tutaj miejsca. To nie jest kibicowanie fast foodowi emocjonalnemu, a powolnym próbowaniu, wdychaniu zapachów i przegryzaniu różnych kęsów potrawy. To ekstrakt nie tylko z cierpienia, ale i z przejścia przez różne jego poziomy, kształty, formy z niepewnością jego zakończenia. Dzięki temu mamy do czynienia z kapitalnie dojrzałym filmem, który udowadnia, że znać życie, nie znaczy mieć jakieś kody na odporność przed smutkiem oraz na szybszą regenerację.

Mamy dwie perspektywy i dzięki nienapastliwej narracji, gdzie emocje się przeżywa, a nie jednoznacznie tłumaczy i nazywa, orzeczenie o winie nie jest widzowi potrzebne. Edwardowi brakowało wcześniej zrozumienia ze strony dominującej i o wiele bardziej ekstrawertycznej Grace. Mężczyzna nie uważa że popełnił błąd teraz, tylko o wiele wcześniej – wierząc, że stanie się człowiekiem, którego jego żona pragnęła. Spędził wiele czasu, by zaspokoić ją, a nie siebie, stawał się przezroczysty, przytłoczony i zabrnął w małżeństwo, z którego nie czerpał radości i stracił tożsamość. Nie mówi o tym jako zgorzkniały mężczyzna, dezaktualizujący szczerość uśmiechów sprzed lat. Jest w defensywie, przygarbiony i zmęczony – gdyż refleksyjnie zauważa iż jego jedyną winą i dlatego jest traktowany jako „ten gnój” jest to, że to on zdecydował. Mimo myśli o separacji na głos Grace, czy wcześniejszym już niezrozumieniu, o którym wspominają obydwoje, to on skończył z tym marazmem i byciem pomiędzy. Dlatego też Co przyniesie jutro zyskuje dodatkowy wymiar intrygującej rozprawy o utracie dominacji i zwątpienia w swoją podmiotowość, siłę samostanowienia – to nie żywiołowa Grace zakończyła ten związek i wyszła ze strefy komfortu, a Edward. Na tym poziomie również nasza bohaterka czuje się poobijana – nie ma tym nic złego ani nieczułego. Podczas tego wszystkiego pada mało zdań, czujemy ciężar każdego słowa i niespokojność każdej myśli. Nie ma uczuć gwarantowanych. Żadnych wzniosłych mądrości, instrukcji obsługi dla rozstających się, a po prostu przyglądanie się i przyznanie do tego, że nikt w takiej sytuacji nie potrafi panować nad wszystkim. To praca nad żywym organizmie.

Ekstrakt z cierpienia bez naddatków filmowych ani razu nie popada w jednoznaczność. Co przyniesie jutro gorzko, ale mimo wszystko z podmuchem nadziei i hiper realistycznie rozprawia o jednej tragedii i dwóch jej stronach – ktoś stracił wiarę w uczucie, ktoś zyskał i ma chęć jeszcze jego szukania. Przecież „cierpienie w pewny momencie się nudzi”. Nie ma co udawać, że ktokolwiek jest pewien tego, co przyniesie jutro.

Bernadetta_Trusewicz

 

 

 „GNIAZDO”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyser - Sean Durkin

Scenariusz - Sean Durkin

Zdjęcia - Mátyás Erdély

Muzyka - Richard Reed Parry

Montaż - Matthew Hannam

Scenografia - James Price

Jude Law -  Rory O'Hara

Carrie Coon - Allison O'Hara

Oona Roche - Samantha O'Hara

Charlie Shotwell - Ben O'Hara

Adeel Akhtar - Steve

Tanya Allen - Margy

Tattiawna Jones - Trenerka

 

O FILMIE:

Rory dostaje propozycję pracy i namawia swoją żonę Allison na przeprowadzkę do Londynu, gdzie wreszcie ma szansę zarobić wielkie pieniądze i wieść luksusowe życie, o jakim zawsze marzył. Bez względu na koszty, wynajmuje imponującą posiadłość na przedmieściach, a kiedy upragniony prestiż i wysoka pozycja społeczna wydają się być na wyciągnięcie ręki, Rory idzie o krok dalej i łamie wszelkie zasady, podejmując coraz większe ryzyko. Bez skrupułów dążąc do swojego celu, wpada w spiralę kłamstw, a w pozornie idealnym życiu małżeńskim zaczynają pojawiać się rysy. Wielki dom obnaża wzajemnie skrywane tajemnice, a to, co na zewnątrz wydawało się prawdziwą sielanką, za zamkniętymi drzwiami okazuje się demaskować prawdziwe oblicza małżonków.

