Dyskusyjny Klub Filmowy Powiększenie

REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE”

PRZEGLĄD KINA POLSKIEGO 10-12.02 2020

 

Lp.

TYTUŁ

DATA

GODZ.

CZAS

1

SUPERNOVA

10.02.2020

18.00

78 MIN

2

„OBYWATEL JONES”

10.02.2020

20.00

120 MIN

3

„UKRYTA GRA”

11.02.2020

18.00

95 MIN

4

IKAR. LEGENDA MIETKA KOSZA”

11.02.2020

20.00

120 MIN

5

„PAN T”

12.02.2020

18.00

104 MIN

6

„MOWA PTAKÓW”

12.02.2020

20.00

138 MIN

 

„SUPERNOVA”

Złote Lwy 2019 Złote Lwy - Najlepszy debiut reżyserski Bartosz Kruhlik

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria: Bartosz Kruhlik

Scenariusz: Bartosz Kruhlik

Muzyka: Endy Yden

Zdjęcia: Michał Dymek

Montaż: Magdalena Chowańska

Scenografia: Radosław Zielonka

Marcin Hycnar - Adam Nowak

Marek Braun            - aspirant Sławek Makowski

Marcin Zarzeczny - Michał Matys

Agnieszka Skibicka - Iwona Matys

Anna Mrozowska - policjantka Magda

Michał Pawlik - policjant „Młody”

Paweł Koślik - policjant Grzegorz

O FILMIE

Pełnometrażowy debiut fabularny Bartosza Kruhlika.

Trzech mężczyzn, jedno miejsce, jeden dzień i jedno zdarzenie, które zmieni ich losy. Oto polityk, który chce wygrać wybory; policjant, pragnący dotrwać spokojnie do emerytury; i mieszkaniec polskiej wsi, który ma rodzinę na utrzymaniu. Nieszczęśliwy wypadek pociąga za sobą lawinę konsekwencji. Ludzie postawieni w sytuacji granicznej – a także widzowie – staną przed pytaniem o rolę przypadku i przeznaczenia w życiu każdego z nas.

 

Ujęcie pustej wiejskiej drogi. Po prawej chałupy, po lewej chałupy, a w środku my, czekając, aż wstęga opowieści zacznie się rozwijać. Z takiego początku może się urodzić właściwie wszystko. Groza, miłość, nuda. Tanie podglądactwo. Mały albo duży szwindel. Przygoda. Osobiście, wpatrując się w ten znajomy widok, spodziewałem się kolejnej scenki rodzajowej z życia polskiego zacofania. Wizyty w gabinecie narodowych stereotypów rodem z "Twarzy" Małgorzaty Szumowskiej. Tymczasem wstęga "Supernovy" wiruje coraz szybciej i szybciej, obraca się wytrwale wokół własnej osi i wciąga w swój wir kolejne postaci, sytuacje i emocje. Naturalizm społeczny miesza się z dramatem policyjnym, z akcją tak gęstą od napięcia, że wystarczy jeden drobny ruch, jedna nieopatrznie zapalona zapałka, żeby wszystko obróciło się w popiół.

Nie ulega wątpliwości: w swoim długometrażowym debiucie Bartosz Kruhlik udowodnia, że potrafi wyłuskać większe terytorium z małego punktu na mapie. "Supernova" to ten rodzaj kina, który wchodzi po czubek głowy w sytuację, wbija się w sam środek eskalującego konfliktu i robi to z byka, rozpychając się łokciami, podchodząc tak blisko gorącego jądra wydarzeń, jak to tylko możliwe. Przez cały seans siedzi się zatem jak na gwoździu, czekając na wytchnienie, odreagowanie, cokolwiek, co pozwoliłoby przerwać spiralę stresu i ugasić dymiący lont. Kubeł zimnej wodny zbliża się bardzo powoli.

Zaczyna się realistycznie i w miarę spokojnie: Iwona (Agnieszka Skibicka) ucieka ze wsi z dwojgiem małych dzieci. Jej śladem podąża pijany w sztok mąż Michał (Marcin Zarzeczny), który bełkotem, prośbą i groźbą usiłuje zatrzymać rodzinę w domu. W tle pojawia się miłość do niejakiego Sławka (Marek Braun), ale także nieudane próby wyjścia z alkoholowego koła. W tej szamotaninie na wiejskiej drodze niespodziewanie, trochę jak przybysz z innego wymiaru, pojawia się czarna limuzyna z białym kołnierzykiem w środku. Kierowca pyta Michała o drogę, a ten, zamiast odpowiedzieć, wyrzyguje się na przednie siedzenie auta i osuwa do rowu. Nie ma pojęcia, że kiedy tak sobie słodko zgonuje w przydrożnych chaszczach, kilka metrów dalej rozgrywają dantejskie sceny, które zerwą na nogi wszystkie okoliczne służby mundurowe, mieszkańców wsi na czele z księdzem proboszczem i sołtysem, a nawet krajowych polityków. Rozpoczyna się coś na kształt piekielnego tańca klasowych resentymentów, wielkomiejskiej pogardy, ironicznego losu i nadziei, że świat skrajnych emocji, które znamy tylko z kina i telewizji, ominie nas i zostawi w świętym spokoju.

Jest więc "Supernova" kotłem, w którym gotuje się i kipi wiele rzeczy równocześnie. Wojna polsko-polska pod flagą z prywatnych oczekiwań czasami sytuuje się niebezpiecznie blisko tabloidowych stereotypów – takich, w jakie do wielu lat wierzy i jakie hołubi Patryk Vega. Jeśli podłość, to tylko skrajna i właściwie niereformowalna. Jeśli tragedia, to tylko ostateczna, taka,  która spowoduje rozpad znajomego świata, przewartościowanie wartości i moralne przebudzenie w akcie krwawej ludowej zemsty. W gruncie rzeczy jest to bardzo prosta interpretacja polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej, szczególnie w przypadku medium posługującego się obrazami, a przez to również szczególnie wyczulonego na dosłowność i kicz. Widać, że dynamika filmu – jego swoista "obrotowość", kręcenie się wokół jednego wydarzenia i konkretnego czasu, budowanie napięcia na skrajnościach i turpistycznej estetyce – wiele zawdzięcza twórczości Wojciecha Smarzowskiego. Więcej – jest w nią ewidentnie mocno zapatrzona. Kształtem zbliża się to wszystko do oka cyklonu, które wyrzuca kolejnych bohaterów, piętrzy kolejne przeszkody, ale z kosmosu wygląda na zaskakująco uporządkowane. Jego spójność sprawia przyjemność.

Ostatecznie "Supernovie" robi dobrze – pewnie jak zawsze – zamknięcie całości w pewnej dystansującej klamrze. Po wrzuceniu w środek traumatycznej karuzeli, w serce dzikiej filmowej burzy, na moment zmieniamy perspektywę na zdystansowaną i odległą. Kogoś ta fala uderzeniowa po eksplozji gwiazdy jednak nie dosięgła, ktoś pozostał na zewnątrz, w pełni nieświadomy kruchości konsensusu, jakim jest spokojnie i szczęśliwe życie. Być może cały świat składa się właśnie z takich punktowych katastrof, między którymi dryfują atomy tymczasowo wolne od lęków i zła. Być może jest to myśl bardzo pretensjonalna i błaha. Z jakiegoś jednak powodu na jej kanwie powstał niebanalny, angażujący emocjonalnie i dobry rzemieślniczo debiut reżyserski. Kruhlik wie, jak budować i stopniować napięcie, wie, jak poprowadzić dużą grupę aktorów bez wpadania w chaos i pustosłowie. Ma potencjał na specjalistę od wciągających thrillerów. "Supernova" miała być filmem krótkim, skromnym i niepozornym – czymś bliskim etiudzie – tymczasem wyrosła na coś dużo bardziej konkretnego. Pęczniała i pęczniała, aż w końcu wybuchła pod ciśnieniem napięcia, które sama wytworzyła. A po jej eksplozji na pewno nie pozostanie z nami tylko gruz i filmowa pustynia.

 

Marcin Stachowicz FILMWEB

 

„OBYWATEL JONES”

2019                        FPFF

Złote Lwy - Najlepszy film Agnieszka Holland

Złote Lwy - Najlepsza scenografia Grzegorz Piątkowski

REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIA – AGNIESZKA HOLLAND

SCENARIUSZ – ANDREA CHALUPA

ZDJĘCIA – TOMASZ NAUMIUK, PSC SCENOGRAFIA – GRZEGORZ PIĄTKOWSKI

KOSTIUMY – ALEKSANDRA STASZKO

MONTAŻ – MICHAŁ CZARNECKI, PSM MUZYKA – ANTONI KOMASA -ŁAZARKIEWICZ

CHARAKTERYZACJA – JANUSZ KALEJA

GARETH JONES – JAMES NORTON

ADA BROOKS – VANESSA KIRBYWALTER DURANTY – PETER SARSGAARD

GEORGE ORWELL – JOSEPH MAWLE

 LLOYD GEORGE – KENNETH CRANHAM

MAKSIM LITWINOW – KRZYSZTOF PIECZYŃSKI

BONNIE - PATRYCJA VOLNY

PAUL KLEB – MARCIN CZARNIK

JULIA – MICHALINA OLSZAŃSKA

 

O FILMIE

Młody dziennikarz Gareth Jones (James Norton) zyskał sławę, pisząc artykuł o swoim spotkaniu z Adolfem Hitlerem, zaraz po przejęciu przez niego władzy w 1933 roku. Teraz ambitny Walijczyk przymierza się do kolejnego wielkiego tematu - gwałtownej modernizacji Związku Radzieckiego. Chcąc gruntownie zbadać sprawę, reporter decyduje się na podróż do Moskwy, aby przeprowadzić wywiad ze Stalinem. Na miejscu poznaje młodą dziennikarkę Adę Brooks (Vanessa Kirby), pracującą dla Waltera Duranty'ego (Peter Sarsgaard), dzięki której odkrywa, że prawda o stalinowskim reżimie jest brutalnie tłumiona przez sowieckich cenzorów. Słysząc zatrważające plotki na temat wielkiej klęski głodowej w ZSRR, Jones udaje się w samotną podróż przez Ukrainę. Dziennikarz staje się naocznym świadkiem tragedii Hołodomoru. Miliony ludzi umierają z głodu, podczas gdy tony zboża sprzedawane są za granicę, by sfinansować proces industrializacji radzieckiego imperium. Po powrocie do Londynu, Jones pisze artykuł ukazujący horror, którego doświadczył. Publikacja jest wyciszana, a jej autentyczność podważana przez zachodnich dziennikarzy, pozostających pod wpływem Kremla. Pomimo śmiertelnych pogróżek, Gareth nie ustaje w walce o prawdę. Swoimi odkryciami postanawia podzielić się z młodym, aspirującym pisarzem, George'em Orwellem.

Gareth Jones wciąż słyszy uwagi na temat swojego wieku. Politycy i doświadczeni dziennikarze podśmiewają się z idealizmu i naiwności niespełna trzydziestoletniego specjalisty od spraw międzynarodowych. Agnieszka Holland podkreśla jednak wartość młodzieńczej bezkompromisowości, w niej szukając przyzwoitości w nieprzyzwoitych czasach.

Nagrodzony Złotymi Lwami w Gdyni „Obywatel Jones” dzieli się na trzy, wyraźnie od siebie oddzielone części. W pierwszej główny bohater lawiruje w świecie zachowawczości, zepsucia i hipokryzji. W drugiej ogląda koszmar zaprogramowanego przez Józefa Stalina głodu na Ukrainie. W trzeciej wreszcie walczy o ujawnienie prawdy. Prawda właśnie spaja cały film. Reżyserka przypomina o jej znaczeniu. Z wyraźnym obrzydzeniem ukazuje skłonność do chowania się za wygodnymi kłamstwami i tłumaczenie obłudy wyższymi celami.

Moralna przejrzystość buduje siłę wyrazu dzieła. Duchowo i fizycznie piękny Gareth staje się uosabianiem wartości. Kontakt z fałszem, zamiast deprawować, tylko go hartuje. Swoboda, wdzięk i wzruszająca emocjonalność interpretacji Jamesa Nortona nie pozwalają bohaterowi osunąć się w drażniącą papierowość. W swoim uporze wydaje się nawet bardziej ludzki od pozostałych. Uniknięcie deprawacji czyni go człowiekiem, w opozycji do skupionych na sobie zwierzętach.

Nie bez przyczyny parokrotnie pojawiają się cytaty z „Folwarku zwierzęcego”. Od książki George’a Orwella rzecz się zresztą zaczyna. Pierwsze sceny budują także sugestywny, wizualny język filmu. Zdjęcia Tomasza Naumiuka bywają malownicze, ale w surowy sposób. Kadry są wyprane z mocnych kolorów. Stylowe wnętrza moskiewskich pałaców przejawiają dekadencki szyk, który wywołuje podziw i odrazę równocześnie. Zwłaszcza, gdy ogląda się potem zmrożone, opustoszałe stepy Ukrainy. Cena luksusu budzi niedowierzanie i oburzenie.

Parokrotnie pojawiają się również ekspresyjne, wypełnione napięciem i adrenaliną sekwencje. Okraszone wyrazistą muzyką ożywiają akcję. Dodają produkcji dynamizmu i efektowności, dzięki czemu silniej oddziałuje na emocje. Uzupełniają również pola interpretacji o motywy technologii, ekonomii, pojmowania rozwoju. Warstwa formalna doskonale współgra więc z treścią obrazu, a zarazem nie pozwala mu opaść w rejony ciężkostrawnego fatalizmu i trudnego w odbiorze artyzmu.

Gdyby „Obywatel Jones” powstał w Stanach Zjednoczonych, pod reżyserią podpisałby się pewnie Steven Spielberg. Holland wpisuje w swoją opowieść charakterystyczną dla tego twórcy szlachetność. Stara się przywrócić prawdzie, dobru, moralności odpowiednią wagę, siłę i znaczenie. Jednocześnie serwuje produkcję, która przykuwa do ekranu, angażuje emocjonalnie, nie pozwala się nudzić. Jeżeli po Andrzeju Wajdzie polskie kino wydawało się osierocone pod względem mistrzowskiego opowiadania o wartościach, ta dziura właśnie została zasypana.

Jan Bliźniak, Całe życie w kinie

 

 „UKRYTA GRA”

2019 FESTIWAL POLSKICH FILMÓW FABULARNYCH

Złote Lwy 2019 Nagroda Specjalna Jury – Zdobywca Łukasz Kośmicki

Najlepszy montaż Krzysztof Arszennik, Robert Gryka, Wolfgang Weigl

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria - Łukasz Kośmicki

Scenariusz - Łukasz Kośmicki

                    Marcel Sawicki

Zdjęcia - Paweł Edelman

Scenografia - Allan Starski

Muzyka - Łukasz Targosz

Montaż - Robert Gryka, Wolfgang Weigl

               Krzysztof Arszennik

 

 

Bill Pullman - Joshua Mansky

Lotte Verbeek - agent Stone

James Bloor - agent White

Robert Więckiewicz - dyrektor PKiN

Aleksiej Serebriakow - generał major Krutov

Corey Johnson - Donald Novak

Nicholas Farrell - G. Moran

Evgeny Sidikhin - Alexander Gawryłow

Cezary Kosiński - John Gift

Aleksandr Lobanov - adiutant Krutova

Wojciech Mecwaldowski - mistrz ceremonii

Magdalena Boczarska - barmanka

 

O FILMIE:

Początek lat sześćdziesiątych. U szczytu kryzysu kubańskiego amerykańskie tajne służby porywają wybitnego matematyka Joshuę Mansky’ego. Nadużywający alkoholu zapomniany geniusz ma wystąpić w szachowym pojedynku przeciwko sowieckiemu mistrzowi Gawryłowowi na międzynarodowym turnieju w warszawskim Pałacu Kultury i Nauki. Rywalizacja to jednak tylko przykrywka do szpiegowskiej rozgrywki. Kiedy sojusznicy okazują się wrogami i nie wiadomo, komu naprawdę ufać, Mansky musi wykonać decydujący ruch, mający powstrzymać konflikt nuklearny.

Świat stoi na krawędzi nowej wojny. ZSRR rozmieszcza na Kubie pociski balistyczne średniego zasięgu i grozi, że użyje ich przeciwko USA. Nie wiadomo czy to blef mający sprowokować Amerykanów, by jako pierwsi zaatakowali Rosję, czy faktycznie chcą ich użyć. Rozpoczyna się gra wywiadów obu stron, które muszą rozszyfrować ruchy przeciwnika. A jak to w takich sytuacjach bywa, wszystko musi odbywać się w wielkiej tajemnicy przed światem. W szeregach wysoko postawionych oficerów rosyjskiego wywiadu jest szpieg, który chce przekazać Amerykanom istotne informacje, jednak nie wie, komu może ufać. Każdy może przecież okazać się podwójnym agentem. Trzeba więc sięgnąć po kogoś spoza układu, kogoś kto nie będzie wzbudzał żadnych podejrzeń, obywatela, który z wojskiem nie ma nic wspólnego. Wybór pada na profesora Joshua Mansky’ego (Bill Pullman), genialnego matematyka, który rozegra mecz szachowy przeciwko sowieckiemu mistrzowi Gawryłowi na międzynarodowym turnieju w warszawskim Pałacu Kultury i Nauki. Potyczka dwóch wielkich umysłów to tylko pretekst do tego, by dwa konkurencyjne wywiady rozegrały własną grę.

Ciężar całej opowieści zostaje zrzucony na barki Billa Pullmana, dla którego takie wyzwanie nie jest najmniejszym problemem. Mansky w jego wykonaniu jest bardzo sarkastycznym człowiekiem, nie potrafiącym odnaleźć się w sytuacji, w której zostaje postawiony przez amerykański rząd. Zwłaszcza że, by normalnie funkcjonować w społeczeństwie, musi cały czas utrzymywać się w stanie upojenia alkoholowego. Na pierwszy rzut oka nie jest to najlepsza osoba, w ręce której powinno się składać losy świata. Świetnie partneruje mu Robert Więckiewicz jako dyrektor Pałacu Kultury i Nauki, który jako Polaczek cwaniaczek idealnie pokazuje naszą narodową niezłomność ducha oraz możliwość dostosowywania się do rzeczywistości.

Czym jednak byłby szpiegowski thriller bez dobrego czarnego charakteru. W tym przypadku jest nim rosyjski generał Krutow, idealnie zagrany przez Aleksieya Serebryakova, dla którego Polacy to tylko tania siła robocza mająca wypełniać jego rozkazy. Ich życie jest dla niego nieistotne. Generalnie życie ludzkie nie ma dla niego żadnej wartości. Liczy się tylko zwycięstwo oraz chwała z nim związana. Jest to jedna z tych postaci, której się nienawidzi od pierwszej sceny, w której się pojawia.

Reżyser Łukasz Kośmicki, dla którego jest to filmowy debiut, napisał scenariusz, który pod płaszczykiem szpiegowskiego thrillera przemyca historię okupowanej Warszawy. Stolicy zniszczonej przez Niemców, a obecnie znajdującej się pod rosyjskim butem. Moim zdaniem jest to największa wartość Ukrytej gry, pokazanie historii Polski bez tego patriotycznego patosu, jaki zazwyczaj towarzyszy naszym rodzimym produkcjom. Widzowie zrozumieją skąd u Polaków taka ogromna niechęć zarówno do Niemców jak i Rosjan. I to bez epatowania okrucieństwem wojny na ekranie. Jestem przekonany, że ten film zostanie pozytywnie przyjęty zarówno przez polską jak i zagraniczną widownię. Udowadnia, że potrafimy robić międzynarodowe kino, którego atutem jest historia, a nie hollywoodzkie nazwisko w obsadzie.

Scenariusz Kośmickiego i Marcela Sawickiego jest napisany tak, by nie marnować czasu widza na niepotrzebne dialogi czy ciągnące się sceny. Akcja toczy się wartko i trzyma w napięciu. Jest miejscami przewidywalna, ale akurat w tym wypadku nie przeszkadza to w odbiorze filmu. Od początku do końca trzymamy kciuki za to, by misja Mansky’ego zakończyła się sukcesem, a wynik potyczki szachowej wcale nie jest tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać.

Producentom bardzo zależało by ich film stał się ich wizytówką na świecie, bo w Polsce po Sztuce kochania i Bogach już ugruntowali swoją pozycję. Dlatego do Ukrytej gry zatrudniono nagrodzonego Oscarem Allana Starskiego, który zrekonstruował klimat pomieszczeń Pałacu Kultury i Nauki z lat 60., a za zdjęcia odpowiadał nominowany do Oscara za Pianistę Paweł Edelman. Dzięki nim produkcja pięknie prezentuje się na ekranie.

Ukryta gra znakomicie wykorzystuje architektoniczne walory Pałacu Kultury i Nauki, pokazując że jest to świetny budynek do realizacji filmów, o czym mam wrażenie, nasze kino dawno już zapomniało.

Dawid Muszyński, naEKRANIE

 

 „IKAR.LEGENDA MIETKA KOSZA”

2019 FESTIWAL POLSKICH FILMÓW FABULARNYCH

Srebrne Lwy – Zdobywca Maciej Pieprzyca, Maria Gołoś,

Renata Czarnkowska-Listoś

Złote Lwy - Najlepsza pierwszoplanowa rola męska – Dawid Ogrodnik

Złote Lwy - Najlepsza charakteryzacja - Jolanta Dańda

Złote Lwy - Najlepsza muzyka - Leszek Możdżer

Złote Lwy - Najlepsze kostiumy - Agata Culak

Złote Lwy - Najlepsze zdjęcia - Witold Płóciennik

Złoty Klakier - Nagroda publiczności dla najdłużej oklaskiwanego filmu Maciej Pieprzyca

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria: Maciej Pieprzyca

Scenariusz: Maciej Pieprzyca

Zdjęcia: Witold Płóciennik PSC

Scenografia: Joanna Anastazja Wójcik

Kostiumy: Agata Culak

Charakteryzacja: Jolanta Dańda

Muzyka: Leszek Możdżer

Montaż: Piotr Kmiecik PSM

Dawid Ogrodnik - Mieczysław Kosz

Jowita Budnik - Agata Kosz, matka Mietka

Wiktoria Gorodeckaja - Marta

Maja Komorowska - profesor Aniela,

Justyna Wasilewska - piosenkarka Zuza

Piotr Adamczyk - pianista Bogdan Danowicz

Mikołaj Chroboczek - kontrabasista Gutek

Michał Filipiak - kontrabasista Włodek

Jacek Koman - Stanisław Kosz, ojciec

Grzegorz Mielczarek - Marian Wolski,

 

O FILMIE:

"Ikar. Legenda Mietka Kosza" to inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia niewidomego geniusza fortepianu. Mietek jako dziecko traci wzrok. Jego matka oddaje go pod opiekę sióstr zakonnych w Laskach. W ośrodku dla niewidomych chłopiec odkrywa, że muzyka może się dla niego stać sposobem na to, by na nowo widzieć i opowiadać świat. Mietek zostaje świetnym pianistą klasycznym, jednak gdy odkrywa jazz, ma już tylko jeden cel - zostać najlepszym pianistą jazzowym w Polsce. Odnosi coraz większe sukcesy, nie tylko w kraju, lecz także na świecie. Wygrywa prestiżowy Montreux Jazz Festival. W jego życiu niespodziewanie pojawia się charyzmatyczna wokalistka Zuza. To spotkanie wszystko zmienia.

 

"Ikar. Legenda Mietka Kosza" Macieja Pieprzycy jest w mojej ocenie jednym z ważniejszych polskich filmów ostatnich lat i być może najlepszym, jak dotąd, filmem tego reżysera. Nie tylko w sposób artystycznie dojrzały i poruszający przywraca pamięć o genialnym muzyku jazzowym, ale stawia także pytania o to, skąd bierze się taki talent, kim jest artysta i jaką cenę musi zapłacić za swój geniusz. 

 


Zanim film Macieja Pieprzycy pojawił się na ekranach kin, postać Mieczysława Kosza znana była właściwie wąskiemu gronu osób interesujących się muzyką jazzową. Choć umarł mając zaledwie 29 lat i nie pozostawił po sobie zbyt bogatego dorobku, pozostał w pamięci tych, którzy się z nim zetknęli i słuchali jego muzyki. Do tego grona należy z pewnością Krzysztof Karpiński - pasjonat jazzu i badacz jego historii. W 1990 roku ukazała się jego książka o Mieczysławie Koszu, zatytułowana "Tylko smutek jest piękny". Została w tym roku wznowiona przez Wydawnictwo Literackie i poszerzona o nowe źródła, a przy tym jest piękna edytorsko. W 2007 roku powstał film dokumentalny według scenariusza i w reżyserii Roberta Kaczmarka: "Esencja nastroju", w którym Mieczysława Kosza wspominają przyjaciele, muzycy, z którymi grał, a także słyszymy jego głos, nagrany podczas wywiadów radiowych. I wreszcie "Ikar. Legenda Mietka Kosza" - nagrodzony Srebrnymi Lwami film Macieja Pieprzycy, który jest także autorem książki pod tym samym tytułem. 
To całkiem sporo, jak na tak krótkie życie. Mimo upływu lat, postać Mietka Kosza nie tylko nie blaknie, ale ciągle fascynuje swoją aurą geniuszu i tajemnicy.

 


Pomysł zrobienia filmu o pianiście wyszedł jakieś dziesięć lat temu od Piotra Adamczyka, któremu marzyła się rola głównego bohatera. Ostatecznie zagrał jego antagonistę, ale - co najważniejsze - powstał film znakomity: niebanalny, dający się interpretować na różnych poziomach, piękny wizualnie i muzycznie, eksperymentujący dźwiękiem.

Opowieść Pieprzycy jest nielinearna. Jak w muzyce jazzowej - jest główny temat (Mietek Kosz), ale są też jego wariacje: uniwersalna opowieść o genialnym artyście, który "nie przystaje" do swoich czasów ani do innych ludzi i jest przerażająco samotny. To doświadczenie przekłada się zapewne na jego kompozycje, głębię interpretacji, a jednocześnie niszczy go. Jego Ikarowy lot musiał się tak właśnie skończyć.


Film jest także opowieścią o biednym, utalentowanym chłopcu, którego kalectwo jest swego rodzaju stygmatem, ale i łaską. Paradoks? Gdyby nie postępująca ślepota, mały Miecio nie znalazłby się w Laskach, gdzie otoczono go serdeczną opieką i odkryto jego talent. Stamtąd posłano go na studia do Krakowa. Nie zdarzyłoby się to zapewne nigdy, gdyby pozostał na wsi, gdzie nikt nie był w stanie rozpoznać jego niepospolitego talentu, a tym bardziej kształcić go w tym kierunku. Jest to więc opowieść o Janku Muzykancie, w którym ktoś jednak rozpoznał ów niezwykły dar.

Odtwarzając realia lat 50. i 60. Pieprzyca nie tylko pozwala zrozumieć realia, w których przyszło bohaterowi żyć i dorastać, ale pokazuje też, że człowiek jest jednak tajemnicą i nie da się go zrozumieć poprzez otoczenie, w którym przebywa, realia polityczne, w których granie jazzu było swego rodzaju manifestem wolności. Mietek Kosz wybiera jazz przede wszystkim dlatego, że grając tę muzykę, może improwizować, a więc wyrażać siebie. Dla niego właśnie muzyka jest podstawową formą ekspresji. Z niej czerpie ekstazę, podczas gdy życie staje się coraz większą udręką.


Już sam początek filmu wprowadza nas w tę sytuację egzystencjalną. Bohater pojawia się samotnie na scenie, odnajduje fortepian i ... wcale nie przystępuje do gry. Siedzi jakby sparaliżowany - łowi otaczające go dźwięki (które słyszy ze szczególnym natężeniem), a te uruchamiają obrazy z przeszłości. I tak rozpoczyna się seria retrospekcji, które przeplatają się z "tu i teraz", tworząc pełny, choć zagadkowy obraz osobowości bohatera. Owe wydarzenia z przeszłości owocują zarazem w jego grze. Bo kiedy wreszcie zaczyna grać, zagarnia całą publiczność i owacjom nie ma końca.

 

Kadry w filmie "Ikar" są pięknie skomponowane - zarówno te, które dotyczą teraźniejszości bohatera, jak też ukazujące jego przeszłość, głównie dzieciństwo. Co charakterystyczne, kamera jest zawsze blisko bohatera - tworzy jego portret intymny, jednocześnie delikatny i prawdziwy. Możemy go "poczuć", usłyszeć myśli, zobaczyć przeżycia...

 

Najbardziej zapadła mi w pamięć scena, w której ojciec wynosi chore dziecko do stajni, kładzie na sianie, a później bije konia, który staje dęba przerażony, a jednocześnie uważny, aby nie rozdeptać dziecka. Scena jak z tragedii greckiej - straszna i patetyczna. Po latach dorosły już chłopiec przyjeżdża jednak przebaczyć ojcu przed jego śmiercią. Nie rozmawiają "o tamtym", stary jest dumny, że jego kaleki syn stał się sławny i piszą o nim w gazetach. Ta scena wiele mówi o Mietku, między innymi o tym, że mimo straszliwego czynu ojca, potrafi zdobyć się na wybaczenie. Na pogrzebie matki jeszcze tego nie potrafił, ale po latach udało mu się te swoje traumatyczne doświadczenia przekształcić w dźwięki. Być może właśnie dlatego muzyka Mietka Kosza tak porusza.

 

Poza znakomitymi zdjęciami Witolda Płóciennika (operatora m.in. filmu Janusza Kondratiuka "Jak pies z kotem"), na szczególną uwagę zasługuje kreacja Dawida Ogrodnika, który tak sugestywnie wcielił się w postać Mietka Kosza, że trudno teraz sobie wprost wyobrazić kogoś innego w tej roli. Nie można też pominąć wspaniałych interpretacji utworów wykonywanych przez bohatera, których autorem jest znakomity muzyk i kompozytor Leszek Możdżer. Towarzyszą mu inni utalentowani wykonawcy oraz Synfonia Varsovia. Dzięki nim możemy posłuchać kompozycji Kosza w najlepszym wydaniu.

 

"Ikar. Legenda Mietka Kosza" Macieja Pieprzycy jest w mojej ocenie jednym z najważniejszych polskich filmów ostatnich lat i być może najlepszym, jak dotąd, filmem tego reżysera reżysera. Nie tylko w sposób artystycznie dojrzały i poruszający przywraca pamięć o genialnym muzyku jazzowym, ale jest też dziełem, które stawia pytania o to, skąd bierze się taki talent, kim jest artysta i jaką cenę musi zapłacić za swój geniusz.

 

Barbara Lekarczyk-Cisek, KulturalneIngrediencje

 

„PAN T”

2019 FESTIWAL POLSKICH FILMÓW FABULARNYCH

Złote Lwy - Najlepsza drugoplanowa rola męska Sebastian Stankiewicz

Camerimage 2019

Złota Żaba -  Najlepszy film Adam Bajerski, Marcin Krzyształowicz

REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIA – MARCIN KRZYSZTAŁOWICZ

SCENARIUSZ – ANDRZEJ GOŁDA, MARCIN KRZYSZTAŁOWICZ

ZDJĘCIA – ADAM BAJERSKI (PSC)

SCENOGRAFIA – MAGDALENA DIPONT,       ROBERT CZESAK

KOSTIUMY – MAGDALENA BIEDRZYCKA

MONTAŻ – WOJCIECH MRÓWCZYŃSKI (PSM)

MUZYKA – MICHAŁ WOŹNIAK

CHARAKTERYZACJA – DOMINIKA DYLEWSKA

PAN T -  PAWEŁ WILCZAK

FILAK – SEBASTIAN STANKIEWICZ

DAGNA – MARIA SOBOCIŃSKA

IRUŚ – WOJCIECH MECWALDOWSKI

ZBIGNIEW HERBERT – JACEK BRACIAK

BOLESŁAW BIERUT – JERZY BOŃCZAK

PANI REDAKTOR – KATARZYNA FIGURA

HANDLARZ – JAN NOWICKI

 

O FILMIE:

Pełna czarnego humoru, seksu i wzruszeń, zaskakująco współczesna historia o Polsce z absurdalnych czasów, w których rzeczy bardzo nieprawdopodobne były całkiem możliwe. Przesycona nostalgią podróż do niezwykłego świata, w którym słynni pisarze i poeci artystycznej bohemy zasiadywali w knajpach i kawiarniach, ukradkiem komentując zło otaczającego ich świata. Film w reżyserii Marcina Krzyształowicza – nagrodzonego Orłem i Srebrnymi Lwami na festiwalu filmowym w Gdyni twórcy „Obławy”. W roli głównej odmieniony i powracający w wielkim stylu Paweł Wilczak.

Powstająca z powojennych ruin Warszawa roku 1953 to miejsce, w którym wszystko jest możliwe. Wszechobecna niepewność, donosy i kontrola oswajane są wódką i dobrym towarzystwem, w podziemiach kościoła daje się słyszeć jazz, a przypadkowe spotkanie w toalecie z I sekretarzem Bolesławem Bierutem może zakończyć się niespodziewaną nietrzeźwością. To wszystko zna z własnego doświadczenia Pan T. – uznany pisarz, który gnieździ się w ciasnej klitce w hotelu dla literatów. Objęty zakazem wykonywania zawodu, utrzymuje się z korepetycji dawanych pięknej maturzystce, z którą łączy go płomienny romans. W sąsiednim pokoju mieszka chłopak z prowincji, który marzy o karierze dziennikarza. Pan T. staje się dla niego mistrzem i nauczycielem. Życie głównego bohatera nabierze tempa, gdy władze zaczną podejrzewać go o niecne zamiary wysadzenia Pałacu Kultury i Nauki, ponętna uczennica zaszokuje go niespodziewanym wyznaniem, a Urząd Bezpieczeństwa zacznie śledzić każdy jego ruch. W tej rzeczywistości pełnej absurdów trudno będzie zachować powagę.

 

Warszawa skąpana w czerni i bieli, pierwsza połowa lat 50. Pan T. jest pisarzem, któremu nie po drodze z socrealistycznym poglądem na świat. W ogóle nie po drodze mu z prawie wszystkim. Schowany za ciemnymi okularami z wyższością patrzy na bliźnich, a choć w kieszeni nie ma prawie nic, to stać go niemal na wszystko. Gdy akurat nie bryluje na salonach, to leży bezczynnie w łóżku gapiąc się w sufit i śniąc na jawie sny o potędze. Życie Pana T. jest wyboiste niczym kocie łby, po których pisarz codziennie spaceruje w poszukiwaniu kolejnych sposobów na zabicie czasu. Piękna maturzystka od nauki woli zabawę, I sekretarz czyha w toalecie, a Urząd Bezpieczeństwa oskarża o terroryzm. Nad wszystkim góruje Pałac Kultury i Nauki, który w zrównanym z ziemią mieście jawi się jak latarnia przyciągająca zbłąkanych żeglarzy. Panu T. zaczyna świtać w głowie pomysł na wywrotową powieść, a fikcja miesza się z rzeczywistością. 

 

„Pan T.” to rzecz tak oryginalna, że do końca nie wiem, jak ten film osadzić gatunkowo. Trochę tragikomedia, a trochę dramat obyczajowy. Dodatkowo dostajemy tu nutkę awangardowej sensacji ze złoczyńcami w maskach i herosem czającym się w cieniu. Całość zostaje podana także z biograficznym dressingiem, choć kucharz zarzeka się, że to całkiem inny składnik. Film Marcina Krzyształowicza z różnych powodów – prawnych i artystycznych – odcina się od życiorysu Leopolda Tyrmanda. Nazwisko pisarza nie pada tu ani razu, a jego filmowe zapiski zawierają frazy ledwie inspirowane tekstami z kultowego „Dziennika 1954”. Mimo wszystko produkcja wypełniona jest po brzegi nawiązaniami do twórczości oraz życia autora „Złego”. Spór między twórcami „Pana T.” a rodziną Tyrmanda pozostawiam prawnikom, a sam skupię się na tym, co w tej produkcji najlepsze – aktorstwie!

 

Marcin Krzyształowicz zgromadził przed kamerą obsadę, o której marzyłby niejeden rodzimy reżyser. Nawet dalsze plany zasilane są przez aktorskie tuzy oraz kilka ciekawych niespodzianek. Wszyscy wypadli świetnie, nawet jeśli pojawili się tylko w jednej scenie. Jako wyjątkowo oślizgły aparatczyk bryluje Wojtek Mecwaldowski. Przewodniczący Koła Młodych Dziennikarzy, Wiktor Zborowski, rozbraja komentarzami na temat twórczości podopiecznych. Pojawiają się dwaj cwaniaccy stróże w osobach Krzysztofa Czeczota i Eryka Lubosa. Spełniony pisarz Przemysław Bluszcz otacza się znudzoną żoną Katarzyną Warnke. Trzej filozofowie dorabiający w fabryce zabawek to Kazimierz Kutz, Jacek Fedorowicz oraz… Leszek Balcerowicz. Tomasz Sapryk jest genialny jako wrażliwy UB-ek, a Jacek Braciak kreuje postać spokojnego poety Zbyszka (tak, tego Zbyszka). Jerzy Bończak kradnie każdą swoją scenę jako znudzony Bolesław Bierut, który od wygłoszenia przemowy woli zajarać jointa.

 

No i wreszcie błyszczy pierwszy plan – ekspresyjna maturzystka Maria Sobocińska, prowincjonalny pismak Sebastian Stanki Stankiewicz oraz oczywiście powracający w glorii chwały na wielki ekran Paweł Wilczak w roli tytułowej. Skrojonej idealnie pod jego aparycję, sposób bycia i wysławiania się. To jedna z tych kultowych kreacji, które mają szansę zainspirować wielu widzów chociażby do nonszalanckiego przechadzania się po mieście w płaszczu i ciemnych okularach.

 

„Pan T.” to świetne kino, które wymyka się zaszufladkowaniu i potrafi sporo od siebie dać. Arcyzabawne dialogi, absurdalne sytuacje, fikcja mieszająca się z realizmem oraz niepodrabialny klimat Warszawy powstającej z gruzów – „Pan T.” jest troszkę draniem, ale nie sposób go nie lubić.

 

Piotr Olczyk -  Multikino

 

 „MOWA PTAKÓW”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria - Xawery Żuławski

Scenariusz - Andrzej Żuławski

Zdjęcia - Andrzej J. Jaroszewicz

Scenografia - Elwira Pluta

Muzyka - Andrzej Korzyński

Montaż - Wojciech Włodarski

Sebastian Fabijański - Marian

Eryk Kulm - Józef

Jaśmina Polak - Ania

Katarzyna Chojnacka - Ala

Sebastian Pawlak - Ludwik

Andrzej Chyra - Lucjan

 

O FILMIE:

Bohaterami "Mowy ptaków" są ludzie funkcjonujący na marginesie społeczeństwa - nauczyciel historii, którego poglądy odstają od dominującej narracji, bezrobotny polonista, sprzątaczka, kwiaciarka, kompozytor cierpiący na trąd i licealistka przygotowująca swój pierwszy film. Bohaterowie muszą poradzić sobie w świecie, w którym bezmyślność i podążanie za tłumem stanowią dominującą postawę. "Mowa ptaków" to ekranizacja ostatniego scenariusza zmarłego w 2016 roku Andrzeja Żuławskiego. Muzykę do filmu skomponował Andrzej Korzyński, wieloletni współpracownik Żuławskiego i Andrzeja Wajdy. Za zdjęcia odpowiada Andrzej Jaroszewicz, z którym Andrzej Żuławski pracował wcześniej przy filmach "Na srebrnym globie" i "Szamanka". "Mowa ptaków" jest dzięki temu wspaniałym hołdem dla jednego z najbardziej niepokornych twórców w historii polskiego kina i niezwykłym komentarzem na temat wykluczenia i mechanizmów działania współczesnego społeczeństwa. "Mowa ptaków" to też niezwykła opowieść o alienacji we współczesnej Polsce i szukaniu swojego miejsca w świecie, w którym każdą odmienność próbuje się zepchnąć na margines. "Mowa ptaków" jest niepokorna, anarchistyczna i szalona. Nie pozwoli o sobie zapomnieć przez długie miesiące.

Niedawno poznaliście najlepszy film 2019 roku, teraz czas na najlepszy polski film 2019. Mowa oczywiście o Mowie ptaków w reżyserii Xawerego Żuławskiego. Jeszcze przede mną seans Bożego Ciała i innych gdyńskich smaczków, ale jestem w pełni przekonana, że żaden z nich nie spodoba mi się równie mocno. Film-performance zagościł w naszych kinach w ostatni piątek – 27 września 2019 roku, jednak już wcześniej fani Żuławskiego mieli szansę zobaczyć go na wielu pokazach przedpremierowych i festiwalowych. Obraz ten zebrał gromkie brawa, ale publiczność całkowicie się podzieliła. Xawery dopuścił się rzeczy fenomenalnej — poróżnił kinomanów, którzy oceniają film głównie zerojedynkowo. Głównie dlatego, że jest to pozycja adresowana do wąskiego grona odbiorców – fanów kina niezależnego, twórczego, a przede wszystkim autorskiego.

Eksperyment Żuławskiego opowiada o zatraconych w depresji inteligentach, którzy całkowicie zagubili chęć do życia. Polonista i Historyk załamują ręce nad tym, że przedmioty przez nich nauczane w szkole są w pełni bagatelizowane przez uczniów. Humaniści nie mogą zrozumieć, dlaczego ich lekcje nie przynoszą owoców, a ich wychowankowie to klasyczni przedstawiciele (sub)kultury polski walczącej, którzy po zajęciach uczestniczą w mszy świętej, jak i również biorą udział w marszach. Niby pogodzili się z tym, że polska kultura z dnia na dzień umiera, ale oni nie poddają się i są gotowi o nią walczyć. Tylko jak rozprzestrzeniać kulturę, historię, polską literaturę, gdy duch wartości moralnych czy estetycznych jest martwy. Tak jak Chrystus, do którego łobuzy wzdychają po szkole.

Ciekawym pomysłem jest podział fabuły na konkretne epizody tak, aby widz dokładnie mógł poznać historię każdego z bohaterów i zobaczyć, co skłoniło ich do tak skrupulatnych przemyśleń. Wprowadzenie tego zabiegu pozwoliło niejako pokazać każde zjawisko i każdy problem z osobna w celu wnikliwego scharakteryzowania każdej z postaci. Oprócz osobnych, prywatnych wątków, przebija się między nimi bardzo prywatne wspomnienie, a raczej rekonstrukcja młodzieńczych pomysłów Andrzeja Żuławskiego. Marian (polonista) i Józef (wirtuoz), tak samo, jak niegdyś Andrzej Żuławski i Andrzej Korzyński chcą stworzyć piosenkę. Hit, który pokochają miliony. Przez co owoc ich wspólnej pracy będziemy mogli podziwiać w zakończeniu.

Xawery Żuławski zdecydował się złożyć ojcu najpiękniejszy hołd. Stworzył dzieło, które w kinematografii może zostać niedługo określone mianem manifestu. Manifestu, który przypadnie do gustu tylko nielicznym. Młody twórca bawi się kinem, a co za tym idzie również jego konwencją, stroni od klasycznego rozumienia X muzy na rzecz nowatorskich rozwiązań. Tworzy własny krój dzieła filmowego, stawiając przede wszystkim na nieopisaną odwagę. Momentami da się dostrzec, że ta satyryczna laurka składana na ojcowskim grobie jest wręcz przeżarta niedopowiedzeniami, jak i żalem do rodzica. Adresowana w pełni intymnie do Andrzeja Żuławskiego, a nie do całego ogółu.

Żuławski wręcz pedantycznie buduje swoje postacie, bazuje nie na konkretnych osobach, ale mocno wybrzmiewających cechach charakteru. Zakładam, że każda i każdy z nich ma swoje korzenie w konkretnej przygodzie Żuławskiego Seniora. Mimo tego należy docenić aktorów, którzy wzięli udział tym przedsięwzięciu. Nie sądziłam, że kiedykolwiek wypowiem to zdanie, ale chciałabym docenić Sebastiana Fabijańskiego. W końcu na moich oczach dowiódł, że jest dobrym aktorem, który cały czas trafia na bardzo słabe role. Postać, którą wykreował była dla mnie sporym zaskoczeniem. Warto też wspomnieć o Katarzynie Chojnackiej, wcielającą się w upierdliwą uczennicę, bo to ona skradła totalnie moje serce.

Mowa Ptaków jest skrzętnie najeżona kontekstami, żeby wszystkie je odkryć, nie wystarczy tylko znać całą filmografię Pana Andrzeja, ale również być zaznajomionym z jego życiorysem. Chociaż nie wiadomo, czy to wystarczy, bo w filmie można doszukać się wielu zapożyczeń czy wtrąceń, do których potrzebna jest ogromna wiedza nie tyle filmoznawcza, jak i ogólna. Pewne jest jedno, Mickiewiczowskie Dziady z pewnością mogą się schować przed Mową Ptaków. A ta nie zawodzi pod względem motywów i inspiracji. Jestem w pełni przekonana, że dzieło mogłoby przysporzyć wielu problemów śmiałkom, którzy zdecydują się poddać je wnikliwej analizie i badaniom.

Żuławski jest nadambitnym twórcą, o czym widz prędko się dowie, śledząc jego ponad dwugodzinne dzieło, gdzie już na samym początku sygnalizuje, że będzie “to coś”, czego jeszcze nikt z nas w kinie nie widział. Decyzja o stworzeniu kinowego performansu z pewnością nie była prosta, ale reżyser wykazał się ogromną odwagą, chcąc pokazać swoje dzieło w taki, a nie inny sposób. Za co jestem mu ogromnie wdzięczna, bo Mowę ptaków miałam okazję zobaczyć już dwa razy, a pisząc tę recenzję, planuję już kolejny seans, tym samym odwlekając czas na zaznajomienie się z filmografią Andrzeja Żuławskiego.

Klaudia Kroczek, AllinCard

 

REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE”

PRZEGLĄD KINA POLSKIEGO 2019

 

Lp.

TYTUŁ

DATA

GODZ.

CZAS

1

ODNAJDĘ CIĘ

11.02.2019

18.45

73 MIN

2

„AUTSAJDER”

11.02.2019

20.30

93 MIN

3

„ETER”

12.02.2019

18.00

117 MIN

4

„KAMERDYNER”

12.02.2019

20.00

150 MIN

5

„7 UCZUĆ”

13.02.2019

18.00

118 MIN

6

„KLER”

13.02.2019

20.00

133 MIN

 

„ODNAJDĘ CIĘ”

REALIZACJA

OBSADA

 REŻYSERIA – beata dzianowicz

SCENARIUSZ – beata dzianowicz

ZDJĘCIA – jacek petrycki

SCENOGRAFIA – Agata adamus

MUZYKA – mariusz goli

KOSTIUMY – agnieszka sobiecka

MONTAŻ – rafał listopad

justa – Ewa Kaim

bacia – Dariusz Chojnacki

daro – Michał żurawski

grzegorz szUtra – PIOTR STRAMOWSKI

piotr – mirosław haniszewski

lenka – zofia stelmach

 

 

O FILMIE

Trzymający w napięciu thriller sensacyjny, który zadowoli wszystkich miłośników skandynawskich kryminałów oraz sympatyków kina, w którym od lat niepodzielnie rządzi Liam Neeson. Historia policjantki, która uwikłana w pogoń za mordercą, sama staje się celem jego wyrachowanych ataków. Czy zdoła ocalić siebie i bliskich zanim będzie za późno? Film „Odnajdę cię” jest debiutem fabularnym cenionej dokumentalistki Beaty Dzianowicz, której „Latawce” otrzymały Grand Prix sekcji Tygodnia Krytyki na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Locarno. Za zdjęcia do produkcji odpowiada światowej sławy operator, Jacek Petrycki – laureat Konkursu Filmów Polskich Camerimage. W obsadzie filmu, w rolach głównych wystąpili: nominowana do Polskiej Nagrody Filmowej – Orzeł –  Ewa Kaim oraz Dariusz Chojnacki, Mirosław Haniszewski, Michał Żurawski i Piotr Stramowski. Film „Odnajdę cię” znalazł się w Konkursie Głównym tegorocznego festiwalu Młodzi i Film.

Trwa policyjna obława na żołnierza (Dariusz Chojnacki), który ma na sumieniu niemal wszystkich członków swojego oddziału. Przestępcę udaje się zwabić w pułapkę, ale doświadczona policjantka Justa (Ewa Kaim) popełnia prosty błąd i ścigany wymyka się obławie. W konsekwencji uchybień, kobieta zostaje wysłana na przymusowy urlop. Ambicja dyktuje jej jednak inne rozwiązanie. Zamiast zająć się narastającymi problemami we własnej rodzinie, porzuca wszystko i wraca do miasteczka swojego dzieciństwa, gdzie dorastał również jej przeciwnik. Podczas gdy Justa szuka tropów, mogących doprowadzić ją do kryjówki przestępcy, ten dociera do jej bliskich i porywa córkę policjantki – Lenę.