 

Termin Yuppies pierwotnie mający raczej neutralne zabarwienie z czasem nabrał zdecydowanie negatywnych konotacji. Yuppies są przynajmniej w moim odczuciu zazwyczaj w kinie obiektami żartów czy szeroko pojętej satyry, jak chociażby w przypadku American Psycho. W latach 80 i 90 powstało jednak także sporo thrillerów, w których japiszoni byli w śmiertelnym niebezpieczeństwie, często z powodu własnych „grzeszków”. Chyba praktycznie każdy kojarzy Fatalne zauroczenie, które jest zdecydowanie najsłynniejszym tego typu filmem, wielokrotnie katowanym przez nasze stacje telewizyjne. Czemu o tym piszę? Ano, bo główny bohater Gniazda jest upadłym japiszonem, a sam film był promowany jako thriller, którym… nie jest.

Przyznam, że to „oszustwo” promocyjne sprawiło mi pewne problemy, przede wszystkim trudno było mi się w nowy film Seana Durkina wciągnąć. Też dlatego, że na początku twórca nie rzuca nam żadnego haczyka, ot, jest to historia o rodzinie przeprowadzającej się z Nowego Jorku do Londynu, w której wszystko się wydaje dosyć standardowe. Ona, Allison (Carrie Coon), jest siedzącą w domu żoną, która stara się dorobić, organizując kursy jeździeckie, a on, Rory (Jude Law), goni za typową dla japiszona karierą w handlu i stara się wprowadzić swoją rodzinę (a może przede wszystkim siebie) na wyższy status społeczny.

Oczywiście szybko wszystko przestaje iść po myśli postaci odgrywanej przez Jude’a Lawa i dostajemy gęsty konflikt pomiędzy małżonkami. Gniazdo jest nakręcone z intensywnością thrillera (siedziałem momentami na krawędzi fotela), ale thrillerem w żadnym razie bym go nie nazwał, bo to po prostu film zaliczający się do szeroko pojętego gatunku dramatu.

Gniazdo prawdopodobnie jeśli chodzi o rzemiosło będzie pewnie głównie chwalone za brawurowe kreacje Carrie Coon i Jude’a Lawa, moim zdaniem nie do końca słusznie. Nie, żeby nie zagrali oni na kosmiczny poziomie, można z tego zmontować parę zapadających w pamięć klipów promujących ich w kategoriach aktorskich na Oscarach, ale chciałbym przede wszystkim pochwalić reżysera filmu Seana Durkina. Po prostu po Coon spodziewałem się już przed seansem wielkich rzeczy, a Jude Law od lat jest zawsze co najmniej dobry, jak nie znakomity. Muszę jednak napisać, że moim zdaniem to Law „wygrał” (jeśli możemy mówić w ogóle w takich kategoriach, aktorstwo to jednak nie wyścigi) ten pojedynek aktorski, ponieważ dostał zdecydowanie trudniejszą postać do „sprzedania”. Rory jest osobą, której nigdy bym nie polubił w prawdziwym życiu, jest nadęty, udaje osobę z wyższych sfer, którą nie jest (szczególnie widać to w scenie, w której opowiada o sztuce teatralnej, której nie widział – w prawdziwy życiu takie pozerstwo spotkałby się z mocną szpilą z mojej strony), tłumaczy swoje ambicje chęcią zapewnienia lepszego bytu swojej rodzinie, a chodzi mu tak naprawdę o zaspokojenie własnych ambicji dostania się do wyższej klasy. Nie powiem, że Rory’ego polubiłem, ale na pewno go zrozumiałem, głównie dzięki zniuansowanej roli Lawa i niejednoznacznemu scenariuszowi Durkina (o przeszłości postaci tak naprawdę wiemy tylko, że miał trudne dzieciństwo, żył w biedzie, ale moim zdaniem kryje się za tym coś więcej, co sugeruje konfrontacja Rory’ego z matką). Natomiast Coon zagrała siedzącą samotnie w domu żonę, która zdaje się trochę przytłoczona przez męża megalomana, a więc postać, której naprawdę trudno nie kibicować. Niemniej jest to rola na pewno godna nominacji do złotego rycerzyka.