 

Fabularny debiut dokumentalistki Beaty Dzianowicz ma – jeśli wierzyć materiałom promocyjnym – przypominać wciąż modne skandynawskie kryminały. Rzeczywiście, energiczna, samotna i nieprzebierająca w środkach główna bohaterka, policjantka Justa (Ewa Kaim) wydaje się wzorowana na charyzmatycznej Lisbeth Salander z trylogii Stiega Larssona.

W fabułę wpleciony też został, często wykorzystywany przez Skandynawów, wątek znęcania się nad dzieckiem – porwanym i zamkniętym w jakimś lochu, nie wiadomo gdzie. Trwa wyścig z czasem. Czy uda się małoletnią ofiarę odnaleźć i uratować?

Generalnie zresztą, sceny akcji wypadają w filmie najsłabiej, zaś sensacyjna fabuła jest tyleż schematyczna, co niejasna i pełna dziur. Ma ona związek z jakimiś ciemnymi sprawkami polskiego oddziału wojskowego, który stacjonował ongiś w Afganistanie. Ale doprawdy ciężko dociec, jakie motywy kierują głównym szwarccharakterem. Ba! Nawet dobrze nie wiadomo, czy to jemu należy się palma pierwszeństwa w łajdactwie, czy może jednak temu drugiemu – świadkowi koronnemu granemu przez Piotra Stramowskiego.

Czyli co? Kolejna nieudana próba stworzenia w Polsce kina gatunkowego? Na szczęście, nie do końca. Temperament doświadczonej dokumentalistki maskuje bowiem braki początkującej realizatorki fabuł. „Odnajdę cię” ma dobre tempo, surowe, konsekwentnie szaroniebieskie zdjęcia z ręki weterana dokumentu Jacka Petryckiego, a także jazzującą muzykę Mariusza Goli, która unika klisz „ilustracji z suspensem”.

Przede wszystkim jednak film niesie energia Ewy Kaim odtwarzającej rolę Justy. Aktorka praktycznie nie schodzi z ekranu, nie traci też ani na chwilę animuszu i determinacji. Choć do działań ekstremalnych pchnie ją walka o córkę, daleko Juście do stereotypu zatroskanej mamusi.

To raczej latynoska lwica, która rzuci się do gardła każdemu, kto zbliży się do jej młodych albo będzie próbował ją zdominować. W jednej ze scen nokautuje bez ostrzeżenia wiarołomnego męża, który zaczął kłamać i kombinować. Bojowość, jaka napędza kreację Kaim, powoduje, że akceptujemy nawet te epizody, w których bohaterka zdecydowanie przekracza granice – choćby wtedy, gdy dobija łomem jednego z niegodziwców.

Dobrze też wypadają sceny między Justą a jej przełożonym, Daro (Michał Żurawski) – trochę kumplem, trochę szefem, a trochę kochankiem (ale na seks, jak to w polskim kinie, nie ma czasu, bo służba wzywa). Państwo nie cackają się ze sobą, skaczą między nimi iskry erotycznej fascynacji i zawodowej rywalizacji. Kwestia seksizmu w służbach mundurowych w filmie się nie pojawia, co można uznać za unik. Albo za znak, że równouprawnienie jest bliżej niż nam się wydaje. Zresztą, sam bym nigdy nie pozwolił sobie w obecności Justy na choćby drobny seksistowski żarcik.

Trochę więc szkoda, że ten – niespotykany dotąd w polskim kinie – portret kobiety, która w pewnym momencie gotowa jest powystrzelać cały świat, służy szkolnej i niemrawej „kryminałce” z wojskowymi psycholami w tle. Korzyści komercyjne są z tego niewielkie, brakuje natomiast czasu i miejsca na o wiele ciekawszą kwestię – gdzie można znaleźć polskie Lisbeth Salander i jak sobie dają radę w rodzimych realiach?

Bartosz Żurawiecki, Odnajdę cię, „Kino" 2018, nr 08, s. 86

 

 „AUTSAJDER”

REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIA – adam sikora

SCENARIUSZ – adam sikora

ZDJĘCIA – tomasz woźniczka

SCENOGRAFIA – Agata adamus

MUZYKA – tymoteusz bies

KOSTIUMY – beata święcicka

MONTAŻ – beata walentowska

DŹWIĘK – krzysztof stasiak,

                     katarzyna białas

FRANEK – ŁUKASZ SIKORA

MAMA FRANKA – DoROTA POMYKAŁA

buszka – katarzyna gałąska       

„dziadek” – Tomasz Sapryk

naczelnik – mariusz jakus

oficer sb – mariusz bonaszewski

oficer milicji – marek kalita

 

 

O FILMIE

Inspirowany prawdziwymi wydarzeniami poruszający film o studencie malarstwa, którego życie zmienia się nieodwracalnie, kiedy przez przypadek wpadnie w tryby przerażającej totalitarnej machiny. „Autsajder” został wyreżyserowany przez Adama Sikorę – wielokrotnie nagradzanego reżysera i autora zdjęć do takich produkcji jak: „Ach śpij kochanie”, „Młyn i krzyż” oraz „Essential killing”. Obok odgrywającego główną rolę Łukasza Sikory, pośród bogatej obsady zobaczymy takie osobowości polskiego kina jak: osławiony rolą w głośnej „Symetrii” – Mariusz Jakus, Marek Kalita, Cezary Łukaszewicz, Tomasz Sapryk, Mariusz Bonaszewski, czy Dorota Pomykała.

Franek to młody idealista. Jest zakochany w muzyce, malarstwie i pewnej dziewczynie. Mimo wiszącego w powietrzu ogromnego napięcia związanego z wprowadzeniem stanu wojennego i dramatycznymi wydarzeniami w kopalni „Wujek”, mówi, że polityka kompletnie go nie interesuje. Wszystko się jednak zmieni. Odwiedza go bowiem dobry znajomy – Beno i prosi o przechowanie tajemniczej teczki. Kiedy kolejnego wieczora Franek wraca od swojej dziewczyny po rozpoczęciu godziny milicyjnej, zatrzymuje go patrol. Chłopak szybko zostaje oskarżony o współpracę z opozycją, a znaleziona w jego mieszkaniu teczka z ulotkami staje się niezbitym dowodem. Sprawę przejmuje Służba Bezpieczeństwa. Cała jego wrażliwość i ideały zostają poddane najwyższej próbie.

Film Sikory zbudowany jest na modłę historii inicjacyjnej. Wiadomo, że jeśli rzecz dzieje się tuż po 13 grudnia 1981 roku, a główny bohater, student ASP, deklaruje brak zainteresowania polityką, to polityka wcześniej czy później musi go dopaść. Stanie się to podczas godziny milicyjnej, kiedy Franek złapany na ulicy przez patrol zostaje wzięty za twórcę wywrotowych graffiti i trafia do aresztu. W ten sposób rozpoczyna się długa więzienna odyseja, podczas której wrażliwy chłopiec, zainteresowany dotychczas wyłącznie muzyką, malarstwem i miłością, poznaje działanie komunistycznego reżimu od najbardziej brutalnej strony. Dodajmy, że rzecz dzieje się na Śląsku, tuż po pacyfikacji kopalni „Wujek”. Dla Franka towarzyszami niedoli są więc nie tylko kryminaliści – za ścianą siedzą bowiem aresztowani górnicy, a po kolejnej przeprowadzce kompanami z celi staną się działacze opozycji, którzy na dobre przeorają uśpioną świadomość bohatera.Sikora miał dobrą intuicję, by polityczne dojrzewanie naiwnego „studenciaka” wyrazić atmosferą rodem z thrillera.

Niekończące się przesłuchania, upokarzające kontrole osobiste, tortury „dentystyczne”, przymusowe karmienie rurą, długie godziny spędzone w karcerze – przechodząc przez to wszystko zastanawiamy się, co jeszcze wymyśli morderczy aparat władzy. Nie mniejsze poczucie zagrożenia buduje ożywiona na ekranie biurokratyczna machina systemu. Odczytywaniu wyroku towarzyszy upiorny terkot maszyny do pisania. Staroświecka kalka do papieru czy mucha przechadzająca się po wydruku zamrażają uwagę na pozornie nieistotnych szczegółach. Ich autentyczną grozę niweluje jednak łopatologicznie podany przekaz: patrzcie, drogie dziatki, jak złudne bywa wszelkie autsajderstwo – fonetyczne spolszczenie ma tu wydźwięk ironiczny, bo w Polsce bycie „autsajderem” zawsze było podejrzanym luksusem. Franek, mimo prób złamania go przez SB, ale też na przekór tej większości, która „myśli tylko o tym, jak się nażreć”, próbuje być człowiekiem przyzwoitym, choć cena okaże się bardzo wysoka.

Oczywiście, trudno byłoby z tą zacną postawą się spierać, jednakże dydaktyczny ton, który przebija z filmu Sikory, okazuje się koniec końców przeciwskuteczny. „Autsajder” zamiast poruszać, dostarcza przede wszystkim lekcji poglądowej, a przecież nie tego szuka w kinie dzisiejszy rówieśnik Franka.

Autor filmu, znany głównie jako wybitny operator, nie kryje osobistych związków z opowiedzianą historią, ale tym razem zdjęcia powierzył młodszemu o pokolenie Tomaszowi Woźniczce. Przygnębiająca szaruga minionej epoki zderzona zostaje z radosną zmysłowością „czasu wyobrażonego”, w którym młodzi bohaterowie pławią się w politycznej niewinności. Łukasz Sikora, prywatnie syn reżysera, wypada bardzo przekonująco w roli człowieka, który wyrasta z chorobliwego pięknoduchostwa.

Solidnie wykonana praca rekonstrukcyjna (te wszystkie swetry z owczej wełny, herbata parzona w szklance i Lista Przebojów Trójki z jakże wymowną piosenką „Dorosłe dzieci” zespołu Turbo) przenosi nas do ery coraz bardziej odległej i coraz bardziej zmitologizowanej. Warto także dodać, że w postać matki bohatera wciela się Dorota Pomykała, która w 1989 roku zagrała główną rolę w filmie „Chce mi się wyć” Jacka Skalskiego, uchodzącym po dziś dzień za jeden z najbardziej intrygujących obrazów na temat stanu wojennego.

Dlaczego więc, mimo tych wszystkich atutów, film Sikory rozmija się ze swoim widzem? W filmie fabularnym realizował on dotychczas projekty raczej niszowe, krążąc między kinem eksperymentującym („Wydalony”) a społecznie zaangażowanymi przypowieściami („Ewa”). Ze względu na silny ładunek emocjonalny i sugestywne realia „Autsajder” mógłby być pierwszym w jego dorobku tytułem atrakcyjnym dla szerszej publiczności. Jako że wchodzi do kin dokładnie w rocznicę ogłoszenia stanu wojennego, byłby też idealnym narzędziem do „odpominania” tamtych zdarzeń. Jeśli tak się nie stanie, to nie dlatego, że „młodzież nie rozumie pokolenia styropianu”, ale że jest wręcz odwrotnie: to pokolenie styropianu uporczywie nie chce zrozumieć dzisiejszych młodych.

Anita Piotrowska, Autsajder, „Kino" 2018, nr 12, s. 84-85

 

 

 „ETER”

REALIZACJA

OBSADA

Rreżyseria - Krzysztof Zanussi

Scenariusz - Krzysztof Zanussi

 Zdjęcia Piotr Niemyjski. 

Jacek Poniedziałek – doktor

Andrzej Chyra – komendant

László Zolt - sędzia ziemski

Ostap Vakulyuk - Taras)

Maria Riaboszapka – Małgorzat

 Małgorzata Pritulak - szefowa domu uciech Rafał Mohr - pierwszy oficer

O FILMIE:

Akcja "Eteru" rozgrywa się na początku XX wieku, na Podolu. Lekarz (Jacek Poniedziałek) pasjonuje się eterem - substancją uśmierzającą ból i odbierającą świadomość, tajemniczą i śmiertelnie niebezpieczną. Gdy ofiarą jej działania pada młoda dziewczyna, lekarz zostaje skazany na śmierć. Niespodziewanie udaje mu się uniknąć stryczka. Doktor znajduje pracę w zaborze austriackim, w wojskowej twierdzy dowodzonej przez komendanta (Andrzej Chyra). Poza oficjalną praktyką, na własną rękę ponownie zaczyna prowadzić coraz dziwniejsze eksperymenty - na żywych i na umarłych. Obsesyjnie doskonali swoją wiedzę o eterze pozwalającym manipulować bólem, pożądaniem i wolą poddanych mu ludzi. Jaką cenę przyjdzie mu zapłacić za próbę zawładnięcia ludzkim umysłem?

Krzysztof Zanussi z filmu na film się radykalizuje. Wydawało się, że w „Obcym ciele” osiągnął szczyt moralizatorskiej dosadności i konserwatywnej krytyki zlaicyzowanego społeczeństwa. Jednak „Eter” zawstydzi wszystkich, którzy uważali jego poprzednie dzieło za niezbyt delikatne.

Choć tym razem nie ma wymachujących pejczem perwersyjnych korposzczurzyc, a zło przybrało poczciwą twarz Jacka Poniedziałka, aksjologiczna analiza sposobu urządzenia świata nie pozostawia złudzeń. Zanussi nie ma już ochoty na zadawanie pytań o naturę rzeczywistości, człowieczeństwa, duszy czy Boga. Przyszedł czas na dawanie odpowiedzi.

W jego sposobie operowania wielkimi kwantyfikatorami i wyjątkowo szerokim geście artystycznym byłoby nawet coś intrygującego, a nawet prawdziwie prowokacyjnego, gdyby całość nie rozmyła się w zanadto rozwleczonej fabule, brudnoszarej estetyce i zupełnie nieangażującej intrydze.

„Eterowi” brakuje bowiem drapieżności, którą miało – jakkolwiek by ten film oceniać – „Obce ciało”, wzbudzające przynajmniej irytację. Najnowsze dzieło Zanussiego już tylko nudzi, a w swoich najlepszych momentach co najwyżej zadziwia bezceremonialną deklaratywnością.

Ale całość zaczyna się intrygująco – bo próbą uwiedzenia, morderstwem i szafotem. Rzecz dzieje się na początku XX wieku na Podolu. Naukowiec badający właściwości eteru podaje młodej kobiecie zbyt dużą dawkę substancji. Nie udaje mu się uciec, więc trafia pod sąd, a stamtąd na szubienicę. Od śmierci wybawia go dostarczona w ostatniej chwili rewizja wyroku.

Dostaje nowe życie, które postanawia poświęcić na dalsze badania nad eterem. Bo ponad wszystko mężczyzna pragnie władzy nad ludźmi, a tę daje mu właśnie lotna substancja. Udaje mu się zbiec z zesłania, skąd trafia do austriackiej jednostki wojskowej; jako lekarz ma tutaj opiekować się rannymi. Po krótkich negocjacjach wraz z etatem dostaje małe laboratorium, gdzie może przybliżać się do władzy nad światem.

Niestety, dalej nie jest już tak emocjonująco. Uwodzenie ustępuje miejsca obwąchiwaniu pach żołdaków, morderstwo – żmudnym badaniom chemicznym, a szafot – wysyłaniu gołębi pocztowych. Zanussi próbuje budować jakiś szczątkowy fabularny stelaż, ale czuć z daleka, że interesuje go coś zupełnie innego.

Nie przejmuje się bowiem dramaturgią, zwrotami akcji czy narracją. Snuje historię tajemniczego doktora tylko po to, by na jego przykładzie skonfrontować dobro ze złem, a przy tym Boga z nauką, sumienie z pychą, moralność z władzą, a wiarę z racjonalnością. Nie dba o jakiekolwiek etyczne półcienie czy moralne dylematy.

Nie wierząc w inteligencję widza lub też troskając się o czystość jego duszy, nie pozostawia miejsca na wątpliwości. Kreuje postać antypatycznego, przeżartego egoizmem i ateizmem doktora, by ostrzec przed powszedniością zła, które jest skutkiem porzucenia metafizyki na rzecz fizyki.

Główny bohater stanowi wariację na temat postaci faustycznej – tak zapatrzonej w szkiełko i oko, że niedostrzegającej czucia i wiary. W jego losach nie ma jednak dramatu, nie ma nawet kontrowersji – jest za to łopatologiczne, twardogłowe moralizatorstwo.

A nawet nie. Bo żeby mówić o moralizatorstwie, trzeba dać ludziom wolną wolę decydowania. Zanussi odbiera ją widzom i nawet nie ma ochoty rozważać, co jest dobre, a co złe. Chodzi mu jedynie o dowiedzenie, że racjonalnie usposobiona kultura podała w wątpliwość to, co według niego nie podlega dyskusji – istnienie Boga i szatana, którego wyrugowano ze współczesnego dyskursu skuteczniej niż Wszechmogącego. W tym tkwi radykalizm autorskiego gestu reżysera – nie daje szansy na dyskusję nad ontologią świata. Dla Zanussiego samo wątpienie jest grzeszne, gdyż otwiera na działanie złego.

Byłoby nawet coś kuszącego w tej bezkompromisowości, gdyby tylko Zanussi ulepił swoją fabułę z innej materii. Główny konflikt, na którym oparł opowieść, zasadza się na przeciwstawieniu Boga i nauki – tę traktuje zbiorczo jako pyszne wojowanie z instancją wyższą, bezprawne wynoszenie się ponad stworzyciela. Dlatego umieścił fabułę w czasie, gdy nauka błądziła, a jej potknięcia z dzisiejszej perspektywy można uznać za kompromitujące. Reżyser z satysfakcją to wykorzystuje, wypunktowując jej niedostatki, jakby mówił: „widzicie, jak bardzo omylna jest nauka?” – w przeciwieństwie oczywiście do Boga, którego prawdy, według Zanussiego, są niepodważalne.

Historyczny sztafaż jest tu oczywiście jedynie fasadą, za którą skrywa się refleksja na tematy uniwersalne – aktualne według twórcy zarówno sto lat temu, jak i dziś. Bo autora „Barw ochronnych” interesuje tylko to, co dogmatycznie pewne i niezmienne, a przede wszystkim nie podlegające dyskusji. A tak niezachwiana pewność może odpychać – tym bardziej, jeżeli odbiera widzowi fundamentalne prawa do polemiki.

Michał Piepiórka, Eter, „Kino" 2018, nr 11, s. 72

„KAMERDYNER”

Festiwal Polskich Filmów Fabularnych Gdynia 2018 r.
Srebrne Lwy Filip Bajon

Złote LwyNajlepsza pierwszoplanowa rola męska Adam Woronowicz

Najlepsza charakteryzacja Ewa Drobiec i Mira Wojtczak

Najlepsza muzyka Antoni Łazarkiewicz

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria Filip Bajon

Scenariusz Mirosław Piepka, Michał S. Pruski, Marek Klat.

Zdjęcia Łukasz Gutt.

Muzyka Antoni Komasa-Łazarkiewicz.

Janusz Gajos - Bazyli Miotke)

Anna Radwan - Gerda von Krauss

 Sebastian Fabijański - Mateusz Kroll Marianna Zydek - Marita von Krauss

Adam Woronowicz - Hermann von Krauss Sławomir Orzechowski - kamerdyner  Necel)

Borys Szyc - Fryderyk von Krauss

 

O FILMIE:

"Kamerdyner" to opowiedziana z epickim rozmachem, inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia splątanych losów Polaków, Kaszubów i Niemców na tle burzliwych wydarzeń pierwszej połowy XX stulecia. Mateusz Krol (Sebastian Fabijański), kaszubski chłopiec, po śmierci matki zostaje przygarnięty przez pruską arystokratkę, Gerdę von Krauss (Anna Radwan). Dorasta w pałacu. Rówieśniczką Mateusza jest córka von Kraussów, Marita (Marianna Zydek). Między młodymi rodzi się miłość. Ojcem chrzestnym chłopca jest kaszubski patriota, Bazyli Miotke (Janusz Gajos), który podczas konferencji pokojowej w Wersalu walczy o miejsce Kaszub na mapie Polski, a potem buduje symbol jej gospodarczego sukcesu - Gdynię. Traktat wersalski, który daje Polsce niepodległość, sprawia, że von Kraussowie tracą majątek i wpływy. Wszyscy bohaterowie czują, że świat, który znali, wkrótce się zmieni. Wśród żyjących obok siebie Kaszubów, Polaków i Niemców narasta niechęć i nienawiść. Wybucha II wojna światowa. W Lasach Piaśnickich naziści dokonują mordu na ludności cywilnej - pierwszego ludobójstwa tej wojny.

 

Już pierwsza scena „Kamerdynera”, kaszubskiej sagi Filipa Bajona – kobieta rodząca pod gołym niebem, na skraju drogi – otwiera cały ciąg skojarzeń, począwszy od prozy Günthera Grassa, a „Blaszanego bębenka” w szczególności, poprzez niemieckie powieści i filmy o upadku Prus Wschodnich (choćby „Łaska śmierci” Volkera Schlöndorffa czy telewizyjna „Ucieczka” Kaia Wesela), a na „Zmierzchu bogów” Viscontiego skończywszy.

Temat Kaszub i Kaszubów nie jest bynajmniej w kinie terra incognita, jakkolwiek przez polskie kino wydaje się traktowany po macoszemu – mieliśmy raptem jeden film, „Kaszebe” (1970) Ryszarda Bera, o zmaganiach Kaszubów z naporem germanizacyjnym.

„Kamerdyner” otwiera zupełnie inną perspektywę, stając się niejako lustrem wobec Grassa i niemieckiego kina: mieszkańcy Kaszub stanowią rodzaj klina między żywiołem germańskim i polskim; jedni z nich ciążą w stronę Niemiec, drudzy w stronę Polski, być może są i tacy, którzy próbują zachować własną, odrębną tożsamość, jakkolwiek czystość przekazu zakłóca anegdota o Antonim Abrahamie - Kaszubie, który, uczestnicząc w konferencji wersalskiej, walnął pięścią w stół i krzyknął: „Nie ma Kaszub bez Polonii, a bez Kaszub Polski”.

Producenci filmu zaprosili do współpracy Filipa Bajona, jednego z niewielu w polskim kinie specjalistów od polsko-niemieckiego pogranicza, także kulturowego, które penetrował w „Magnacie”, „Limuzynie Daimler Benz” czy „Wizji lokalnej 1901”. Dodać do tego należy, że Bajona stać na epicki rozmach – nawet przy skromnych możliwościach (finansowych) naszej kinematografii.

Fabuła filmu obejmuje około 45 lat. Chłopcem, który rodzi się na skraju drogi w 1900 roku jest Mateusz, syn byłej pokojówki hrabiostwa von Krauss, Łucji Kroll, prawdopodobnie bękart hrabiego. Matka umiera przy porodzie, opiekę nad chłopcem przejmują rodzice chrzestni Urszula i Bazyli Miotke (pierwowzorem jego postaci jest zapewne Antoni Abraham, ale także inni działacze kaszubscy i urzędnicy państwowi z okresu międzywojennego), ale hrabina bierze chłopca na wychowanie.

Mateusz dorasta w pałacu, kończy miejscowe gimnazjum, podczas gdy dzieci hrabiostwa otrzymują staranną edukację w Berlinie. Po wyjeździe ukochanej młody Kaszub zostaje kamerdynerem w hrabiowskim pałacu. Brat Marity, Kurt, okazuje się człowiekiem słabego charakteru i homoseksualistą, z czasem dołączy do bojówek SA, by zginąć w trakcie nocy długich noży.

Równolegle z wątkiem sentymentalnym rozwija się wątek polityczno-historyczny. Miotke agituje za polskością Kaszub, a gdy wybucha I wojna światowa, zostaje wcielony do pruskiego wojska, podobnie zresztą jak hrabia Hermann von Krauss. Po wojnie docierają z Berlina echa rewolucji, ale także traktatu wersalskiego, w wyniku którego von Kraussowie tracą połowę majątku, który znalazł się w polskich granicach i został znacjonalizowany.

Miotke zostaje wejherowskim starostą, Mateusz kieruje polskimi tartakami aż do września 1939 roku. Tuż przed wybuchem wojny powstają hitlerowskie listy proskrypcyjne, ludzie, którzy się na nich znajdą, stracą życie w serii egzekucji w lasach wokół Piaśnicy – przedstawiciele polskiej inteligencji, księża i urzędnicy wraz z rodzinami. Finał opowieści następuje w 1945 roku, kiedy na Kaszuby wkracza Armia Czerwona.

Film Filipa Bajona jest skrótem telewizyjnego serialu, który powstał według bardzo obszernego scenariusza (jego wydanie w wersji zbeletryzowanej liczy około 800 stron) – wraz z wszelkimi, niestety, konsekwencjami tego typu działań. Niektóre wątki zostały ledwie zaznaczone, inne rozwinięte w telegraficznym skrócie. Nie wszyscy członkowie doborowej obsady zyskali szansę rozwinięcia swoich postaci, jakkolwiek warto zwrócić uwagę na Adama Woronowicza i Annę Radwan jako von Kraussów czy Janusza Gajosa jako Bazylego Miotke.

Twórcy „Kamerdynera” kreślą z epickim rozmachem obraz epoki, wykorzystując zarówno scenografię i kostiumy, jak i urok kaszubskich krajobrazów. Filip Bajon wie, w jaki sposób przykuć uwagę widza, który nie szuka gwałtownych kulminacji, chce dotknąć minionego świata, poczuć oddech epoki – tym ciekawszej, że bezpowrotnie minionej, choć tak nieodległej. Film kinowy daje przedsmak świetnego, pełnego pietyzmu dla szczegółów widowiska – pytanie tylko, czy nie zginą one na małym ekranie?

Konrad J. Zarębski, Kamerdyner, „Kino" 2018, nr 10

„7 UCZUĆ”

Festiwal Polskich Filmów Fabularnych Gdynia 2018 r.

Nagroda Specjalna  Nagroda Jury Młodzieżowego Marek Koterski

Nagroda Specjalna Jury         Zdobywca Marek Koterski

REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIA – MAREK KOTERSKI

SCENARIUSZ – MAREK KOTERSKI

ZDJĘCIA – JERZY ZIELIŃSKI

SCENOGRAFIA – PRZEMYSŁAW KOWALSKI

MUZYKA – ARKADIUSZ GROCHOWSKI, MAREK KOTERSKI

KOSTIUMY – JUSTYNA STOLARZ

DŹWIĘK – MARIA CHILARECKA,

                    PAWEŁ JAŹWIECKI

cHaRAKtERYZACJA– TOMASZ MATRASZEK

 

ADAŚ MIAUCZYŃSKI – MICHAŁ KOTERSKI

MAMA – MAJA OSTASZEWSKA

TATO – ADAM WORONOWICZ

ALDEK - MARCIN DOROCIŃSKI

GOSIA – KATARZYNA FIGURA

ZOSIA - MAŁGORZATA BOGDAŃSKA

PORANKOWSKA – GABRIELA MUSKAŁA

MIKI – ROBERT WIĘCKIEWICZ

GOTT - ANDRZEJ CHYRA

GRUBY - TOMASZ KAROLAK

BOLECHOWSKI – ANDRZEJ MASTELARZ

GEOGRAF - MARCIN KWAŚNY

WYCHOWAWCZYNI – ILONA OSTROWSKA

WOŹNA – SONIA BOHOSIEWICZ

 

O FILMIE:

Jeden z najpopularniejszych i najczęściej nagradzanych polskich reżyserów powraca z kolejnym rozdziałem opowieści o kultowym już bohaterze, Adasiu Miauczyńskim. Tym razem twórca głośnych filmów: „Dzień Świra”, „Baby są jakieś inne”, „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” i „Nic śmiesznego” do tej roli zaangażował Michała Koterskiego. Na dużym ekranie pojawi się on w towarzystwie najmocniejszej obsady spośród wszystkich dzieł Koterskiego. Marcin Dorociński, Andrzej Chyra, Robert Więckiewicz, Katarzyna Figura, Joanna Kulig, Maja Ostaszewska, Adam Woronowicz, Sonia Bohosiewicz, Tomasz Karolak, Małgorzata Bogdańska, Gabriela Muskała, Łukasz Simlat, Edyta Herbuś, Magdalena Cielecka, Marcin Kwaśny, Ilona Ostrowska i Cezary Pazura to tylko część wielkich nazwisk, które zobaczymy w filmie „7 uczuć”.

            „7 uczuć” to najnowszy film Marka Koterskiego oparty na tak zaskakującym i brawurowym pomyśle, że nawet nie chcemy go zdradzać, żeby nie popsuć widzom przyjemności z jego odkrywania i przeżywania. Śmiało możemy natomiast powiedzieć, że czegoś takiego w światowej kinematografii jeszcze nie było! Ta absolutnie wyjątkowa, ważna, mądra, wzruszająca, ale też pełna charakterystycznego dla Marka Koterskiego humoru.

            Operatorem filmu „7 uczuć” jest nagrodzony w Gdyni za „Letnie przesilenie” Jerzy Zieliński, który z Markiem Koterskim współpracował przy jego ostatnim filmie „Baby są jakieś inne”. Scenografia to dzieło Przemysława Kowalskiego („Dzień świra”, „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”), zaś kostiumy i charakteryzacja – Justyny Stolarz („Pitbull. Niebezpieczne kobiety”, „Służby specjalne”) i Tomasza Matraszka („Ostatnia rodzina”, „Volta”). Montażem zajmuje się również współpracująca na stałe z Markiem Koterskim – Ewa Smal.

 

Adaś Miauczyński, jedna z najsłynniejszych postaci w historii współczesnego polskiego kina, pojawia się w filmach Marka Koterskiego od przeszło trzech dekad. Miał już twarz Marka Kondrata, Cezarego Pazury, Andrzeja Chyry i Adama Woronowicza.

Był nieżyjącym reżyserem filmowym, który wspomina przeszłość („Nic śmiesznego”), krytykiem literackim („Ajlawju”), nauczycielem języka polskiego („Dzień świra”) i pracownikiem naukowym („Wszyscy jesteśmy Chrystusami”). Powracał zawsze jako targany nerwicami neurotyk i zakompleksiony inteligent, który nie może się pogodzić z własnym życiem. Nigdy nie był jednak dzieckiem.

Ten stan rzeczy zmienia „7 uczuć”, w którym Marek Koterski wysyła Adasia Miauczyńskiego (syn reżysera, Michał Koterski) na terapię prowadzoną aksamitnym głosem Krystyny Czubówny. Psycholożka, której twarzy nigdy nie poznamy, wysyła z kolei bohatera w podróż do dzieciństwa, bo to właśnie w nim – jak informują otwierające film cytaty z prac Andrzeja Samsona i Wiktora Osiatyńskiego – należy szukać problemów z nieumiejętnością wyrażania emocji.

Adaś wraca więc do domu rodzinnego, gdzie mieszka z wiecznie poirytowaną matką (Maja Ostaszewska) i rządzącym twardą ręką, nadużywającym alkoholu ojcem (Adam Woronowicz), a także do szkoły, w której spotyka przyjaciół z dzieciństwa i obiekt swojego pierwszego zauroczenia (Katarzyna Figura). Pytania najsłynniejszej polskiej lektorki wywołują kolejne retrospekcje, a Adaś coraz głębiej zanurza się w kompleksach wyniesionych z dzieciństwa.

Cały żart polega w „7 uczuciach” na tym, że nastoletni bohaterowie grani są przez zupełnie dorosłych aktorów, którzy wcielają się w uczniów z taką naturalnością, jakby na czas kręcenia filmu ktoś ich zahipnotyzował.

Koterski ma niezwykłą umiejętność prowadzenia aktorów, a atmosfera na planie musiała być doskonała, skoro cała plejada gwiazd (wśród których znajdziemy Marcina Dorocińskiego, Gabrielę Muskałę, Andrzeja Chyrę i Tomasza Karolaka) świetnie wczuła się w klimat PRL-owskiej szkoły. Problem w tym, że początkowe zaciekawienie dobrym pomysłem obsadowym szybko ustępuje miejsca znużeniu.

Jak na film trwający prawie dwie godziny „7 uczuć” ma bowiem niewiele do zaoferowania. Gdy już oswoimy się z widokiem dojrzałych ludzi recytujących szkolne powiedzonka, odpowiadających na pytania nauczycieli i wdających się w boiskowe bójki, zostaje nam niewiele. Mniej więcej od połowy „7 uczuć” jedzie na jałowym biegu – reżyser inscenizuje kolejne scenki i odhacza zapamiętane z dzieciństwa momenty, ale jego film staje się więźniem jednego pomysłu.

Można by bronić „7 uczuć”, odwołując się do – sugerowanego zresztą wprost – terapeutycznego wymiaru filmu. W takim ujęciu zanurzenie widzów w świecie nastoletnich uczniów miałoby pomóc w przepracowaniu własnych traum. Trudno jednak potraktować ten aspekt „7 uczuć” poważnie, bo Koterski zbyt często pudłuje z gagami i zachłystuje się własnym poczuciem humoru.

W najlepszych momentach jego film jest celną satyrą na absurdy systemu edukacji (powracające co chwilę wkuwanie nazw dopływów Nilu), w najgorszych – zestawem żartów z brodą dłuższą od tej, którą nosi Święty Mikołaj. Co gorsza, poszczególne gagi wydają się przeciągnięte, jakby reżyser nie potrafił dobrnąć do puenty.

Trudno byłoby też znaleźć w „7 uczuciach” wyraźną strukturę dramaturgiczną. Początkowo wspomnienia wywoływane są przez pytania i sugestie psycholożki, gdy jednak Adaś trafia do szkoły, Koterski nagle rezygnuje z tego pomysłu. Druga połowa filmu skupia się już tylko na kolejnych scenach z życia nastoletniego Adasia, z których większość nie jest ani specjalnie ciekawa, ani zabawna.

Najmniej przekonującym elementem „7 uczuć” jest jednak finał, w którym teza filmu wyłożona zostaje wprost, bez jakiejkolwiek wiary w inteligencję widza. Trzeci akt sprawia przez to wrażenie dopisanego na szybko ostatniego akapitu wypracowania.

Bo czy naprawdę potrzebujemy trwającego kilka minut monologu, żeby się zorientować, że celem reżysera było przekonanie widzów, jak wielki wpływ na psychikę człowieka może mieć brak odpowiedniej opieki i dobrego traktowania w dzieciństwie? Nie wydaje mi się.

Grzegorz Fortuna Jr, 7 uczuć, „Kino" 2018, nr 10

 

„KLER”

Festiwal Polskich Filmów Fabularnych Gdynia 2018 r.

Najlepsza scenografia Jagna Janicka
Nagroda Publiczności Wojciech Smarzowski

Nagroda Specjalna Nagroda Dziennikarzy Wojciech Smarzowski

Nagroda Specjalna Jury  Wojciech Smarzowski

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria -  Wojtek Smarzowski.

Scenariusz - Wojtek Smarzowski,

                     Wojciech Rzehak.

Zdjęcia Tomasz - Madejski.

Muzyka -  Mikołaj Trzaska.

Jacek Braciak - ksiądz Leszek Lisowski Janusz Gajos - arcybiskup Mordowicz Arkadiusz Jakubik - ksiądz Andrzej Kukuła Joanna Kulig - Hanka Tomala

Robert Więckiewicz - ksiądz Tadeusz Trybus Iwona Bielska - pielęgniarka Kaczorowska Adrian Zaremba - wikary Jan

 

O FILMIE:

Przed kilkoma laty tragiczne wydarzenia połączyły losy trzech księży katolickich. Teraz, w każdą rocznicę katastrofy, z której cudem uszli z życiem, duchowni spotykają się, by uczcić fakt swojego ocalenia. Na co dzień układa im się bardzo różnie. Lisowski (Jacek Braciak) jest pracownikiem kurii w wielkim mieście i robi karierę, marząc o Watykanie. Problem w tym, że na jego drodze staje arcybiskup Mordowicz (Janusz Gajos), pławiący się w luksusach dostojnik kościelny, używający politycznych wpływów przy budowie największego sanktuarium w Polsce. Drugi z księży, Trybus (Robert Więckiewicz) jest wiejskim proboszczem. Sprawując posługę w miejscu pełnym ubóstwa, coraz częściej ulega ludzkim słabościom. Niezbyt dobrze wiedzie się też Kukule (Arkadiusz Jakubik), który - pomimo swojej żarliwej wiary - właściwie z dnia na dzień traci zaufanie parafian. Wkrótce historie trójki duchownych połączą się po raz kolejny, a wydarzenia, które będą mieć miejsce, nie pozostaną bez wpływu na życie każdego z nich.

 

O nowym filmie Wojtka Smarzowskiego zdążyło zrobić się głośno na długo przed premierą za sprawą wdzięcznie brzmiącego tytułu „Kler", który zapalił niektórym czerwone lampki, przestrzegające, że ten reżyser i tytułowa klasa społeczna mogą być połączeniem wybuchowym. Już Krzysztof Zanussi - zadeklarowany katolik - musiał się tłumaczyć, dlaczego komisja, w której zasiadał, rekomendowała film do produkcji.

Napięcie wzrosło, gdy dystrybutor wypuścił (a po chwili usunął) pierwszy zwiastun filmu. Największe wrzenie wzbudziła w nim scena leżących nago w łóżku Joanny Kulig i Roberta Więckiewicza - nie żebyśmy nie widzieli tych aktorów wcześniej bez ubrań, szkopuł w tym, że Więckiewicz gra u Smarzowskiego księdza.

Jak widać - ponad dwadzieścia lat po protestach wokół pokazywania w polskich kinach „Księdza" Antonii Bird - życie seksualne duchownych wciąż pozostaje u nas w sferze tabu. Mimo tego, że w każdej mniejszej i większej miejscowości słychać historie o takich czy innych formach realizowania przez nich swej seksualności.

Donoszą o tym i media. Nie tylko w Poznaniu głośny były przypadek księdza Węcławskiego, który zrzucił koloratkę dla ukochanej i przyjął jej nazwisko (a następnie dokonał apostazji); jeszcze większym echem odbiła się historia molestującego kleryków arcybiskupa Petza.

Okazuje się, że wiedzieć to jednak co innego niż zobaczyć. Kino wciąż potrafi prowokować, bo czyni widzialnym to, do czego zazwyczaj nie mamy dostępu, co możemy sobie jedynie wyobrażać. Powstają więc spory (a czasem wręcz awantury) o to, co można unaocznić, a czego już nie. Jak się zatem okazuje, nagi ksiądz, ksiądz pożądający, ksiądz jako istota seksualna to - przynajmniej w Polsce -  naruszenie tabu. A przy okazji świetna reklama.

Aspekt seksualny - niezwykle istotny w „Klerze" - jest jednak tylko jednym z wielu podejmowanych tu wątków. Smarzowski pokazuje także inne praktyki księży, również znane, jednak nie budzące aż tak wielkiego sprzeciwu: alkohol i jazda po pijaku, nepotyzm, wyłudzanie pieniędzy od wiernych, szantaże, korupcja, wspieranie nacjonalistycznych bojówek. Lista przewin jest dłuższa i na jej tle relacja Więckiewicz-Kulig wydaje się rzeczą zupełnie niewinną albo wręcz najczystszą z tych ukazanych w filmie.

Reżyser nie wini kochanków, ale raczej system nakazujący im ukrywać uczucie. Protestanci doszli do tego wniosku już dawno i „Kler" na pewno jest wołaniem o reformę Kościoła. Nie tylko o zniesienie celibatu, lecz także o wzmożenie nad duchowieństwem świeckiej kontroli, o przejrzystość finansów, o ukrócenie nadużyć władzy oraz wpływów - szczególnie na struktury państwowe oraz edukację.

Wszyscy bohaterowie filmu wpływy mają, choć jedni dużo większe niż inni. Wiejski proboszcz (Więckiewicz) może jedynie zbierać na remont kościoła i wszystko przepijać. Ksiądz Kukuła (Arkadiusz Jakubik) odgrywa istotną rolę w kształtowaniu nie tylko umysłów wiernych podczas kazań, ale także losów swych ministrantów. Wysoko postawiony w kurii krakowskiej, marzący o Watykanie Lisowski (Jacek Braciak) może urabiać prasę, biznes, politykę.

To trzej kumple, którzy spotykają się co roku na libacji (śpiewają podczas niej: „Oto wielka tajemnica wiary - złoto i dolary"), by uczcić niegdysiejsze ocalenie z pożaru kościoła. Jest jeszcze arcybiskup krakowski nazwiskiem Mordowicz - sybaryta, polityk, biznesmen - prawdziwy ojciec chrzestny. Wcielający się w niego Janusz Gajos połączył tu cechy kilku znanych sytych polskich hierarchów i zrobił to brawurowo. Nie tylko zresztą on - „Kler" to prawdziwy aktorski koncert.

Film otwiera zdanie z Ewangelii wg św. Mateusza: „Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, ale wewnątrz są drapieżnymi wilkami" i, rzeczywiście, w dużej mierze stanowi on dochodzenie, która z portretowanych postaci tylko się zagubiła, która jest kapłanem prawdziwym, a która przebranym za baranka prawdziwym drapieżnikiem.

To także chyba najbardziej drapieżny film Smarzowskiego -  podobnie zresztą jak inne jego dzieła dosadny w swej poetyce, symbolizowanej przez siekierę i kloakę, wódę i ogóra kiszonego (tych dwóch ostatnich rekwizytów jest w filmie sporo). Ale zarazem prawie każdy z portretowanych księży mimo wszystko ma w sobie - jakichkolwiek przewin by się nie dopuszczał - coś sympatycznego i czasem robi coś dobrego.

Smarzowski bardziej niż ludzi oskarża mechanizmy gromadzenia bogactwa, nieprzejrzyste stosunki na linii państwo-Kościół czy stawianie kleru ponad prawem. Nie potępia aktów seksualnych jako takich - te przecież mogą być zarówno piękne, jak i kryminalne; problematyzuje, ale po świecku, trudno byłoby przecież wymagać, aby reżyser opowiadał z punktu widzenia księdza, którym nie jest. Zarazem stara się środowisko, które krytykuje, zrozumieć.

Pokazuje choćby, że w stan kapłański wstępują często ci  (np.  wychowankowie domu dziecka), którzy bez wsparcia Kościoła - instytucjonalnego, edukacyjnego i finansowego - nigdy nie byliby w stanie się wykształcić, podróżować, prowadzić godnego życia. To wymusza wdzięczność i - niemal mafijną - lojalność. Dlatego zrozumiałe jest, że, jak mówił na konferencji prasowej w Gdyni reżyser, Kościół sam się nie oczyści, impuls musi przyjść z zewnątrz.

Czy takim impulsem może być „Kler"? Obawiam się, że ze względu na konfrontacyjną atmosferę, która wytworzyła się wokół filmu, nie. Tym bardziej, że ten wciągający film, ze świetnie poprowadzoną i wyposażoną w kilka przewrotek narracją, z postaciami z krwi i kości (potu i łez także) oraz przemyślaną strukturą - ma też swoje słabości.

Za takie uznałbym pojawiające się pod koniec filmu wyznania dorosłych już ofiar kleru - nakręcone w innej poetyce (czarno-białe zdjęcia, gadające głowy zwracające się wprost do kamery), zbyt dosłownie manifestujące i tak świetnie zrozumiały przekaz. Dużo lepiej funkcjonują w filmie autentyczne cytaty z wypowiedzi hierarchów, jak ta arcybiskupa Michalika o dziecku szukającym miłości („Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo, i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga."), a także aluzje do kulturalno-politycznego światka, który - jak doskonale przewidział to Smarzowski - zareagował na „Kler" panicznie: „A ten film ma w ogóle jakieś wartości katolickie?", „Kto dał na to pieniądze?!". Oby dyskusja wokół tego wstrząsającego i potrzebnego filmu, nie ograniczyła się tylko do tych pytań.

Adam Kruk, Kler, „Kino" 2018, nr 10

 

 

REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE”

PRZEGLĄD KINA POLSKIEGO 05-07 LUTY 2018

Lp.

TYTUŁ

DATA

GODZ.

CZAS

1

„TWÓJ VINCENT”

05.02.2018

18.00

94 MIN

2

„CICHA NOC”

05.02.2018

20.00

100 MIN

3

„ZGODA”

06.02.2018

18.00

87 MIN

4

„PTAKI ŚPIEWAJĄ W KIGALI”

06.02.2018

20.00

113 MIN

5

„DZIKIE RÓŻE

07.02.2018

18.00

93 MIN

6

„CZŁOWIEK Z MAGICZNYM PUDEŁKIEM”

07.02.2018

20.00

108 MIN

 

TWÓJ VINCENT

2017Europejska Nagroda Filmowa (od 1997)

Najlepszy film animowany Dorota Kobiela, Hugh Welchman

2018 nominacja Oscar Najlepszy długometrażowy film animowany


REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria: Dorota Kobiela, Hugh Welchman

Scenariusz: Dorota Kobiela,

                   Hugh Welchman, Jacek Dehnel

Operatorzy: Tristan Oliver, Łukasz Żal

Kostiumy: Dorota Roqueplo

Projekty malarskie: Bartosz Armusiewicz, Wiktor Jackowski, Anna Kluza, Marlena Jopyk-Misiak, Łukasz Gordon, Jerzy Lisak, Bartosz Dłużewski

Nadzór malarski: January Misiak, Wiktor Jackowski,Anna Kluza, Monika Marchewka,

Ewa Gołda

Nadzór artystyczny: Piotr Dominiak

Efekty specjalne: Łukasz Mackiewicz

Muzyka: Clint Mansell

Dźwięk: Michał Jankowski,

               Michał Fojcik MPSE

Montaż: Justyna Wierszyńska,

              Dorota Kobiela

Armand Roulin - Douglas Booth

Vincent van Gogh - Robert Gulaczyk

Adeline Ravoux - Eleanor Tomlinson

Doktor Gachet - Jerome Flynn

Marguerite Gachet - Saoirse Ronan

Listonosz Joseph Roulin - Chris O’Dowd

Pere Tanguy - John Sessions

Wioślarz - Aidan Turner

Louise Chevalier - Helen McCrory

 

 

O FILMIE

"Twój Vincent" to pierwsza pełnometrażowa animacja malarska. Film, który jest biografią Vincenta van Gogha - przywołuje na ekran jego malarstwo, a jednocześnie opowiada o życiu artysty, pełnym pasji i dramatów, oraz o jego tajemniczej śmierci. Wokół żadnego innego artysty nie narosło tyle mitów i legend, co wokół van Gogha. Bywa określany jako męczennik, lubieżny satyr, szaleniec, geniusz lub próżniak. Jednak jego prawdziwa natura wyłania się z licznych listów, różnie w różnym czasie interpretowanych. Malarz wydawał się mieć tego świadomość, bo w jednym z ostatnich listów napisał: "Mogą za nas mówić jedynie nasze obrazy". Twórcy filmu pozwolili sztuce opowiedzieć prawdziwą historię Vincenta van Gogha. "Twój Vincent" został nakręcony najpierw jako typowy film aktorski, a następnie każda klatka została ręcznie przemalowana. Efekt końcowy to połączenie gry aktorskiej i kunsztu malarskiego animatorów, którzy wszystkie postacie odtworzyli za pomocą farby olejnej.

 

W proces powstawania tego pierwszego w historii pełnometrażowego filmu stworzonego w całości techniką animacji malarskiej było zaangażowanych 125 artystów, którzy wykonali 65 tysięcy obrazów. Taka informacja widnieje na samym początku dzieła Doroty Kobieli i Hugh Welchmana. Jej wyeksponowanie miało zapewne na celu oddanie skali projektu, ale przy okazji, chyba nie do końca zamierzenie, zdradziło priorytety twórców.

Choć „Twój Vincent” robi wrażenie maestrią wykonania, ogromem włożonej pracy, jak i drobiazgowością warstwy wizualnej, to w równym stopniu razi chłodem marketingowej kalkulacji. Trudno nie odnieść wrażenia, że twórcom zależało w pierwszej kolejności na splendorze wynikającym z epickości podjętego przedsięwzięcia.

Od razu należy zaznaczyć, że udało im się osiągnąć zamierzony cel – film rzeczywiście oszałamia wizualnym rozmachem. Imponuje, bo jest projektem bez precedensu – także ze względu na podjęte ryzyko. Przy takiej liczbie artystów i tylu latach pracy można było ugrzęznąć w detalach albo wizualnym pedantyzmie. Twórcom udało się ominąć te zagrożenia – i to bez szkody dla ostatecznego efektu. Ożywione mocą filmowej animacji obrazy Vincenta van Gogha znakomicie reprodukują styl mistrza, dzięki czemu wciągają w świat jego wrażliwości.