Tak jak moim zdaniem reżyseria i scenopisarstwo Durkina, którymi jestem bardzo mile zaskoczony. Widziałem jego poprzedni film, Martha Marcy May Marlene, i poza wspaniałą kreacją Elizabeth Olsen pod żadnym innym względem nie zapadł mi w pamięć, miałem wrażenie, że to jeden z typowych „filmów z Sundance”, który bierze chwytliwą tematykę (życie w sekcie), a potem nie robi z nią nic absolutnie nowego, odkrywczego i jest wizualnie niechlujny. Gniazdo może nie prezentuje niczego odkrywczego, ale jest „jakieś” – zaskakująco dobrze wystylizowane (acz, mimo że dzieje się w latach 80, to na szczęście nie epatuje ejtisową estetyką), nakręcone ze sporym napięciem i przede wszystkim napisane w zaskakująco zniuansowany sposób.

Nie będę za bardzo spoilować, ale co wrażliwszych uprzedzam, że w tym akapicie zdradzam jedną scenę z filmu i część fabuły. W momencie, gdy już wiemy, że Rory praktycznie wszystko spieprzył, dochodzi do swoistej konfrontacji z jego rodziną, a rzeczą, która mnie najbardziej ujęła w filmie, jest to, że po tym wszystkim pierwszą osobą, która wyciąga do mężczyzny rękę, jest jego przybrana córka Samantha (Oona Roche). To dosyć subtelne przełamanie kliszy, w której przybrane dziecko, jest zazwyczaj w konflikcie z ojczymem/macochą, a poza tym ta scena daje jakąś nadzieję po tym jak przez półtorej godziny oglądaliśmy ciągłe kłótnie małżeńskie i oczekiwaliśmy niechybnego rozpadu rodziny. Reżyser jednak stara się dać widzowi pewną nadzieję.

W skrypcie Durkina jest sporo takich subtelnych momentów, które podejrzewam, że można jeszcze bardziej docenić przy powtórnych seansach. Co najważniejsze film nie stara się specjalnie moralizować (no może poza jedną sceną, tą z taksówkarzem) i na ekranie oglądamy pełnokrwiste postacie, w które może bez problemu uwierzyć, że mogłyby być prawdziwe.

Jan Bryg, Popkultura Elitarna

 

 

„MAŁE SZCZĘŚCIA”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyser - Daniel Cohen

Scenariusz - Daniel Cohen , Olivier Dazat

Zdjęcia -Stephan Massis

Muzyka - Maxime Desprez, Michaël Tordjman

Montaż - Virginie Seguin

Scenografia - François Emmanuelli

Vincent Cassel - Marc Seyriey

Bérénice Bejo - Léa Monteil

Florence Foresti - Karine Léger

François Damiens - Francis Léger

Daniel Cohen - Paul

Constance Labbé - Stéphanie

O FILMIE:

Kochająca życie 40-kilkuletnia Lea (Bérénice Bejo) pracuje w centrum handlowym i jest szczęśliwą żoną Marca (Vincent Cassel), konserwatysty i w pewnym stopniu niewierzącego w siebie sprzedawcy. Lea od dawna uważana jest za marzycielkę przez swoją najlepszą przyjaciółkę Karine (w tej roli niezrównana Florence Foresti), która jest zadowolona ze swojej kierowniczej posady w reklamie i życia z Francisem (François Damiens) oraz dwójką ich dzieci. Coś jednak zburzy spokój tej czwórki.Pewnego wieczoru, podczas kolacji, Lea niespodziewanie ogłasza, że spróbuje swoich sił jako pisarka. Jednak jej mąż nie jest do końca przekonany do tego pomysłu. Nagły przypływ kreatywności u Lei powoduje, że także jej przyjaciółka Karine zdecyduje się także spróbować swoich sił w pisarstwie, a jej mąż odkryje na nowo swoje kreatywne oblicze. Kiedy jedno z wiodących wydawnictw zainteresuje się książką Lei, wydaje się, że czekają ją same sukcesy. Tylko czy jej przyjaciele i mąż będą w stanie to udźwignąć?