Jednak w tym samym trzeba upatrywać największej słabości projektu. W filmie padają znamienne słowa: „Jesteś oszustem!”, przypisane malarzowi, który zarzuca doktorowi Gachetowi, że ten stara się kopiować jego sposób malowania. Van Gogh nie traktował swojej charakterystycznej kreski jak na zimno wykoncypowanego stylu. Jego ekspresyjne pociągnięcia pędzlem były wynikiem specyficznego, rozedrganego spojrzenia na świat a nie intelektualnego namysłu nad teorią widzenia.

Dlatego można mieć wątpliwości, czy automatyczne kopiowanie jego obrazów – poprzez ożywianie ich na potrzeby filmu – może być czymkolwiek więcej niż efektowną, lecz pustą formą, pozbawionym autentyzmu artystycznym popisem i niebywałym wyzwaniem produkcyjnym. I to niebezpiecznie zbliżającym się do kiczu: czyż bowiem wykorzystywanie stylu artysty w filmie opowiadającym o jego życiu nie jest zabiegiem zbyt dosłownym i artystycznie wtórnym?

„Twój Vincent” jawi się przede wszystkim jako gest wirtuoza, nadmiernie popisującego się swoją techniką. Jest przykładem kina wykalkulowanego, zimnego, wręcz wyrachowanego, bo obliczonego na poruszenie widowni kunsztownością, nakładem włożonej pracy, liczbą twórców, malarskich kadrów itd. Nie bez powodu właśnie te suche dane faktograficzne są wysuwane na pierwszy plan przez komentatorów z całego świata, piszących o filmie.

Dzieje się tak również z jeszcze jednej przyczyny – nie do końca trafionego pomysłu na fabularne opracowanie opowiadanej historii. „Twój Vincent” jest biografią holenderskiego malarza, lecz ubraną w konwencję kryminału. Głównym bohaterem jest syn listonosza, który dostał od ojca zadanie dostarczenia ostatniego listu van Gogha jego bratu Theo.

Ten fabularny punkt wyjścia staje się pretekstem do wsłuchania się w polifonię głosów osób bliskich malarzowi. Armand Roulin odbywa podróż, której ostatecznym celem nie staje się dostarczenie przesyłki, lecz poznanie prawdy o śmierci Holendra. Zastosowany przez twórców narracyjny zabieg od razu przywołuje skojarzenia z „Obywatelem Kanem”. I choć ta inspiracja wydaje się nobilitować dzieło Kobieli i Welchmana, ostatecznie stała się dla niego pułapką.

Co prawda pozwoliła twórcom odmalować niejednoznaczny obraz postaci van Gogha, który, jak wiadomo, był osobą niebywale kontrowersyjną, mającą tyle samo przyjaciół, co wrogów, ale równocześnie strywializowała historię jego życia. Fakt, że twórcy skupili się na tajemnicy jego śmierci, sprowadził sylwetkę malarza, jego artystyczne osiągnięcia i złożoną biografię do poziomu sensacyjnej ciekawostki z historii sztuki w wersji pop.

Równocześnie zamienił fabułę w grę o stawce zerowej. Od początku bowiem jest jasne, jakie będzie rozwiązanie zagadki. Z tego właśnie powodu nie może być mowy o suspensie – a bez niego trudno mówić o udanym, trzymającym w napięciu kryminale.

Na miano paradoksu zasługuje poza tym fakt, że dzieło tak bardzo skoncentrowane na obrazie bazuje przede wszystkim na słowie. „Twój Vincent” składa się bowiem z serii rozmów przeprowadzanych przez Roulina z osobami znanymi z biografii, a przede wszystkim obrazów van Gogha. Punktem wyjścia każdej ze scen jest jedno z dzieł Holendra – zazwyczaj portret ożywionej przez twórców siłą animacji osoby, dodatkowo obdarzonej głosem i zdaniem na temat malarza.

Dla jednych może to być dowód na potęgę kina, które swą mocą potrafi poruszyć statyczne obrazy i wyprowadzić uwięzione na nich sylwetki poza ich ramy, dla innych zaś niepotrzebnym powtórzeniem, a może nawet żerowaniem na popularnej estetyce wyjątkowo dobrze znanej twórczości van Gogha.

Michał Piepiórka, Twój Vincent, „Kino" 2017, nr 10, s. 66

 

 „CICHA NOC

2017 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych Złote Lwy Najlepszy film

            Najlepsza pierwszoplanowa rola męska Dawid Ogrodnik

 

2017 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych Nagroda Specjalna

Don Kichot - Nagroda Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych Kryształowa gwiazda Elle Piotr Domalewski

Nagroda Dziennikarzy Piotr Domalewski

Nagroda Jury Młodzieżowego Piotr Domalewski

Nagroda Sieci Kin Studyjnych i Lokalnych Piotr Domalewski

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria: Piotr Domalewski

Scenariusz: Piotr Domalewski

Zdjęcia: Piotr Sobociński junior

Scenografia: Radosław Zielonka

Dekoracja wnętrz:Kinga Babczyńska

Montaż: Leszek Starzyński

Muzyka: Wacław Zimpel              

Dźwięk: Jerzy Murawski, Kacper Habisiak, MarciN Kasiński

Kostiumy: Katarzyna Lewińska

Reżyseria obsady: Ewa Brodzka

Charakteryzacja: Janusz Kaleja                 

Dawid Ogrodnik - Adam                                                                                                                                                       

Tomasz Ziętek - Paweł, brat Adama                                  

Arkadiusz Jakubik- Zbyszek, ojciec Adama

Paweł Nowisz  - Henryk, dziadek Adama                                                                      

Agnieszka Suchora - Teresa, matka Adama

Maria Dębska  - Jolka, siostra Adama                                                                

Tomasz Schuchardt  - Marcin, mąż Jolki

Magdalena Żak - Gośka                                            

Elżbieta Kępińska - Jadwiga, babcia Adama

Adam Cywka - wujek Jurek

Jowita Budnik  - ciotka Basia                                                        

Amelia Tyszkiewicz - Kasia

 

 

 

O FILMIE

Dawid Ogrodnik („Chce się żyć”, „Ostatnia rodzina”), Tomasz Ziętek („Kamienie na szaniec”, „Konwój”) oraz Arkadiusz Jakubik („Wesele”, „Wołyń”) to gwiazdy fabularnego debiutu Piotra Domalewskiego „Cicha Noc”. Film, który w kinach pojawi się tej jesieni, był jedną z najbardziej oczekiwanych premier konkursu głównego 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Odniósł tam wielki sukces: zdobył m.in. Wielką Nagrodę „Złote Lwy”, nagrodę za główną rolę męską (dla Dawida Ogrodnika) oraz Nagrodę Dziennikarzy.

 

Adam (Dawid Ogrodnik), na co dzień pracujący za granicą, w Wigilię Bożego Narodzenia odwiedza swój rodzinny dom na polskiej prowincji. Z początku ukrywa prawdziwy powód tej nieoczekiwanej wizyty, ale wkrótce zaczyna wprowadzać kolejnych krewnych w swoje plany. Szczególną rolę do odegrania w intrydze ma jego ojciec (Arkadiusz Jakubik), brat (Tomasz Ziętek), z którym Adam jest w konflikcie oraz siostra (Maria Dębska) z mężem (Tomasz Schuchardt). Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy świąteczny gość oznajmia, że zostanie ojcem. Wtedy, zgodnie z polską tradycją, na stole pojawia się alkohol. Nikt z rodziny nie spodziewa się, jak wielki wpływ na życie ich wszystkich będą miały dalsze wydarzenia tej wigilijnej nocy.

 

Poznajcie debiutanta, który wygrał ostatni festiwal w Gdyni. To Piotr Domalewski, 34-latek z Łomży, którego czytelnicy „Kina” mogą kojarzyć z podpisanych przez niego krótkich metraży, takich jak „Obcy” (2013), „Chwila” (2015) czy „Złe uczynki” (2016).

Ci zaś, którzy mają pamięć do epizodystów, rozpoznają jego twarz ze „Zbliżeń” (2014) Magdaleny Piekorz, „Demona” (2015) Marcina Wrony, a nawet „Historii Roja” (2016) Jerzego Zalewskiego. Domalewski jest bowiem nie tylko reżyserem, ale także aktorem.

Niewątpliwie interesuje go kino naznaczone autorskim sznytem. W „Cichej nocy” znajdziemy zresztą nawiązania do twórczości Wojciecha Smarzowskiego, choćby w scenie, w której główny bohater ucieka z bratem przez las, dzierżąc siekierę, którą w końcu zgubi. Świat przedstawiony w „Cichej nocy” jest jak przedłużenie światów Smarzowskiego. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, a wódka leje się zewsząd.

A nie powinna, bo czas akcji przypada na okres tuż przed Bożym Narodzeniem. Do zapomnianej przez Boga wsi zjeżdża z Holandii Adam (Dawid Ogrodnik), chłopak z aspiracjami. Żeby podkreślić, że przybywa z zagranicy, wynajmuje luksusowy samochód i udaje, że to jego. Już w tym momencie wiemy, o czym będzie film. O zdzieraniu masek z bohaterów.

Domalewski bez dwóch zdań ma oko i słuch do rzeczywistości. Widać to po tym, jak przygląda się przedwigilijnej krzątaninie. Im bliżej wieczoru, tym coraz bardziej rośnie napięcie: matka dwoi się i troi, żeby ogarnąć dom, ojciec siłuje się z samochodem, jedynym transportem rodziny na pasterkę, młodzi wolą lampić się w komórki niż wypatrywać pierwszej gwiazdki, a dziadek już od południa ledwo stoi na nogach. Polska w pigułce? Niewątpliwie można tu dostrzec szereg typów znanych z własnego podwórka, wliczając w to także kuzyna hodującego w szopie gandzię.

Jednak o wiele więcej uwagi niż psychologii postaci reżyser poświęca formie filmu, którą komponuje z imponującą zręcznością. Niepokojące jest tu wszystko, co widzimy na ekranie: rozmowy bohaterów, światło, którego zawsze jest za mało, jakby nieustannie na naszych oczach toczyło walkę z ciemnością, złowieszcze dźwięki, które dobiegają z każdego miejsca, gdzie znajdzie się kamera, a nawet stroje, które tak tu dobrano, żeby jeszcze bardziej podkreślały fatalizm świata przedstawionego – jest więc albo biednie, albo dziwkarsko. Nie ma nic pośrodku.

Bo Domalewski nie uznaje półśrodków. Tak samo zresztą jak Smarzowski, do którego odsyłają także: Arkadiusz Jakubik w roli ojca-alkoholika, zdjęcia Piotra Sobocińskiego jra, stałego operatora twórcy „Wołynia”, czy wymieszanie ujęć kręconych profesjonalną kamerą i komórkami, jakby na podobieństwo „Drogówki”.

Nieszczęścia w „Cichej nocy” wyskakują jedno za drugim, a reżyser ich korowodu nie zamierza przerywać. U twórcy „Wesela” kontrapunktem dla tej „czarnuchy” bywa groteska, przerysowania, które pozwalają złapać dystans do ekranowych zdarzeń. U Domalewskiego takiego dystansu brakuje.

Bohaterowie „Cichej nocy” wpadają w piekielny krąg, a każdy, komu przyjdzie do głowy, że można się z niego wydostać, musi zostać brutalnie uświadomiony, że to niemożliwe. Domalewski nie prowadzi nas jednak do wielkiego finału, w którym tryska krew i ekskrementy. Przeciwnie – finał, który miał być trzęsieniem ziemi, okazuje się jedynie ledwo odczuwalnym ruchem tektonicznym, po którym wszystko wróci do normy.

Niezależnie bowiem od tego, ile gorzkich słów padnie, ile krzywd sobie wyrządzimy, z iloma ranami zakończymy wspólnie spędzone święta, za rok i tak spotkamy się przy tym samym stole. Przecież to tradycja. Możemy na nią psioczyć, ile chcemy, ale gdy nadchodzi Boże Narodzenie, pokornie zamykamy buzie i wyruszamy w podróż w rodzinne strony.

Gorycz „Cichej nocy” zawiera się w przesłaniu, że nieważne ani jakie mamy aspiracje, ani co przeżyliśmy. Naprawdę bowiem nie dzieje się nic, co się już nie stało. I ten fatalizm brzmi tu przejmująco.

Artur Zaborski, Cicha noc, „Kino" 2017, nr 11, s. 68

  

 „ZGODA”

2017 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych
Złote Lwy Najlepsze kostiumy Agata Culak

REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIA – MACIEJ SOBIESZCZAŃSKI

SCENARIUSZ – MAŁGORZATA SOBIESZCZAŃSKA

ZDJĘCIA – WALENTYN WASJANOWICZ

SCENOGRAFIA – EWA SKOCZKOWSKA

KOSTIUMY – AGATA CULAK

charakteryzacja – ewa kowalewska

DŹWIĘK – PAULINa BOCHEŃSKA, ALEKSANDER MUSIAŁOWSKI

MUZYKA – BARTŁOMIEJ GLINIAK

MONTAŻ – RAFAł LiSTOPAD

 

FRANEK – JULIAN ŚWIEŻEWSKI

ERWIN – JAKUB GIERSZAŁ

ANNA – ZOFIA WICHŁACZ

MATKA – DANUTA STENKA

KOMENDANT – WOJCIECH ZIELIŃSKI

WRÓBEL PAWEŁ TOMASZEWSKI

ALTHOFF TOMASZ SAPRYK

prostytutka – martyna krzysztofik

wysoki – jacek beler

józef – stanisław cywka

antek – filip krupa

janek – jakub sasak

ze specjalnym udziałem jacka braciaka

 

O FILMIE:

Jest rok 1945. Właśnie kończy się wojna. W Świętochłowicach na Śląsku organy bezpieczeństwa tworzą obóz pracy dla Niemców, Ślązaków i Polaków. Pod pretekstem ukarania zdrajców narodu polskiego, UB dokonuje czystek wśród „niechętnych komunistycznej władzy”. Do pracy w obozie zgłasza się młody chłopak Franek. Próbuje ocalić Annę, w której jest zakochany. Nie wie, że wśród osadzonych znalazł się Erwin, Niemiec, jego przyjaciel sprzed wojny, który od dawna skrycie kocha się w dziewczynie… Franek dołącza do komunistów, naiwnie licząc, że uda mu się oszukać system. Już pierwsze dni pracy w obozie odzierają go ze złudzeń. A z czasem przekonuje się, że aby ocalić swoją ukochaną, będzie musiał poświęcić wszystko...

 

„Zgoda” to poruszająca historia miłosna, rozgrywająca się w trudnych czasach schyłku II wojny światowej. Opowieść o dwóch młodych mężczyznach (Jakub Gierszał – „Sala samobójców”, „Wszystko co kocham” i Julian Świeżewski – „Wołyń”) zakochanych w jednej dziewczynie. W tę wcieliła się Zofia Wichłacz, która debiutowała rolą „Biedronki” w „Mieście 44” Jana Komasy, zdobywając za swoją kreację Polską Nagrodę Filmową Orzeł w kategorii „Odkrycie roku” oraz Złote Lwy za najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą na Festiwalu Filmowym w Gdyni. W 2017 roku jej występ w „Amoku” wyróżniono w Berlinie nagrodą Shooting Star 2017, przyznawaną najzdolniejszym europejskim aktorom młodego pokolenia. Film Macieja Sobieszczańskiego został nagrodzony na 69. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Locarno w sekcji First Look dla najlepszego projektu w fazie postprodukcji.

 

Scenariusz „Zgody”, autorstwa Małgorzaty Sobieszczańskiej, otrzymał  III nagrodę w konkursie Script Pro 2012. Za kamerą stanął Walentyn Wasjanowicz, wybitny ukraiński operator, autor zdjęć  do nagrodzonego w Cannes filmu „Plemię”. Reżyserem filmu jest Maciej Sobieszczański, którego poprzedni film „Performer” uhonorowano prestiżową nagrodą „Think” podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie.

 

 

Jeszcze kilka lat temu polscy krytycy słusznie utyskiwali na mizerną kondycję rodzimego kina historycznego, które po 1989 roku, mimo braku cenzury, nie podejmowało drażliwych a zarazem najbardziej intrygujących tematów. Dzisiaj zarzuty te są już całkiem nieaktualne. Bo choć na ekranach pojawiły się ostatnio czarno-białe mdłe opowieści o polskich herosach, to jednak doczekaliśmy się też filmów o koszmarze w Jedwabnem, powojennej historii Mazurów czy rzezi wołyńskiej.

Teraz przyszła pora na kolejny niewygodny, przemilczany temat, jakim jest tragedia, która rozegrała się w latach 1945-1948 na Górnym Śląsku. Duża część miejscowej ludności, składającej się z Niemców, Polaków i Ślązaków o trudnej do określenia narodowości, została po wojnie oskarżona przez władzę ludową o zdradę i poddana brutalnym represjom. Sprawcami bezkarnych gwałtów i morderstw byli żołnierze Armii Czerwonej, ale zachowane świadectwa mówią też o niechlubnym udziale Polaków.

Tę białą plamę polskiej historii odsłania w swoim najnowszym filmie Maciej Sobieszczański, znany wcześniej przede wszystkim z „Performera”. Lecz choć reżyser przedstawia wstydliwy epizod uczciwie, rozczaruje się ten, kto liczy na dzieło pokroju „Róży” czy „Wołynia”.

Tytuł może wydawać się ponurym żartem, ale chodzi w nim przede wszystkim o ironię losu: Zgoda to nazwa dzielnicy Świętochłowic, w której w lutym 1945 roku niemiecki obóz koncentracyjny został przekształcony w obóz pracy dla Ślązaków oskarżonych o kolaborację. Film zaczyna się w momencie, kiedy nowy komendant (Wojciech Zieliński), z pochodzenia Żyd, oznajmia więźniom, że będą traktowani bez taryfy ulgowej.

W Zgodzie dawne ofiary stają się oprawcami, a dawni oprawcy ofiarami, trafiają tu jednak nie tylko członkowie Wehrmachtu i esesmani, ale też niewinni ludzie, których jedynym grzechem jest niemieckie obywatelstwo. Pokazując napędzany pragnieniem zemsty zaklęty krąg zbrodni, Sobieszczański nie stroni od okrucieństwa. W jednej ze scen strażnicy pod wodzą sadystycznego Polaka, Wróbla (Paweł Tomaszewski), urządzają po pijaku makabryczną zabawę i skaczą po ciałach rozebranych więźniów. Fragment ten przypomina obrazy tortur z hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Sobieszczański odrzuca czarno-białą wizję końca wojny i pokazuje krzywdę ludzi, która została niemalże wymazana z kart historii.

Sam motyw zwierzęcej chęci zemsty byłych ofiar nie jest oczywiście niczym nowym. Wystarczy wspomnieć świetny „Krajobraz po bitwie” (1970) Andrzeja Wajdy, gdzie polscy więźniowie zaraz po oswobodzeniu radośnie mordowali kapo, a później o mało nie zlinczowali Niemki, bo ta ukradła coś do jedzenia. Fabuła „Zgody” przypomina też inny film Wajdy, „Pierścionek z orłem w koronie” (1992), o akowcu, który w 1945 roku próbował wejść w struktury nowej władzy i przechytrzyć komunistów.

Różnica polega na tym, że główny bohater dramatu Sobieszczańskiego, Franek (Julian Świeżewski), nie jest żołnierzem, ale zwykłym chłopcem ze wsi i nie chce ratować Polski, lecz jedynie uwolnić zamkniętą w obozie Annę (Zofia Wichłacz). Mężczyzna zatrudnia się w Zgodzie, przekonując Wróbla, że pragnie pomścić śmierć ojca zamordowanego rzekomo przez Niemców. Sytuacja Franka jako zakonspirowanego bohatera szybko jednak staje się dwuznaczna. Mężczyzna jest biernym świadkiem gwałtów i przemocy, a po pewnym czasie sam musi zacząć katować więźniów. Jedną z ofiar będzie zresztą jego dawny kolega, Niemiec Erwin (Jakub Gierszał).

Tu otwiera się kolejny wątek. Na samym początku filmu widzimy przedwojenne zdjęcie trojga przyjaciół – Franka, Anny i Erwina. Sobieszczański nie dopowiada szczegółów, bo też motyw miłosno-przyjacielskiego trójkąta wrzuconego w wojenną zawieruchę jest na tyle szablonowy, że wszelkie dodatkowe wyjaśnienia są zbędne.

Ta zdarta klisza fabularna komplikuje jednak sytuację głównego bohatera. Franek zaczyna w pewnym momencie odczuwać pokusę, żeby wykorzystać swoją dominującą pozycję do zdobycia ukochanej, skłaniającej się ku Erwinowi. W scenie przywodzącej na myśl znakomite „Gorzkie żniwa” (1985) Agnieszki Holland oglądamy stosunek bohatera z Anną, który nosi znamiona gwałtu.

Sobieszczańskiego interesuje nie tylko historia, lecz także psychika ludzi, którzy zostali wbrew własnej woli uwikłani w zło. Nie przypadkiem mottem „Zgody” jest cytat z „1984”, opowiadający o pokoju 101, w którym nieszczęśnicy musieli wyrzec się człowieczeństwa, wolności i miłości. Tortury stosowane w osławionym miejscu z powieści Orwella bazowały na najgorszych lękach więźniów, koszmar pochodził więc niejako z ich wnętrza. Bohaterowie filmu Sobieszczańskiego muszą zmierzyć się nie tylko z historią, lecz także sami ze sobą.

Opowiadając o „miłości w czasach zarazy”, reżyser nie stosuje melodramatycznych chwytów. Scena, w której Erwin i Anna kochają się w brudnej szpitalnej sali, pośród leżących obok chorych więźniów, to chyba najcieplejszy moment w filmie.

Twórcy stawiają przede wszystkim na chłodną, behawiorystyczną obserwację – zdjęcia Walentyna Wasjanowicza (operatora naturalistycznego „Plemienia”) są mroczne i ponure. Kamera w długich ujęciach towarzyszy bohaterom i pokazuje akcję zza ich pleców, trochę jak w „Synu Szawła”, choć „Zgoda” nie jest dziełem tak radykalnym formalnie. Wyraźnie widać, że Sobieszczański chciał oddać doświadczenie postaci wrzuconych w tragiczną sytuację bez zbędnej łopatologii i tanich chwytów emocjonalnych.

Robert Birkholc, Zgoda, „Kino" 2017, nr 10, s. 73-74

  

  „PTAKI ŚPIEWAJĄ W KIGALI”

2017 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych
Srebne Lwy   Zdobywca Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze
Złote Lwy Najlepsza pierwszoplanowa rola kobieca Eliane Umuhire, Jowita Budnik

Złote Lwy Najlepszy montaż Katarzyna Leśniak

REALIZACJA

OBSADA

reżyseria - Joanna Kos-Krauze,

                 Krzysztof Krauze

scenariusz -  Joanna Kos-Krauze,

                     Krzysztof Krauze

zdjęcia - Krzysztof Ptak (PSC),

              Józefina Gocman,

              Wojciech Staroń (PSC)

muzyka - Paweł Szymański

montaż - Katarzyna Leśniak

scenografia -  Claudine Jolie Murenzi,       Agnieszka Zawadowska

dźwiek -  Radosław Ochnio, Filip Krzemień, Jarosław Bajdowski, Artur Kuczkowski, Zofia Moruś

kostiumy - Claudine Jolie Murenzi, Agnieszka Zawadowska

Anna Keller - Jowita Budnik
Claudine Mugambira - Eliane Umuhire

Witek - Witold Wieliński

Jean-Paul - Ciza Remy Muhirwa

Sebastian - Herve Kimenyi Rutaremara

Marie-Christne - Didacienne Nibagwire

Falska - Anna Ilczuk

 

O FILMIE:

Wstrząsająca opowieść o przyjaźni i przebaczeniu. Ostatni wspólny film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego – twórców wielokrotnie nagradzanych obrazów „Papusza” i „Plac Zbawiciela”. Film otrzymał nagrodę FIRST LOOK na MFF w Locarno 2016 dla polskiego filmu w fazie postprodukcji oraz wziął udział w Konkursie Głównym 52. edycji MFF w Karlowych Warach 2017, gdzie Jowita Budnik i Eliane Umuhire otrzymały nagrody za najlepsze role żeńskie.

Jest rok 1994. Po tym, jak w Kigali zestrzelono samolot prezydenta Rwandy, trwają rozruchy między plemionami Tutsi i Hutu. W ciągu trwających 100 dni czystek z rąk ekstremistów ginie około miliona ludzi. Świadkiem tych wydarzeń jest Anna (Jowita Budnik) – polska ornitolog, która przyjechała do Afryki, aby prowadzić badania nad spadkiem populacji sępów w Rwandzie. Gdy zaczyna się ludobójstwo, Polka ratuje przed śmiercią młodą dziewczynę z plemienia Tutsi – Claudine. Anna umożliwia ocalonej ucieczkę do Polski. Po przylocie do

kraju kobiety próbują otrząsnąć się z koszmarnych przeżyć, ale nie są w stanie wpisać się w rutynę codziennego życia. Pewnego dnia, po upływie kilku lat, Claudine decyduje się na powrót do ojczyzny. Anna postanawia wyruszyć wraz z przyjaciółką w tę niezwykle emocjonalną podróż do samego serca Afryki.

Obraz psychologicznych konsekwencji ludobójstwa w Rwandzie w 1994 roku, zmieniający się we wspaniałą, dramatyczną, ale pełną nadziei i zaskakująco aktualną opowieść o życiu i sensie życia naznaczonego traumą.

Pochodząca z plemienia Tutsi Claudine Mugambira (Eliane Umuhire), jest córką cenionego rwandyjskiego ornitologa. Po masakrze, w której ginie ojciec Claudine, polska ornitolog Anna Keller (Jowita Budnik), która przez lata prowadziła w Afryce badania na sępach, pomaga jej uciec do Polski. Anna blisko współpracowała z ojcem Claudine, była świadkiem jego brutalnej śmierci i bezpośrednio doświadczyła nagiej, bezwzględnej przemocy, która teraz, po jej powrocie do kraju, ożywa wciąż na nowo w urwanych przebłyskach pamięci. Terror, którego doświadczyła, sprawia, że Anna czuje trudność w zaakceptowaniu spokojnego, powolnego i obojętnego wobec wydarzeń w Afryce trybu życia w Polsce. Jednocześnie jednak odczuwa potrzebę radykalnego odwrócenia się, ucieczki od afrykańskich przeżyć, co obecność Claudine czyni niemożliwym do osiągnięcia. Obie kobiety, głęboko pogrążone w cierpieniu, przechodzą powolny i przejmujący proces stopniowego powrotu do zdrowia i odbudowy codziennego życia.

 

To film z długą historią. Miał powstać znacznie wcześniej i to jako amerykańska koprodukcja, do której akces zgłaszał hollywoodzki gwiazdor Nick Nolte. Kryzys ekonomiczny pokrzyżował jednak te plany i chyba – z artystycznego punktu widzenia – wyszło to dziełu na dobre.

Wprzęgnięcie tematu ludobójstwa w Rwandzie w hollywoodzką machinę groziło bowiem stworzeniem kolejnego bohaterskiego mitu, którego zadaniem byłoby kojenie sumienia białego człowieka, czującego się nieco niekomfortowo z tym, że Zachód pozwolił na tę zbrodnię (a nawet sam ją w dużej mierze sprowokował); co gorsza zaś nie zareagował, gdy się dokonywała.

Najsłynniejszym filmowym przykładem takiego mitu stał się „Hotel Rwanda” (2004), zresztą z Nickiem Nolte w jednej z ról. Dzisiaj mówi się, że opowieść o odważnym Hutu, który uratował życie współobywatelom Tutsi, jest w dużej mierze przekłamana, a Paul Rusesabagina wcale nie był tak świetlaną postacią, jak to przedstawiono na ekranie.

Zostawmy jednak rozliczenia historyczne mądrzejszym od nas, zwłaszcza że „Ptaki śpiewają w Kigali” bardzo oszczędnie szafują oskarżeniami. Najmocniejszym z nich są bodaj słowa głównej bohaterki, ornitolożki Anny, skierowane do bezdusznego polskiego urzędnika, że odpowiedzialność za zbrodnię ponoszą „takie same białe chujki, tyle że kształcone na Sorbonie”.

Scenariusz filmu Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze napisali wspólnie, jednak realizację Joanna dokończyła sama – Krzysztof zmarł w grudniu 2014 roku. Siłą rzeczy więc gotowe dzieło, choć w żaden sposób nie bagatelizuje tematu Rwandy, postrzegamy przede wszystkim jako opowieść o żałobie. Stawia ono pytania, jak żyć po stracie, po tragedii.

Ale też jakim językiem mówić o tym ludziom, którzy jej nie przeżyli i których w gruncie rzeczy nie bardzo ona obchodzi. Lata 90. dla Polaków były czasem transformacji ustrojowej, dorabiania się, eksplozji wolnego rynku. Nieuważnie, z oddalenia przyglądaliśmy się, za pośrednictwem telewizji, masakrom dokonującym się gdzieś tam – czy to na Bałkanach, czy w znacznie odleglejszym małym afrykańskim kraju.

Tymczasem Anna – prowadząca w Rwandzie badania nad malejącą populacją sępów – widzi ludobójstwo na własne oczy. Udaje jej się uciec i „przemycić” córkę swoich przyjaciół, Claudine. W Polsce jednak Claudine nie chce początkowo skorzystać z pomocy Anny (bezpośrednie powody tej niechęci poznamy pod koniec filmu), zostaje w ośrodku dla uchodźców.

Polka próbuje wrócić do normalnego życia – służbowego, towarzyskiego, rodzinnego – ale powrót jest właściwie niemożliwy a na pewno bardzo trudny. Bohaterka zamyka się więc coraz ciaśniej w swojej samotności. Wreszcie obie kobiety znowu lądują pod jednym dachem, jednak szansa na przełamanie impasu, na pokonanie – choćby częściowe – potwornej przeszłości wiąże się nieubłaganie z ponowną podróżą do Rwandy, gdzie trzeba stawić czoło drastycznej prawdzie, a także spróbować odnaleźć i pochować kości najbliższych.

Z filmu wyrugowana została wszelka spektakularność, zwłaszcza ta, która wiązałaby się z epatowaniem makabrą. Najmocniejszym ujęciem jest więc widok sępów szarpiących truchło zwierzęcia. Skalę ludobójstwa uświadamia natomiast ujęcie z kościoła w Nyamata, jednego z wielu kościołów, w których doszło do rzezi. Hutu wymordowali tam 10 tysięcy Tutsi. Kościół został po ludobójstwie zdesakralizowany, dzisiaj wypełniają go rzeczy ofiar – stosy ubrań, w których zanurza się Claudine.

Kolory „Ptaków…” są zgaszone, wypłukane, trupioblade. Różnica między obrazem Afryki a obrazem Polski polega głównie na nieprzyjaznym, brudnym słonecznym świetle, które niczego w Kigali nie rozjaśnia. Przeciwnie – jest jeszcze jednym elementem gehenny, dojmującym przejawem opresji.

W filmie nie ma muzyki ilustracyjnej i nawet śpiewy ptaków, budujące przecież główną metaforę, dawkowane są bardzo oszczędnie. Populacja sępów, którymi zajmowała się Anna, odrodziła się w Rwandzie po ludobójstwie, na ludzkich zwłokach. Przy okazji sępy wytępiły wszelkie inne ptactwo. Po zbrodni panowała więc w kraju zła, martwa cisza.

I właśnie ciszę słychać w filmie Krauzów najintensywniej. Wreszcie jednak ptaki śpiewające powróciły do Kigali, co niewątpliwie pokazuje siłę nieustannie odradzającej się natury, ale nie staje się podniosłym morałem filmu. Wskazuje raczej na obojętność przyrody wobec tragedii i czynów człowieka – zapewne jedynego stworzenia na ziemi, które potrafi zabić wyłącznie z nienawiści.

Także realia lat 90. zaznaczone są na ekranie nader zdawkowo. Nie ma rodzajowości ni pstrokacizny, którą znamy z polskich produkcji opowiadających o dekadzie „przełomu”. Umieszcza to film w swoistej próżni, która jest przecież psychicznym doświadczeniem bohaterek.

Obie aktorki – Jowita Budnik i Eliane Umuhire – swoją grą wpisują się w ten oszczędny sposób narracji. Gdy wybucha między nimi kłótnia, nie słyszymy jej, widzimy jedynie gwałtowne gesty. Milczenie między kobietami bywa zresztą wymowniejsze niż próby nawiązania dialogu. Krauzowie stosują często skróty narracyjne, nie wyjaśniają wszystkich motywów i impulsów (np. dlaczego Anna jednak zdecydowała się zabrać Claudine z ośrodka dla uchodźców).

Ta powściągliwość sprawia, że można – mimo iż film konsekwentnie trzyma się realistycznego trybu opowiadania – interpretować fabułę jako opowieść o duchach. Może bohaterki nie przeżyły ludobójstwa (scena ucieczki Anny z Kigali jest urwana, nie wiemy, co dokładnie się zdarzyło)? A może nie przeżyła Claudine i teraz nawiedza Annę? Jest inkarnacją jej wyrzutów sumienia, twarzą uciętych maczetą więzi, niezałatwionych spraw? Każda tragedia, każda trauma to przecież rodzaj śmierci, po której nic już nie jest takie samo. Życie po tragedii jest życiem po śmierci.

Taką interpretację wzmacniają nieuchronnie nasuwające się skojarzenia z innym ludobójstwem. Tym, które znamy z naszych ziem. Z Holocaustem. I nie chodzi tutaj tylko o śmierć kilku milionów ludzi, o zagładę ludu, ale i o nieodbytą żałobę po naszych sąsiadach, o wyparcie, o wygodę zapomnienia, że kiedyś mieszkali koło nas. Jak również o bezceremonialne przejęcie ich dobytku; tak jak w filmie – dom Claudine przejmuje kobieta, która udaje, że nic nie wie o poprzednich właścicielach.

„Ptaki śpiewają w Kigali” nie są rozrachunkiem z przeszłością – rozrachunek zakłada bowiem wyliczenia zysków i strat, podsumowanie i zamknięcie „bolesnego rozdziału”. Opowiedziana tu historia – kameralna a zarazem mająca bardzo szeroki kontekst – jest jak otwarta rana, która nawet jeszcze nie zamieniła się w bliznę.

Bartosz Żurawiecki, Ptaki śpiewają w Kigali, „Kino" 2017, nr 9, s. 65-66

 

„DZIKIE RÓŻE”

REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIA - Anna Jadowska

SCENARIUSZ - Anna Jadowska

ZDJĘCIA - Małgorzata Szyłak

SCENOGRAFIA - Anna Anosowicz

KOSTIUMY - Marta Ostrowicz

CHARAKTERYZACJA - Aleksandra

                                            Dutkiewicz

MONTAŻ - Anna Mass

MUZYKA - Agnieszka Stulgińska

DŹWIĘK - Agata Chodyra

 

Marta Nieradkiewicz - Ewa

Michał Żurawski - Andrzej, mąż Ewy

Halina Rasiakówna - matka Ewy

Konrad Skolimowski – Marcel

Natalia Bartnik - Marysia

Dominik i Daniel Wesling - Jaś

Dominika Biernat - Basia

Bartłomiej Firlet - Grzesiek

Matylda Paszczenko - matka Marcela

Katarzyna Skarżanka - kobieta w

                                         samochodzie

O FILMIE:

Główna bohaterka Ewa (Marta Nieradkiewicz) zmaga się z ogromnym poczuciem samotności. Jej życie wypełnia zajmowanie się domem i dwójką dzieci, oraz czekanie na męża (Michał Żurawski), który pracując w Norwegii, rzadko przyjeżdża do domu. Młoda kobieta, chcąc znowu poczuć się kochaną i adorowaną, wplątuje się w romans z nastolatkiem. Niestety za tę chwilę "zapomnienia" przyjdzie jej zapłacić wysoką cenę. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy wraca mąż. Podejrzenia, plotki i oskarżenia będą przeplatać się z inną tragedią - na plantacji dzikich róż, gdzie pracuje kobieta, zaginie jej 2-letni synek, Jasio. Czy chłopiec się odnajdzie? Czy ta rodzina ma szansę przetrwać? I wreszcie, czy Ewa pogodzi rolę walczącej o małżeństwo kobiety z rolą matki, która zdecydowała się porzucić własne dziecko? Przejmujący obraz, ukazujący rolę kobiety w społeczeństwie i rodzinie. Rzeczywistość która wywołuje smutek, ale też daje nadzieję.

W filmie Jadowskiej każdy poświęca się dla innych. Nikomu jednak nie przynosi to szczęścia, bo przynieść nie może – gest złożenia z siebie ofiary nie wynika bowiem z miłości, lecz z presji społecznej, strachu, niepewności czy własnych ambicji. „Dzikie róże” są wnikliwym a przy tym niejednoznacznym portretem kobiety zagubionej w wyjątkowo trudnej rzeczywistości, którą zna wielu z nas.

Ewa wychodzi ze szpitala i wraca do domu na prowincji. Tam czeka na nią matka i dwójka małych dzieci. Wkrótce z zagranicy ma przyjechać również mąż, ciężko pracujący, żeby, jak mówi, zapewnić rodzinie „normalny dom”.

Na początku o kobiecie wiemy niewiele, prócz tego, że skrywa tajemnicę. Jednak każda kolejna scena pogłębia portret bohaterki – przede wszystkim emocjonalny. Jadowska zminimalizowała warstwę fabularną, żeby móc w pełni skupić się na uczuciach dziewczyny, której niemal przez cały czas nie wypuszcza z kadru.

Od samego początku czuć, że również za kamerą stoi kobieta, współodczuwająca ze swoją bohaterką, co nie znaczy, że stawiająca ją w całkowicie pozytywnym świetle. Wręcz przeciwnie. Oszczędne dialogi, gesty, spojrzenia czy uśmiechy budują złożoną charakterystykę psychologiczną postaci, której nie da się jednoznacznie ocenić.

Choć kamera skupia się przede wszystkim na Ewie, to nie mniej istotna okazuje się wspólnota, do której kobieta przynależy – mała wiejska społeczność, najbliższa rodzina, znajomi, sąsiedzi, lokalna parafia. Jadowska, jak mało kto w polskim kinie, czuje rodzimą prowincję, którą odmalowuje w ciemnych barwach, momentami jednak sięgając, trzeba przyznać, po klisze.

Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach, we wsi wszyscy „gadają”, a proboszcz ma wielkie ego. I choć można widzieć w tym słabą stronę filmu, to ostatecznie trudno zaprzeczyć, że te często powtarzane sądy mają w sobie wiele prawdy. Stereotyp dodaje więc w tym wypadku realizmu.

O jeszcze większy autentyzm reżyserka pokusiła się konstruując głównych bohaterów. Z każdym z nich można sympatyzować, każdego da się zrozumieć, choć nieustannie wchodzą ze sobą w konflikty. Wszyscy działają w jak najlepszej wierze, ale ciągle się ranią. Ofiara, którą składają z samych siebie, okazuje się nikomu niepotrzebna.

Nieobecny w domu ojciec ciężko pracuje za granicą, przypłaca to jednak ochłodzeniem więzi z rodziną. Próbująca pomagać córce matka nie radzi sobie z wymagającymi wnukami. One natomiast cierpią z powodu chronicznego braku rodziców. Ewa również nie jest bez winy – jej złe decyzje nie są łatwo rozgrzeszane, ale z pewnością zostają zrozumiane. To samo tyczy się małej społeczności, która może zamienić w piekło życie jednostki, ale w chwilach kryzysu potrafi się zjednoczyć.

Jadowska odrzuca racjonalne, „męskie”, logiczne spojrzenie i skupia się na sferze emocji, lęków, niepewności, małych radości. Wypełnia obraz empatią, ciepłem i współodczuwaniem. To nie oznacza, że jest ślepa na to, co kulturowo przypisuje się perspektywie „męskiej” – po prostu inaczej rozkłada akcenty, inne sprawy są dla niej ważne.

Potrafi jednak także wyjątkowo celnie skomentować kwestie społeczne, obyczajowe i ekonomiczne. Jeżeli szukać winnych przedstawionych na ekranie wydarzeń, to właśnie w hipokryzji małomiasteczkowej społeczności, w represyjnej, konserwatywnej obyczajowości czy zjawisku emigracji zarobkowej. Być może największą zaletą „Dzikich róż” jest wyjątkowo ścisłe i trafne powiązanie realizmu emocjonalnego z ekonomiczno-społecznym.

„Dzikie róże” oferują równie ciekawy i złożony portret kobiecej bohaterki, co niedawne „Zjednoczone Stany Miłości” Tomasza Wasilewskiego. Natomiast w kwestii odkłamywania obrazu macierzyństwa przypominają „Hubę” Anki i Wilhelma Sasnalów. Operują przy tym własnym, oryginalnym językiem filmowym.

Jadowska postawiła na minimalizm, sugestywność i precyzję narracyjną. Operuje niedomówieniami i wolno, ale konsekwentnie zrywa kolejne zasłony, dzielące widzów od tajemnicy, skrywanej przez bohaterkę. Nie byłoby jednak tego filmu, gdyby nie Marta Nieradkiewicz, której oszczędna, lecz do głębi przejmująca rola buduje wiarygodność postaci, a tym samym całej opowiedzianej historii.

„Dzikie róże” są filmem poprowadzonym niezwykle konsekwentnie, oszczędnym formalnie, lecz oferującym wyjątkowo głębokie i wielowymiarowe wejrzenie w psychologię postaci. Chciałbym, żeby sukces artystyczny tego filmu przełożył się na jego społeczne oddziaływanie. Dopiero kiedy „Dzikie róże” wywołają dyskusję na temat roli kobiet i ich praw, osiągną swój prawdziwy cel.

Michał Piepiórka, Dzikie róże, „Kino" 2017, nr 12, s. 86

  CZŁOWIEK Z MAGICZNYM PUDEŁKIEM

2017 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Złote Lwy Najlepsza muzyka Sandro Di Stefano

 

 

 

REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIA – bodo kox

SCENARIUSZ - bodo kox

ZDJĘCIA – ARKADIUSZ TOMIAK PSC, dominik danilczyk

SCENOGRAFIA – WOJCIECH ŻOGAŁA

MUZYKA – sandro di stefano

KOSTIUMY – katarzyna adamczyk

MONTAŻ – milenia fiedler

DŹWIĘK – ignazio velluti

cHaRAKtERYZACJA – agnieszka hodowana

GORIA – OLGA BOŁĄDŹ

ADAM – PIOTR POLAK

BERNARD – SEBASTIAN STANKIEWICZ

URSZULA STEFAŃSKA - HELENA NOROWICZ

agent jan targosz – wojciech zieliński

kowalsky radzimir - bartłomiej firlet

agent n. gradowski – jakub kamieński

syn prola – bartosz cao

Doktor - agata buzek

emfazy stefański - arkadiusz jakubik

 

 

O FILMIE:

Bodo Kox – twórca wielokrotnie nagradzanej „Dziewczyny z szafy”, najlepszego polskiego filmu MFF Camerimage, powraca z kolejnym projektem. Najnowsze dzieło laureata nagrody Polskiej Akademii Filmowej – „Człowiek z magicznym pudełkiem” – to niezwykła historia miłości potrafiącej pokonać wszelkie granice czasoprzestrzeni. Scenariusz „Człowieka z magicznym pudełkiem” otrzymał specjalne wyróżnienie w prestiżowym konkursie ScripTeast im. Krzysztofa Kieślowskiego w Cannes.

Warszawa, rok 2030. Wydawać by się mogło, że dla Adama (Piotr Polak) lepsze jutro było… wczoraj. Dotknięty zanikiem pamięci bohater musi zacząć wszystko od nowa. Przeprowadza się i rozpoczyna pracę w potężnej korporacji. Poznaje w niej atrakcyjną Gorię (Olga Bołądź), którą jest totalnie oczarowany. Początkowo dziewczyna opiera się jego zalotom, uparcie twierdząc, że nie jest w jej typie. Gdy jednak romans nabiera rumieńców, chłopak dokonuje niebywałego odkrycia. W swoim nowym mieszkaniu znajduje stare radio, które nadaje audycje z lat 50. Okazuje się, że odbiornik emituje również fale umożliwiające teleportację. Podczas jednej z podróży Adam „utyka” w 1952 roku. Zaniepokojona nieobecnością ukochanego Goria podejmuje się fascynującej, ale i niebezpiecznej misji sprowadzenia go z powrotem.

 

Polskie kino nie ma szczęścia do science fiction – na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza gatunek ten właściwie u nas nie istniał. Powodem takiego stanu rzeczy jest zapewne panujące powszechnie (choć niezbyt słuszne) przekonanie, wedle którego fantastyka naukowa potrzebuje skomplikowanych efektów specjalnych, wielkich scenografii i widowiskowych sekwencji, a co za tym idzie – gigantycznych nakładów finansowych.

Mimo że niezwykle udane, oparte na ciekawych i prowokujących pomysłach niskobudżetowe filmy gatunku powstają na całym świecie, rodzimi twórcy nie starają się z nim mierzyć, przez co hasło „polskie science fiction” ciągle kojarzy się przede wszystkim z produkcjami powstałymi w czasach PRL-u – takimi jak „Seksmisja”, „Test pilota Pirksa” czy filmy Piotra Szulkina.

Do ostatniego z wymienionych autor „Człowieka z magicznym pudełkiem”, Bodo Kox, chętnie się odnosi. Uważni widzowie zauważą zresztą na pewno, że Kox często cytuje klasykę gatunku, pożycza z niej pomysły fabularne i stylistyczne, a na jego radarze znalazły się nie tylko filmy autora „O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji”, ale też „Łowca androidów”, „Dark City”, dzieła Terry’ego Gilliama czy fantasmagorie Jeana-Pierre’a Jeuneta.

Już w punkcie wyjścia film Koksa łączy kilka charakterystycznych dla science fiction wątków – wizję nieodległej przyszłości, motyw zmian związanych z rozwojem technologii, a także bohatera z zanikiem pamięci.

Jest rok 2030, Polska to kraj totalitarny, zaś Warszawa została wyraźnie podzielona na dwie skrajnie różne połowy – po jednej stronie Wisły piętrzą się wieżowce należące do wielkich korporacji, po drugiej w biedzie mieszkają ludzie, którzy nie odnaleźli się w nowym porządku. Do bogatszej części miasta przybywa Adam (Piotr Polak), cierpiący na amnezję mężczyzna, który zatrudnia się jako sprzątacz w jednym z drapaczy chmur i z miejsca zakochuje się w pracującej tam Gorii (Olga Bołądź).

Tytułowym magicznym pudełkiem jest pochodzące z lat pięćdziesiątych radio, które Adam odnajduje w wynajmowanej ruderze, pamiętającej czasy przedwojenne. Odbiornik nadaje audycję sprzed prawie osiemdziesięciu lat i umożliwia słuchaczowi przenoszenie się w czasie do momentu jej nagrania, a więc do roku 1952.

Z porównania tych dwóch płaszczyzn czasowych wynika najciekawszy wątek filmu – bohaterowie części rozgrywającej się w epoce stalinizmu chcą uciec z ich rzeczywistości, ale zarazem przepełnia ich wiara w nieskończone szanse, które daje technologia; w drapieżnym kapitalizmie roku 2030 tej nadziei już nie ma, postęp zabił przecież większość relacji międzyludzkich, jednak potrzeba wydostania się ze smutnego tu i teraz jest tak samo żywa jak w przeszłości.

Za pomocą podobnych spostrzeżeń, zaskakująco błyskotliwych, Kox skutecznie ogrywa budżetowe braki. Choć „Człowiek z magicznym pudełkiem” rozgrywa się tylko w kilku wnętrzach i plenerach, na żadnym etapie nie powinno to widzowi przeszkadzać, bo twórca filmu co chwila zaskakuje nowymi pomysłami – w 2030 roku płatności dokonuje się przy użyciu czytnika linii papilarnych (będącego logicznym rozwinięciem używanego dziś PayPassa), a uliczne billboardy wyświetlają reklamy dostosowane do potrzeb konkretnego przechodnia (co nie jest wcale tak odległe od współczesnych reklam kontekstowych).

Problem w tym, że na pierwszy plan reżyser wysuwa dwa inne wątki – relacji Adama i Gorii, która z przelotnego romansu szybko przeradza się w wielką miłość, oraz ścigających bohatera agentów państwowych starających się zapobiec podróżom w czasie. Żadna z tych linii fabularnych nie jest ani specjalnie ciekawa, ani dobrze poprowadzona.

W związku bohaterów brakuje chemii, a w ich miłość trudno uwierzyć, natomiast ubrani w identyczne garnitury funkcjonariusze wprowadzają co prawda kilka udanych żartów, ale Koksowi nie udaje się zbudować atmosfery prawdziwego zagrożenia.

Ostatecznie „Człowiek z magicznym pudełkiem” jawi się jako film urokliwy i pomysłowy, lecz pozbawiony dramaturgii i niezbyt dopracowany pod względem narracyjnym. Dochodzi więc do sytuacji poniekąd paradoksalnej – mimo budżetowych niedostatków film Koksa radzi sobie jako wizja świata przyszłości, nie przekonuje natomiast jako romans i thriller.