 

Kiedy jesteśmy dziećmi, dorosłość jest mitycznym monolitem. Wpaja się nam, że gdy dorośniemy, znajdziemy swoje miejsce w życiu, założymy rodziny, będziemy pracować. Dorosłość jest celem, w którym nie ma w nim miejsca na zmianę. Jak jednak uczy przypadek bohaterów francuskiego filmu "Małe szczęścia", nic w życiu nie jest stałe i niezmienne.
Czwórkę protagonistów poznajemy podczas kolacji w restauracji. Oto widzimy dwie pary małżeńskie, które miło spędzają czas. Ich życia są stabilne, poukładane i najwyraźniej wszyscy są zadowoleni. Ich największym problemem zdaje się wybór deseru. Nim jednak wieczór dobiegnie końca, ta cudowna harmonia zostanie raz na zawsze zniszczona, choć nikt z czwórki siedzącej przy stole jeszcze nie będzie sobie zdawać z tego sprawy. Katalizatorem zmian będzie niepozorna Léa (Bérénice Bejo). Do tej pory była najsłabszym ogniwem tego skromnego stadka. Kobieta jednak oznajmia, że pisze książkę, że jej tekst podobają się szanowanemu autorowi, który zachęca ją do rozwijania talentu. Pozostała trójka z lekkim pobłażaniem traktuje te rewelacje, ale nie potrafi ich całkowicie zignorować. Sprawy skomplikują się, kiedy powieść Léi zostaje wydana i zaczyna robić furorę. A tymczasem jej mąż jest świadkiem, jak w firmie wygryza go młodszy pracownik, zaś druga para pozostaje zagubiona próbując odnaleźć własną artystyczną drogę do sukcesu. Mała, skromna Léa wzlatuje ku gwiazdom, podczas gdy reszta chętnie wróciłaby do tego, co minęło.

"Małe szczęścia" jest wariacją na dość znany w kinie temat niszczenia status quo. Od klasycznej wersji różnią film dwa elementy. Po pierwsze w standardowej opowieści źródło zmiany ma charakter zewnętrzny: to nowy pracownik, sąsiad, czasami niewidziany od lat członek rodziny lub przyjaciel. W tej francuskiej produkcji katalizatorem zdaje się czas. To on sprawia, że osoby zamiast jednocześnie dochodzić do swojego miejsca w życiu czynią to w sposób nieskoordynowany. Léa rozkwitła po prostu dużo później, kiedy system, którego była częścią, zdążył już skostnieć.

Po drugie zmiana status quo jest zazwyczaj postrzegana jako coś pozytywnego. Francuzi spojrzeli jednak na sytuację z szerszej perspektywy, z której nie wszystko wygląda tak różowo. Zmiana wymusza koszty, które zazwyczaj mają osobisty charakter. Co więcej przemiana jednego elementu systemu pociąga za zmiany w życiu pozostały osób, nawet jeśli te sobie tego nie życzą.

Film Daniela Cohena oferuje nam więc szerszą perspektywę niż przeciętna opowieść o rozsadzaniu status quo. Jednak wszelkie interesujące obserwacje wydają się być efektem ubocznym. Reżysera interesują bardziej zachowania, niż to, co się za nimi kryje. Kreśli ciekawe portrety osobowościowe, ale wykorzystuje je do tworzenia zmyślnych scenek rodzajowych. "Małe szczęścia" nie pretendują więc do roli wielkiej analizy socjologicznej procesów związanych ze zmianami zachodzącymi w niewielkich grupach ludzkich. Reżyser jest całkowicie spełniony opowiadają anegdotki, z życia czwórki osób.

Taki też jest cały film. To urocza, inteligentna, ale nie przemądrzała, śmieszna, ale nie histerycznie zabawna, powiastka, przy której widz miło spędzi się czas. Jeśli ktoś wyciągnie z niej coś więcej - świetnie. Nie jest to jednak warunek niezbędny, by z kina wyjść zadowolonym.

Marcin Pietrzyk