Grzegorz Fortuna Jr, Człowiek z magicznym pudełkiem, „Kino" 2017, nr 10, s. 68

 

REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE” KINO POLSKIE 2017

Lp.

TYTUŁ

DATA

GODZ.

CZAS

1

„SZCZĘŚCIE ŚWIATA”

06.02.2017

18.00

103 MIN

2

„OSTATNIA RODZINA”

06.02.2017

20.00

123 MIN

3

„LETNIE PRZESILENIE”

07.02.2017

18.00

99 MIN

4

„WOŁYŃ”

07.02.2017

20.00

149 MIN

5

„PROSTA HISTORIA O MORDERSTWIE”

08.02.2017

18.00

90 MIN

6

„JESTEM MORDERCĄ”

08.02.2017

20.00

112 MIN

 

SZCZĘŚCIE ŚWIATA

41 FPFF GDYNIA 2016 - Najlepsza scenografia Andrzej Kowalczyk, Tomasz Bartczak

41 FPFF GDYNIA 2016 – Najlepsza muzyka Motion Trio: Janusz Wojtarowicz,

Paweł Baranek, Marcin Gałażyn


REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIA – michał rosa

SCENARIUSZ – michał rosa

ZDJĘCIA – marcin koszałka

SCENOGRAFIA – tomasz bartczak,   

                                  andrzej kowalczyk

dekoracja – dorota dąbrowska,

                             tomasz bartczak

MUZYKA – janusz wojtarowicz

                       motion trio

MONTAŻ – krzysztof szpetmański

DŹWIĘK – piotr domaradzki,

                     barbara domaradzka

KOSTIUMY – barbara sikorska-bouffał

charakteryzacja – alina janerka

RÓŻA – KAROLINA GRUSZKA

GERTRUDA – AGATA KULESZA

TOMASZ – KRZYSZTOF STROIŃSKI

sobański tomasz borkowski

klara – dorota segda

jan – przemysław bluszcz

janusz – marcin perchuć

konrad – andrzej konopka

helenka – barbara lubos

kamil – kamil tkacz

emil  – andrzej tkacz

naczelny – marek kalita

profesor – roman gancarczyk

klain – andrzej mastalerz

 

O FILMIE

Nowy film Michała Rosy, twórcy wielokrotnie nagradzanych obrazów: „Co słonko widziało”, „Cisza” i „Rysa”. Pełna magii, humoru i wzruszeń historia mieszkańców niezwykłej kamienicy na Śląsku – pięknej Róży, zauroczonych nią mężczyzn i kobiet, zazdrosnych o jej wdzięki. W obsadzie produkcji, przywodzącej na myśl światowe hity „Amelia” i „Grand Budapest Hotel”, wystąpiły topowe nazwiska polskiej kinematografii, m.in.: Karolina Gruszka, Agata Kulesza i Krzysztof Stroiński. Autorem zdjęć do filmu jest wielokrotnie nagradzany operator Marcin Koszałka (m.in. Złote Lwy na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za „Rewers”).

Warszawski dziennikarz i bon vivant Sobański (Tomasz Borkowski) opuszcza stolicę, by odszukać i przeprowadzić wywiad z autorem bestsellerowych przewodników, bijących rekordy sprzedaży. Choć sam pisarz skrzętnie ukrywa tożsamość, nieliczne tropy prowadzą do kamienicy na Śląsku, miejsca pełnego ludzi oryginalnych i wyjątkowych. Wśród nich są piękna Róża (Karolina Gruszka) – obiekt męskich westchnień i damskiej zazdrości oraz ulegający jej urokom mężczyźni – ekscentryczny pasjonat botaniki Tomasz (Krzysztof Stroiński), „przyjaciel domu" Jan (Przemysław Bluszcz), matematyczny geniusz na posadzie windziarza – Rufin (Dariusz Chojnacki), a także próbujący wyrwać się spod wpływów zaborczej matki (Agata Kulesza) nastolatek Harald. Chwile spędzone przez nich z piękną sąsiadką kuszą lekkością i swobodą, objawiając świat, do którego nie mieli dotąd dostępu. Jednak dziewczyna darzy uczuciem tylko jednego.

Szczęście świata ma na imię Róża i jest powabną młodą kobietą z burzą rudych loków i twarzą Karoliny Gruszki. Mieszka w śląskiej kamienicy w przededniu II wojny światowej. Swoim promiennym uśmiechem uszczęśliwia sąsiadów - szczególnie mężczyzn. Jest obiektem westchnień i fascynacji, ale kiedy trzeba, również służy pomocą. W pełni jednak zostanie doceniona dopiero wtedy, gdy jej zabraknie.

Michał Rosa nie opuszcza Śląska, gdzie toczy się akcja jego kolejnych filmów. Jednak „Szczęście świata" znacznie się różni od poprzednich dzieł reżysera. Nie odnajdziemy w nim ani wątków politycznych, ani społecznych. Jest to film o wydźwięku uniwersalnym, przepojony subtelnym humorem, opowiadający o drobnych tajemnicach, szalonych pasjach i małych, codziennych radościach. Choć jego akcja umieszczona została w bardzo konkretnym miejscu i czasie - na przedwojennym Śląsku, nad który nadciąga upiór Zagłady.

Film rozpoczyna się niemal jak kino przygodowe. Redaktor w wydawnictwie otrzymuje od szefa zadanie odnalezienia anonimowego autora poczytnego bedekera, opisującego ze szczegółami najbardziej niesamowite miejsca na Ziemi. W tym celu bohater jedzie na Śląsk, bo właśnie stamtąd pochodzą jedyne wieści o ukrywającym się podróżniku. Wkrótce okazuje się, że lekko zaniedbana kamienica skrywa tajemnicze atrakcje. Kamera zagląda do kolejnych mieszkań, odsłaniając przed widzami świat małych dziwactw i wielkiego geniuszu. Przede wszystkim jednak tropi ekscentryzmy, w których Rosa dostrzega afirmację życia.

„Szczęście świata" jest filmem sensualnym, utkanym z marzeń o niezwykłej przygodzie, z erotycznych fantazji, zapachów, dotyków, ale również z matematycznych łamigłówek. Ogromną rolę odgrywają przepełnione światłem zdjęcia Marcina Koszałki, który wydobył z ekranowej rzeczywistości ciepłe barwy codziennego szczęścia. Blakną one jednak z każdą kolejną sceną.

Centralną postacią jest wspomniana Róża, której życzliwość i otwartość przyciąga strapionych problemami mężczyzn. Bohaterka pomaga im, jak może, choć często przypadkowo. Nawiedzając dojrzewającego chłopca w snach, wprowadza go w świat erotyki, przed domorosłym matematykiem odkrywa radości płynące z tańca, a jej długie kąpiele w aromatyzowanej ziołami gorącej wodzie powodują kwitnięcie kaktusów należących do niezwykłej kolekcji starzejącego się samotnego mężczyzny.

Ten eteryczny klimat zamkniętej w zmurszałych kamienicznych ścianach egzotyki udziela się widzom, wprowadzanym do nierzeczywistego przytulnego świata, którego nie chce się opuszczać. Nieprzyjemnie porzuca się tę rzeczywistość, niszczoną wichrami historii. Nieco rozczarowuje, że tak nietypowy dla polskiego kina film - pełen ciepła, drobnych radości i zmysłowości - został ostatecznie wepchnięty w koleiny kina historycznego.

Szczęścia, tym bardziej tego małego, nigdy nie docenia się zawczasu - powiadają twórcy filmu. Dopiero jego brak rodzi nostalgię za tym, co przeminęło. „Szczęście świata" namawia, żeby nie odkładać na później codziennych radości - nawet gdy przeżywa się je wyłącznie we własnym mieszkaniu.

Michał Piepiórka, Szczęście świata, „Kino" 2016, nr 12, s. 6.

 

 „OSTATNIA RODZINA

41 FPFF GDYNIA 2016 - Złote Lwy - Jan P. Matuszyński

41 FPFF GDYNIA 2016 - Pierwszoplanowa rola męska - Andrzej Seweryn
41 FPFF GDYNIA 2016 - Pierwszoplanowa rola kobieca - Aleksandra Konieczna

69. MFF LOCARNO 2016 - Najlepszy Aktor - Andrzej Seweryn

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria - Jan P. Matuszyński

Scenariusz - Robert Bolesto

Zdjęcia - Kacper Fertacz

Scenografia - Jagna Janicka

Kostiumy - Emilia Czartoryska

Charakteryzacja - Anna Gorońska

                                            Tomasz Matraszek,

Dźwięk - Jarosław Bajdowski, Kacper

                    Habisiak, Marcin Kasiński

Montaż - Przemysław Chruścielewski

Andrzej Seweryn - Zdzisław Beksiński

Dawid Ogrodnik - Tomasz Beksiński

Aleksandra Konieczna - Zofia

                                                         Beksińska

Andrzej Chyra - Piotr Dmochowski

Zofia Perczyńska - Stanisława Beksińska, matka Zdzisława

Magdalena Boczarska - Ewa

Alicja Karluk - Patrycja

Agnieszka Michalska - Helena

 

O FILMIE

„Ostatnia Rodzina” to rozgrywająca się na przestrzeni 28 lat warszawska saga słynnej rodziny Beksińskich. W legendarne postaci Zdzisława i Tomka wcielili się Andrzej Seweryn i Dawid Ogrodnik. Towarzyszą im Aleksandra Konieczna jako Zofia Beksińska oraz Andrzej Chyra w roli marszanda Piotra Dmochowskiego.

Akcja filmu zaczyna się w 1977 roku, gdy Tomek Beksiński wprowadza się do swojego mieszkania. Jego rodzice mieszkają tuż obok, na tym samym osiedlu, przez co ich kontakty pozostają bardzo intensywne. Nadwrażliwa i niepokojąca osobowość Tomka powoduje, że matka – Zofia, wciąż martwi się o syna. W tym samym czasie Zdzisław Beksiński próbuje całkowicie poświęcić się sztuce. Po pierwszej nieudanej próbie samobójczej Tomka, Zdzisław i Zofia muszą podjąć walkę nie tylko o syna, ale także o przywrócenie kontroli nad swoim życiem. Gdy Zdzisław podpisuje umowę z mieszkającym we Francji marszandem Piotrem Dmochowskim, a Tomek rozpoczyna pracę w Polskim Radiu, wydaje się, że rodzina najgorsze kłopoty ma już za sobą. Jednak seria dziwnych, być może naznaczonych fatum wydarzeń, dopiero nadejdzie…

Zdzisław Beksiński to jeden z najbardziej charakterystycznych polskich malarzy XX wieku, słynący z niezwykłej osobowości, poczucia humoru oraz rejestrowania niemal każdego fragmentu swojego życia i otoczenia za pomocą coraz nowszych technologii audio i wideo. Z kolei Tomasz Beksiński był kultowym dziennikarzem muzycznym i tłumaczem filmowym, mającym duży wpływ na rozwój popkultury w Polsce, m.in. poprzez promowanie takich zespołów jak Marillion, Ultravox czy King Crimson oraz tłumaczenie filmów o Jamesie Bondzie czy cyklu Monty Pythona.

Oczekiwania wobec „Ostatniej rodziny” były ogromne, jeszcze zanim padł pierwszy klaps. Rozbudziły je książki – Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny” wydana dwa lata temu i tegoroczna „Beksiński. Dzień po dniu kończącego się życia. Dzienniki / rozmowy”. Publikacje te przywróciły pamięć o artystycznej rodzinie i pokazały, że jej życie to gotowy materiał na film. Beksińskimi interesował się też Jan P. Matuszyński, który po świetnie przyjętym dokumencie „Deep Love” szukał materiału na swoją pierwszą fabułę.

Okazało się, że scenariusz był już gotowy – czekał w szufladzie Roberta Bolesty, po „Hardkor Disko” i „Córkach Dancingu” jednego z najważniejszych młodych scenarzystów, potrafiącego uchwycić specyfikę życia w naszym kraju. Zainteresowanie powstającym filmem umiejętnie podsycano informacjami o obsadzie, kolejnymi fotosami z planu i zwiastunami. W końcu ogłoszono, że premiera filmu odbędzie się na festiwalu w Locarno. Jeśli chodzi o prestiż, to nadzieje pokładane w filmie zostały spełnione.

„Ostatnią rodzinę” pokazano jako trzeci film konkursu głównego i zdecydowanie należał on do faworytów. Choć na szwajcarskim festiwalu pojawiły się kolejne świetne tytuły, jury nie zapomniało o filmie Matuszyńskiego, ostatecznie przyznając nagrodę aktorską Andrzejowi Sewerynowi za rolę Zdzisława Beksińskiego. Wybitny aktor rzeczywiście daje tu wielki występ, ale wierny jest poetyce filmu, nie rozsadza ekranu, pozostawia miejsce, by wybrzmieć mogły także inne postaci dramatu.

Te w filmie zdominowane są całkowicie przez siłę charakteru malarza, która choć dyskretna, jest tak ogromna, że całkowicie przyćmiewa żonę Zofię (Aleksandra Konieczna). Natomiast syn Tomasz (Dawid Ogrodnik) stawać musi na głowie (albo sięgać po żyletkę), by dorównać charyzmie ojca. Na międzynarodowym plakacie filmu napisane było: „Życie rodzinne to nie zawsze blask słońca i tęcza”. Rzeczywiście, prawie ich tu nie zaznamy, tym bardziej, że Beksiński natury nie znosił. Wolał beton.

Film otwiera scena z 2005 roku, w której Beksiński opowiada o swych sadomasochistycznych fantazjach i tworzeniu grafik komputerowych. Jego wyobraźnia szybko jednak skonfrontowana zostaje ze zgrzebną rzeczywistością PRL-u – cofamy się do roku 1977 na warszawski Służew, gdzie rodzina właśnie osiedliła się po wyprowadzce z Sanoka.

Zdzisław zachwycony jest nowym osiedlem, Tomasz, który nie może skończyć studiów, dostaje własne mieszkanie. Choć urządza je po swojemu, znajduje się ono zaledwie kilka bloków dalej i nieprzecięta pępowina rozciąga się niczym sznur do prania między oknami. To zajrzy ojciec, to matka, to syn odwiedzi rodziców, kiedy zaburczy mu w brzuchu. Niezdrową symbiozę znakomicie obrazuje scena, w której Tomek prosi matkę, by usunęła z jego mieszkania dziewczynę, z którą właśnie zerwał.

Matuszyński prowadzi akcję chronologicznie przez dekady, ale nie poświęca uwagi przełomowym wydarzeniom. Nie zobaczymy ani stanu wojennego, ani Okrągłego Stołu czy akcesji do NATO. Życie Beksińskich toczy się gdzie indziej, zaklęte jest wokół sztuki ojca, muzyki puszczanej przez syna, dwóch babć, które uporczywie nie chcą umrzeć. Blokowisko to mikroświat, gdzieś zalśni nowy kościół, w windzie ktoś napisze „Punk’s Not Dead” albo powiesi PZPR na szubienicy. Znaki czasu czytać można tu głównie dzięki rewelacyjnej scenografii Jagny Janickiej i kostiumom Emilii Czartoryskiej.

Odległa wydaje się już ukazana na ekranie obyczajowość PRL-u, w której mężczyźni pielęgnują swoje zawodowe czy erotyczne pasje, a kobiety pielęgnują mężczyzn. Od staruszek po kochanki Tomasza wszystkie sprowadzone zostają do ról podrzędnych. W „Ostatniej rodzinie” całe życie familijne organizowane jest wokół mężczyzn, ich potrzeb, wahań nastrojów, obsesji.

Za gaszenie mniejszych i większych pożarów – nie mówiąc już o praniu, gotowaniu, a nawet prowadzeniu samochodu – odpowiada Zofia, wspaniale sportretowana przez Konieczną, która znosi wszystko z pokorą. Czasem tylko na jej twarzy pojawi się grymas zmęczenia i bólu. Można rzec, że godnie niesie swój krzyż – wszak ona jedyna w tej trójcy wykazuje oznaki religijności. Nie jest jednak w stanie zarazić nią męża czy syna, ci zwróceni są w stronę własnego ego. Jak chce tytuł, Tomek rodu nie przedłuży – to będzie ostatnia rodzina.

Film Matuszyńskiego – podobnie zresztą jak inne scenariusze napisane przez Bolestę – traktuje o znikaniu. Dla widza może być szokujące i trudne to, jak bardzo pogodzeni są z tym bohaterowie. Pozostają jednak tyleż makabryczni, co zwyczajni i tyleż patetyczni, co pełni poczucia humoru. Żadni tam przeklęci czy potwory, tylko ludzie z krwi i kości, zdający sobie sprawę z tego, że kropka po życiu nie musi być żadnym dramatem.

Zdzisław żartuje nawet, że na rodzinnym grobowcu Beksińskich wygrawerowany powinien zostać napis: „Pocałujcie nas wszystkich w dupę” (dialogi w filmie są bezbłędne!). To on ostatni zejdzie z tego padołu i jeżeli czegoś zabrakło mi w „Ostatniej rodzinie” to właśnie tajemnicy z tym związanej. Akordu, dzięki któremu film mógłby wybrzmieć do końca.

Może jednak w tym właśnie rzecz, że śmierć nie jest aż tak istotna. Ważniejsze jest to, co pozostaje: obrazy, legenda, kasety wideo. „Ostatnia rodzina” jest także filmem o mediach – od pędzla po mikrofon, od taśmy szpulowej po kamerę. To dzięki nim Beksińscy utrwalili swoje życie, co pozwoliło Matuszyńskiemu pokazać je z taką dokładnością. W jednej ze scen Zofia, robiąc zdjęcie, mówi do swoich mężczyzn: „Wy tak stoicie osobno, ja nie mogę was objąć”. Reżyserowi ta sztuka się udała: objął kamerą całą ostatnią rodzinę.

Adam Kruk, Ostatnia rodzina, „Kino" 2016, nr 9, s. 69

  

 „LETNIE PRZESILENIE”

39. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Montrealu

Nagroda za Najlepszy Scenariusz

40. Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Nagroda za Najlepszą Drugoplanową Rolę Aktorską  - Marii Semotiuk

Nagroda za Najlepsze Zdjęcia - Jerzego Zielińskiego

Złote Kociaki – nagroda Młodzieżowej Rady Miasta

Camerimage 2015

Najlepszy Polski Film

 

REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIA - Michał Rogalski

SCENARIUSZ - Michał Rogalski

ZDJĘCIA - Jerzy Zieliński, PSC, ASC

SCENOGRAFIA - Janusz Sosnowski

DEKORACJA - Wiesława Chojkowska

KOSTIUMY - Anna Englert,

                Magdalena Rutkiewicz-Luterek

CHARAKTERYZACJA - Monika Kaleta,

                                     Dorothea Wiedermann

MUZYKA - Alexander Hacke

DŹWIĘK - Martin Witte

MONTAŻ - Milenia Fiedler PSM,

                    Joanna Brühl

 

ROMEK - Filip Piotrowicz

GUIDO - Jonas Nay

FRANKA - Urszula Bogucka

BUNIA - Maria Semotiuk

ODI - Gerdy Zint

OBERLEUTNANT - Steffen „Shorty” Scheumann

FELDWEBEL – AndrÉ M. Hennicke

LEON - Bartłomiej Topa

MATKA ROMKA - Agnieszka Krukówna

KARPIUK - Juliusz Krzysztof Warunek

KARWAN - Krzysztof Czeczot

GRUBER - Jürgen Hoppmann

BRAT BUNI - Bartłomiej Kotshedoff

URBANIAK - Damian Ul

O FILMIE:

Wyreżyserowany przez Michała Rogalskiego („Ostatnia akcja”, „Czas honoru”), najnowszy film producentów „Wszystko, co kocham” – polskiego kandydata do Oscara w 2011 roku. Wielokrotnie nagradzany  na festiwalach filmowych  w Polsce i zagranicą, entuzjastycznie przyjmowany przez publiczność i krytyków.

W obsadzie znakomici aktorzy: Bartłomiej Topa („Obietnica”, „Pod Mocnym Aniołem”), dawno niewidziana w kinie Agnieszka Krukówna („Korczak”, „Lista Schindlera”) oraz Krzysztof Czeczot („80 milionów”). W głównych rolach zobaczymy wschodzące gwiazdy młodego pokolenia: Filipa Piotrowicza („Wenecja”), Urszulę Bogucką („Komornik”) i Marię Semotiuk („W ciemności”). Muzykę skomponował Alexander Hacke – wybitny muzyk, który ma na swoim koncie m.in. ścieżkę dźwiękową do najgłośniejszego filmu Fatiha Akina „Głową w mur”. Autorem scenografii do filmu jest Janusz Sosnowski, który zaprojektował dekoracje w legendarnych filmach „Kingsajz” i „Seksmisja”. Z kolei za dekoracje wnętrz była odpowiedzialna 86-letnia Wiesława Chojkowska, jedna z najlepszych konsultantek ds. wnętrz w filmach wojennych. Pracowała przy takich obrazach, jak „Dzieci Ireny Sendlerowej” , „Katyń” czy „Pianista”.

 

Romek i Guido mają po siedemnaście lat i przed sobą całe życie. Ich marzenia nie różnią się od marzeń innych nastolatków – chcą słuchać muzyki, tańczyć swinga, umawiać się z dziewczynami. Gdyby nie okoliczności, mogliby być najlepszymi kumplami. Niestety, spotykają się w 1943 roku. Guido służy w oddziale niemieckiej żandarmerii, stacjonującym na polskiej prowincji. W wolnych chwilach słucha zakazanych anglojęzycznych rozgłośni radiowych, nadających jazz i ukradkiem podkochuje się w pięknej France. Tymczasem Romek pomaga matce, pracując jako pomocnik maszynisty. Podobnie, jak Guido, interesuje się Franką. Pewnego dnia, chcąc zaimponować dziewczynie, kradnie walizkę z płytami i patefonem. Wydarzenie do sprawi, że drogi Romka i Guido przetną się, zmuszając chłopców do podjęcia decyzji, która na zawsze odmieni ich życie.

Pokolenie urodzone kilka czy kilkanaście lat po wojnie wychowywane było w cieniu wojennych doświadczeń swoich rodziców, ba! całego kraju. W zasadzie wszystko było jasne – cały naród walczył z okupantem, ratowaliśmy Żydów, a wokół panował terror i noc okupacji. Cała reszta była „życiem na niby”, jak określił to Kazimierz Wyka. Filmy, powieści, wspomnienia z tamtego czasu nie pozostawiały złudzeń. Niczego poza sferą militarno-ideologiczną nie było.

Czy rzeczywiście? „To był dopiero mężczyzna, wszystkie się w nim kochałyśmy” – wspominała przyjaciółka rodziny mojego wuja, rozstrzelanego na ulicach Warszawy. Inna znajoma, lekarka, wspominała, że kiedy brała ślub ze swoim mężem we wsi, gdzie stacjonował ich szpital polowy, wszyscy szeptali, że „doktory biorą ślub”, ale do kościoła nie przyszedł nikt. Mój ojciec przechowywał plik zdjęć, na których było widać mnóstwo nastoletnich dziewcząt i chłopców spacerujących wśród ukwieconych drzew owocowych…

Kazimierz Wyka „życiem na niby” nazywał życie w Generalnej Guberni – umiejętność przetrwania na skraju ubóstwa, bez angażowania się w oficjalne życie społeczne, w stanie emigracji wewnętrznej, przy całkowitej obojętności władz okupacyjnych. Ale przecież nie była to jedyna – poza militarną – forma życia.

Pozostawało jeszcze to wszystko, co ściśle powiązane ze sferą osobistą, zmysłowością i emocjonalnością: przecież także wtedy ludzie kochali się, pobierali, rodzili dzieci i umierali naturalną śmiercią. Toczyło się normalne życie, jakkolwiek zdeformowane sytuacją okupacji. Pamiętam, jakim wstrząsem było dla mnie odkrycie, właśnie dzięki „Życiu na niby” Wyki, że podczas wojny świeciło słońce i padał deszcz...

Dlatego bardzo cenię „Letnie przesilenie” Michała Rogalskiego. Film rozgrywa się w 1943 roku, na południowym wschodzie Polski. Twa wojna, obok działa obóz koncentracyjny, stacjonuje niemiecki posterunek. Ale to wszystko dzieje się gdzieś obok, kamera skupia się na dwóch wrażliwych siedemnastolatkach. Romek jest Polakiem, wychowuje się bez ojca, pracuje jako pomocnik maszynisty – pracę zawdzięcza panu Leonowi, obrotnemu kolejarzowi i partnerowi matki.

Guido jest Niemcem, wcielonym do armii z powodu trudności wychowawczych, jakie sprawiał. Stacjonowanie w jakiejś dziurze byłoby może dotkliwą karą, gdyby chłopaka obchodziło coś poza zakazanym w Rzeszy jazzem. No i dziewczynami. Zainteresowanie Franką, pracującą na posterunku w kuchni, okaże się ogniwem łączącym Romka i Guidona.

Pewnego dnia Romek przekracza próg wtajemniczenia. Leon bierze go na pomocnika w kursie na rampę dezynfekcyjną, pełną bagażu pozostawionego przez zwożonych tu Żydów. Romkowi wystarczy jedno spojrzenie, by zrozumieć źródło zaradności Leona i stracić do niego szacunek. Co nie przeszkodzi mu sięgnąć po walizkę, jak się okaże – z gramofonem i zbiorem jazzowych płyt. Głośna muzyka słuchana w towarzystwie Franki przyciągnie Guidona, który zaproponuje dziewczynie wspólny taniec.

Kilka dni później Romek spotka w lesie Żydówkę, która uciekła z transportu, i spróbuje – mimo strachu – udzielić jej pomocy. Chcąc nie chcąc, coraz głębiej wsiąka w wojnę – przekracza granicę między swoim autonomicznym światem i brutalną zewnętrzną rzeczywistością. Dojrzewa? Uczy się brać odpowiedzialność za swoje czyny. I staje się w tym coraz bardziej konsekwentny. W przeciwieństwie do Guidona, który za swoje „letnie przesilenie” – lekcję dorosłości – zapłaci daleko wyższą cenę.

Punktem wyjścia „Letniego przesilenia” Michała Rogalskiego był zbiór rodzinnych fotografii z czasów wojny – szansa na spojrzenie na tamten okrutny czas z innej perspektywy. Film pozostaje dramatem wojennym – ale nie ma w nim nadmiaru śmierci i szczęku oręża: jest za to owo „życie na niby”, z perspektywy wojennego doświadczenia tracące na znaczeniu, ale ciągle istotne z perspektywy jednostki.

Może właściwsze byłoby określenie „Przesilenia” jako filmu o dojrzewaniu? W końcu czym się różni od większości podobnych historii? Wojennymi okolicznościami? Przecież – przyjmując punkt widzenia profesora Wyki – dorastający wówczas młodzi nie znali innej, pokojowej perspektywy, a świadomość tymczasowości świata, w jakim przyszło im żyć, leżała raczej w sferze marzeń.

Rogalski zmienia perspektywę spojrzenia na wojnę, sugeruje, by cenić nie tyle wyczyn militarny, co heroizm dnia powszedniego. W jego opowieści podział na dobrych i złych nie przebiega między narodami, ale między ludźmi niezależnie od ich narodowości. A do tego jeszcze nadaje całości czuły ton ballady, budzący współczucie dla bohaterów, którym przyszło dorastać w ciężkich czasach. Jednocześnie zaś łagodzi okrucieństwo tamtego okresu prześwietlonymi, miękkimi zdjęciami Jerzego Zielińskiego. Bo niezależnie od okoliczności zewnętrznych czas dojrzewania pozostanie na zawsze najpiękniejszym okresem życia.

Konrad J. Zarębski, Letnie przesilenie, „Kino" 2016, nr 4, s. 68

  

  „WOŁYŃ”

41 FPFF GDYNIA 2016 Zdjęcia - Piotr Sobociński jr

41 FPFF GDYNIA 2016 Prfesjonalny debiut aktorski - Michalina Łabacz

41 FPFF GDYNIA 2016 Charakteryzacja - Ewa Drobiec

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria - Wojtek Smarzowski

Scenariusz - Wojtek Smarzowski

Zdjęcia - Piotr Sobociński jr. PSC

Scenografia - Marek Zawierucha

Montaż - Paweł Laskowski PSM

Muzyka - Mikołaj Trzaska

Dźwięk - Jacek Hamela,

                Katarzyna Dzida-Hamela

Kostiumy cywilne - Wanda Kowalska,

                                   Paweł Grabarczyk

Kostiumy militarne - Magdalena

                                     Rutkiewicz-Luterek

                                     Agata Drozdowska                                          

Charakteryzacja - Ewa Drobiec,

                                Daria Siejak

 

Michalina Łabacz - Zosia

Arkadiusz Jakubik - Skiba

Vasili Vasylyk - Petro                                                                         

Adrian Zaremba - Antek Wilk

Lech Dyblik - Hawryluk

Jacek Braciak - Głowacki

Iza Kuna - Głowacka                                                                                      

Oleksandr Chesherov - Mykoła Melnyczuk                                

Janusz Chabior - ksiądz Józef

Iryna Skladan - Olga Hapyna

Maria Sobocińka - Hela

Oleksandr Zbarazkyi - Wasyl  Huk

Gieorgii Povolotskyi  - młynarz

Matylda Krajewska - Marysia Skiba

Ignacy Sut - Franek Skiba

Gabriela Muskała - Bronka

Andrzej Popiel - Romek Głowacki

Beata Łuczak  - żona Hawryluka

O FILMIE:

 Akcja filmu „Wołyń” rozpoczyna się wiosną 1939 roku w małej wiosce zamieszkanej przez Ukraińców, Polaków i Żydów. Wkrótce wybucha wojna i dotychczasowe życie wioski odmienia najpierw okupacja sowiecka, a później niemiecki atak na ZSRR. Zosia staje się świadkiem, a następnie uczestniczką tragicznych wydarzeń wywołanych wzrastającą falą ukraińskiego nacjonalizmu. Kulminacja ataków nadchodzi latem 1943 roku. Pośród morza nienawiści Zosia próbuje ocalić siebie i swoje dzieci.

Wojciech Smarzowski, twórca tak cenionych i szeroko dyskutowanych filmów jak „Wesele”, „Dom zły” czy „Róża”, uprawia kino „bez znieczulenia”, chwilami bezwzględne wobec swych bohaterów, ale z pewnością podszyte tęsknotą za wartościami moralnymi porządkującymi chaos i przemoc świata, przynajmniej prowizorycznie. Pesymizm twórcy, jego przekonanie o ułomności i ciążeniu ludzkiej natury ku złu, łączą się na ogół harmonijnie ze skłonnością do precyzyjnie opisanego detalu, a kult konkretu z metaforą; groza z bardzo specyficznym poczuciem humoru, precyzja konstrukcji z ostrością i kondensacją przenikliwej społecznej i psychologicznej obserwacji. Smarzowski nie lęka się podejmować tematów omijanych lub traktowanych z różnych względów zdawkowo. Nie inaczej jest i tym razem.

Rzeź wołyńska to hasło, które budzi przerażenie. Wystarczy przejrzeć w Internecie zdjęcia przedstawiające zmasakrowane trupy mężczyzn, kobiet i dzieci, żeby wyobrazić sobie wymiar tragedii. Tragedii, której skali właściwie nie znamy: po pierwsze dlatego, że przez pół wieku nie wolno było o niej mówić, po drugie dlatego, że nawet historycy nie potrafią oszacować ani liczby ofiar, ani obszaru, na jakim dokonało się ludobójstwo.

Do tego dochodzi charakterystyczny dla twórcy „Wesela” i „Domu złego” naturalizm, doskonale mieszczący się w dosadnym stylu opowiadania. Wizualnie „Wołyń” zaskakuje drastycznością scen przemocy skonfrontowanych z pastelową urodą miejsca akcji, porusza konfrontacją postaw, przeraża skalą nienawiści (pierwotnie film nosił tytuł „Nienawiść”, bezpośrednio nawiązujący do opowiadań Stanisława Srokowskiego).

Gdyby szukać filmowych powinowactw, nasuwają się dwa tytuły – radzieckie „Idź i patrz” Elema Klimowa i równie dyskutowany amerykański „Łowca jeleni” Michaela Cimino. Dzieło pierwsze opisywało hekatombę białoruskich wiosek w czasie hitlerowskiej okupacji, widzianą oczami przedwcześnie dojrzałego chłopca – naocznego świadka tragedii Chatynia, symbolu martyrologii tamtych czasów. „Wołyń” idzie podobną drogą: jego bohaterka jest niewiele starsza od bohatera „Idź i patrz”, a jej wojenna odyseja, jakkolwiek rozciągnięta w czasie, pozwala widzowi doświadczyć podobnej tragedii.

Zosia (w poruszającej kreacji debiutującej Michaliny Łabacz), wydana wbrew woli za mąż za starszego od siebie sąsiada, nosząca dziecko ukraińskiego kochanka, poza perypetiami osobistymi przechodzi wraz z rodziną piekło, jakie stało się udziałem całej polskiej społeczności na Wołyniu – od sowieckiej napaści we wrześniu 1939 roku i krótkiego okresu władzy radzieckiej, poprzez życie w cieniu narastającego nacjonalizmu ukraińskiego, podsycanego zarówno przez ludzi Bandery, jak i kolaborantów sowieckich i hitlerowskich, aż do tragicznej kulminacji, kiedy to latem 1943 roku przy milczącej obojętności Niemców dochodzi do ludobójstwa.

Opisując to piekło, Smarzowski zachowuje wysnutą z książki Srokowskiego perspektywę dziecka: nie ma w tej opowieści miejsca na namysł, jest za to działanie instynktowne, jakaś dziecięca właśnie (choć z czasem bohaterka staje się coraz bardziej doświadczoną kobietą) ufność, by nie powiedzieć – naiwność. Chwała Smarzowskiemu, że potrafił zachować podziwu godną wstrzemięźliwość. Unika politycznego komentarza, jakkolwiek ukazuje wiele aspektów opisywanych zdarzeń – od mrocznej zaciekłości ukraińskiego ataku po tragiczną bezradność ludzi odpowiedzialnych za polski odwet.

Przywołanego wyżej „Łowcę jeleni” łączy z „Wołyniem” – poza próbą katartycznego oczyszczenia – długa wstępna sekwencja ukraińskiego wesela. O ile jednak w dziele Cimino wesele jest oznaką afirmacji życia, a przy okazji podkreśleniem etnicznej i kulturowej odrębności bohaterów wciągniętych w wir amerykańskiej historii, o tyle u Smarzowskiego uroczystość zaślubin staje się kluczem do całej historii.

Nie tylko zarysowuje sylwetki głównych bohaterów – Zosi Głowackiej, jej ukraińskiego ukochanego i jej przyszłego polskiego męża – ale przede wszystkim kreśli obraz należącej do przedwojennej Polski części Ukrainy z ogółem jej społecznych konfliktów, od kontrowersyjnej polityki narodowościowej i wyznaniowej rządu po działalność nacjonalistycznych emisariuszy Stepana Bandery. A na tę delikatną siatkę polsko-ukraińsko-żydowskich zależności społecznych i politycznych Smarzowski nakłada dynamiczne, pełne rozmachu i harmonii wieloetniczne widowisko folklorystyczne, nadające filmowi wymiar epicki.

Bez wątpienia „Wołyń” Wojtka Smarzowskiego był najważniejszym filmem ostatniego festiwalu w Gdyni, a być może najważniejszym, obok „Idy” Pawła Pawlikowskiego, polskim filmem dekady. Niestety, jury nie doceniło jego wagi – trzy, jakkolwiek trafione w punkt nagrody: za zdjęcia Piotra Sobocińskiego jr., charakteryzację Ewy Drobiec i aktorski debiut Michaliny Łabacz to stanowczo za mało jak na tak znaczące dzieło.

Konrad J. Zarębski, Wołyń, „Kino" 2016, nr 10, s. 62

„PROSTA HISTORIA O MORDERSTWIE”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria - Arkadiusz Jakubik

Scenariusz - Arkadiusz Jakubik,

                             Grzegorz Stefański,

                             Igor Brejdygant

Scenografia - Joanna Macha

Zdjęcia - Witold Płóciennik

Montaż - Paweł Laskowski

 

 

Filip Pławiak - Jacek

Kinga Preis - matka Jacka

Andrzej Chyra - ojciec Jacka

Eryk Lubos - MARCIN

Ireneusz Czop – KRZYSZTOF

PIOTR NOWAK - GRUBY

Mateusz Więcławek - KRYSTIAN

Katarzyna Kwiatkowska – DOKTOR BAJENA

Andrzej Konopka – PROKURATOR CZERSKI

Michał Czernecki - TYKA

Przemysław Strojkowski - PAWEŁ

Anna Smołowik - IZA

Marek Kasprzyk – KOMENDANT NOCOŃ

Zbigniew Stryj – OJCIEC IZY

 

 

O FILMIE:

Arkadiusz Jakubik wraca za kamerę. „Prosta historia o morderstwie”  to drugi – po świetnie przyjętej „Prostej historii o miłości” z 2010 roku – film w dorobku reżyserskim znakomitego aktora. W rolach głównych: Andrzej Chyra, Kinga Preis i Filip Pławiak znany z „Biletu na Księżyc” i „Czerwonego pająka”. Jednym ze scenarzystów „Prostej historii o morderstwie” jest Igor Brejdygant, autor scenariusza serialu „Paradoks” w reżyserii Grega Zglińskiego i Borysa Lankosza. Za zdjęcia odpowiada Witold Płóciennik („Carte Blanche”, „Wymyk”). 

 

Trzymająca w napięciu, pełna zaskakujących zwrotów akcji historia policyjnej rodziny, której losami wstrząsa tajemnicza zbrodnia. Jacek, młody policjant (Pławiak), za wszelką cenę próbuje chronić matkę (Preis) i braci przed porywczym i despotycznym ojcem – również funkcjonariuszem (Chyra) – zamieszanym w nielegalne interesy. Gdy ten zostaje zamordowany, syn staje się głównym podejrzanym. Żeby udowodnić swoją niewinność, Jacek musi rozpracować skomplikowaną sieć intryg, w którą był uwikłany jego ojciec.

Dom zły, chociaż z wierzchu wszystko jak na obrazku. Zielony ogród, duży salon, warsztat majsterkowicza, aż dziw, że na takie luksusy może sobie pozwolić w Polsce prowincjonalny policjant. Szybko się okazuje, że ten pan w ogóle na dużo sobie pozwala, przede wszystkim na wódkę podczas służby, a także przed i po. Rzadko jest trzeźwy, po pijaku trenuje na żonie boks, czemu przyglądają się jego dorastający synowie.

Każdy z nich na ten koszmar reaguje inaczej – starszy robi sobie wagary od życia rodzinnego, znajduje na mieście inną familię, młodszy nie może spać, a gdy już uśnie, to budzi się nad ranem na mokrym prześcieradle. Jest jeszcze ten trzeci – pierworodny – który właśnie wrócił w rodzinne strony po ukończeniu akademii policyjnej, jednak do domu wracać nie chce. W wynajętym mieszkaniu próbuje zbudować ze swoją dziewczyną coś własnego, ale ciągle musi gasić pożary po ojcu, chronić przed ogniem matkę i braci.

Streszczam fabułę filmu Arkadiusza Jakubika w porządku chronologicznym, ale trzeba od razu powiedzieć, że w pierwszej scenie widzimy trupa ojca. Nie wiem, czy ten dramaturgiczny patent to wpływ Wojtka Smarzowskiego, który w swoim kinie regularnie rozrywa linearną strukturę opowieści, ważne, że działa.

To morderstwo siedzi widzowi na wątrobie – chciałoby się przecież wiedzieć jak najszybciej, kto zabił. Zamiast wyjaśnić zagadkę, Jakubik wciąga nas do gry – robi duży krok wstecz i każe śledzić sceny, które wydają się z tym morderstwem niespecjalnie związane. Sceny z życia prowincji i sceny z życia rodzinnego. Zarówno jedno jak i drugie życie jest patologiczne.

Główny bohater, Jacek, najstarszy syn i policjant, widzi, że miasteczko przejęła tzw. „grupa trzymająca władzę”. Widzi też posiniaczoną twarz matki, która przekonuje go, że po prostu uderzyła się o szafkę. Zaczyna więc działać, inaczej jednak niż nas do tego przyzwyczaiło kino. Nie podwija rękawów, nie zakłada kastetu, nie odbezpiecza broni. Bardziej jest Serpico niż Brudnym Harrym. Nie unosi się, stosuje procedury, wykorzystuje kodeks karny. I nie dodaje sobie otuchy wódką.

Filip Pławiak, który nie tak dawno zagrał cichego pasjonata zbrodni w „Czerwonym Pająku” Marcina Koszałki, rolą Jacka po raz kolejny udowadnia, że dobrze się czuje w rolach bohaterów skupionych i zdeterminowanych, napędzanych przez schowane gdzieś głęboko emocje. Pławiak trzyma cały film, ale i pozostali aktorzy, na czele z Kingą Preis i Andrzejem Chyrą – kolejno w roli matki i ojca – grają tutaj bez pudła.

Drugi film Jakubika nosi tytuł „Prosta historia o morderstwie”, choć równie dobrze mógłby się nazywać tak samo jak jego debiut – „Prosta historia o miłości”. Wątek lokalnej sitwy wydaje się zarysowany w stopniu niewystarczającym. Za mało jest tu scen, które nakreślają, o co naprawdę w tej sitwie chodzi i jaka jest dynamika wewnątrz niej – nie wiadomo w zasadzie, z czego czerpie ona profity, bo chyba nie ze sklepu meblowego i z nieruchomości, które na prowincji nie chodzą jednak tak dobrze, jak działki wokół Pałacu Kultury.

Dużo mocniej wybrzmiewa na tym tle właśnie miłość, szczególnie miłość rodzinna. Jakubik pokazuje jej różne formy, pokazuje, jak ludzie tę miłość sobie wyznają i co też o niej myślą. Pokazuje uzależnienie od osoby, którą się kocha i walkę z tym uzależnieniem, nierzadko skazaną na porażkę. Pokazuje, jak miłość rodzi agresję, jak skłania ludzi do robienia rzeczy głupich i takich, które nazwalibyśmy heroicznymi.

Jasne, w rodzinie Jacka wszystko zaczyna się psuć przez wódkę, ale Jakubika nie interesuje samo picie i to, jak ludzie od wódki wariują. Koncentruje się raczej na świadkach tego wariactwa i ich reakcjach. „Prosta historia o morderstwie” to delikatnie narysowany, przenikliwy portret tych, którzy nie mają siły i tych, którzy ostatecznie ją w sobie znajdują.

Jeszcze jedno trzeba docenić. W swoim drugim filmie Arkadiusz Jakubik, choć czerpie zarówno z kina Smarzowskiego, jak i tradycji kryminału, wyraźnie szuka własnego terytorium. Nie idzie wiernie za Smarzowskim i nie zadowala się pesymizmem, miejscami tak łatwym u autora „Wesela”. Jego drugi film, daleki od skatologii i turpizmu, ucieka także od splendoru, który bije po oczach we współczesnych polskich kryminałach.

Jakub Socha, Prosta historia o morderstwie, „Kino" 2016, nr 10, s. 70

 

  JESTEM MORDERCĄ

41 FPFF GDYNIA 2016 Srebrne Lwy - Maciej Pieprzyca

41 FPFF GDYNIA 2016 Scenariusz - Maciej Pieprzyca

REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIA - Maciej Pieprzyca

SCENARIUSZ - Maciej Pieprzyca

ZDJĘCIA - Paweł Dyllus

SCENOGRAFIA - Joanna Wójcik

KOSTIUMY - Agata Culak

MONTAŻ - Leszek Starzyński

 

JANUSZ JASIŃSKI - Mirosław Haniszewski

WIESŁAW KALICKI - Arkadiusz Jakubik

TERESA JASIŃSKA - Magdalena Popławska

MAREK - Michał Żurawski

MŁODY - Tomasz  Włosok

ANKA - Karolina Staniec

LIDIA KALICKA - Agata Kulesza

KOMENDANT STĘPSKI - Piotr Adamczyk

 

O FILMIE:

Śląsk, początek lat 70. Regionem wstrząsa seria brutalnych morderstw na kobietach popełnianych zawsze według tego samego schematu. O sprawie nie mówi się w mediach przepełnionych głównie peerelowską propagandą sukcesu. Do czasu gdy kolejną ofiarą zabójcy pada siostrzenica pierwszego sekretarza partii. Wtedy komendant wojewódzki postanawia powołać specjalną grupę do złapania „Wampira” (jak potocznie określany jest morderca). Jej szefem mianuje Janusza Jasińskiego – młodego (33 lata), ale nadzwyczaj skutecznego porucznika, przykładnego męża i ojca. Janusz, mimo że pozornie nie jest typem twardziela, wzbudza podziw swoich współpracowników i jest powszechnie lubiany. Grupa „Zofia” (od imienia pierwszej ofiary „Wampira”) zaczyna prężnie działać, wykorzystując wszelkie dostępne ówcześnie metody. Janusz specjalnie na potrzeby powierzonego mu śledztwa zgłębia osiągnięcia zachodniej kryminalistyki. Wprowadza do prac zespołu najnowocześniejsze, znane niewielu technologie. Korzysta z jednego z pierwszych w Polsce komputerów. Zwraca się o pomoc do znanego angielskiego kryminologa. To wszystko budzi początkowo nieufność przełożonych i drwiny podwładnych. Jednak dzięki pomysłom Janusza udaje się znacznie zawęzić krąg podejrzanych. Niestety, to nie wystarcza – wyścig z czasem trwa, „Wampir” ciągle zabija. Niewiele daje też wyznaczenie przez władze nagrody za wskazanie mordercy. Pojawia się trop: coraz częściej w śledztwie pada nazwisko Wiesława Kalickiego. Podejrzanego ostatecznie pogrążają zeznania żony, Lidii Kalickiej.

Oficjalna propaganda Związku Radzieckiego głosiła, że w ZSRR „niet” seryjnych morderców – bo w raju nie ma miejsca na zbrodnię. Również w komunistycznej Polsce grasowanie Wampira z Zagłębia było dla władzy wyjątkowo niewygodne. Sprawa, która w latach 60 i 70. poruszyła opinię publiczną, znakomicie nadaje się do przedstawienia mechanizmów funkcjonowania poprzedniego systemu, ale również działania ludzkiej psychiki i siły manipulacji.

Maciejowi Pieprzycy udała się rzecz niezwykła. Nakręcił film, którego przenikliwości nie powstydziliby się twórcy spod znaku kina moralnego niepokoju, ale dokonał tego w sposób niezwykle atrakcyjny, posiłkując się rozwiązaniami rodem z kina gatunkowego. W ten sposób nie tylko stworzył portret postaci uwikłanych w grę o wysoką stawkę polityczną i etyczną, ale również chwycił widzów za gardło wciągającą opowieścią o banalności zła.

Pierwszym skojarzeniem podczas seansu „Jestem mordercą” są „Bogowie” Łukasza Palkowskiego. Oba filmy charakteryzuje podobna dbałość o scenograficzny i kostiumowy szczegół, oba też inspirują się autentycznymi wydarzeniami z czasów PRL-u, a zarazem czerpią z kina rozrywkowego. Choć film Pieprzycy eksploruje najbardziej mroczne przestrzenie ludzkich umysłów i nie brakuje w nim wyjątkowo wstrząsających scen, to został wzbogacony o zaskakujący humor.

Co natomiast może dziwić – zważywszy na podjęty temat – jedynie na samym początku reżyser sięgnął po rozwiązania rodem z kryminału. Pieprzyca podążył tą samą drogą, co Marcin Koszałka przy „Czerwonym Pająku” – bardziej od pytania „kto zabił?” interesuje go psychologia postaci. Ta nieobecność tajemnicy wybrzmiewa w finale zbyt upraszczającym morałem. Jednak dzieło Pieprzycy ma inne walory, które przykrywają ów brak subtelności.

Akcja filmu rozgrywa się w latach 70. Na płotach wiszą czerwone płachty głoszące propagandę sukcesu. Jednak dobrobyt widać jedynie w domach dygnitarzy. Względny spokój gierkowskiej dekady zakłóca na Górnym Śląsku fala wyjątkowo brutalnych morderstw. Sprawą interesuje się sam pierwszy sekretarz, który osobiście sprawuje nad nią nadzór. Zadanie znalezienia sprawcy otrzymuje oficer grany przez Mirosława Haniszewskiego. Bohater wie, że to jego wielka szansa na awans, choć zdaje sobie również sprawę, że znalezienie mordercy będzie wyjątkowo trudne – wcześniej nie udało się to kilku znacznie bardziej doświadczonym zespołom śledczym.

Właściwa akcja filmu zawiązuje się w momencie złapania podejrzanego. Sukces policjanta nieoczekiwanie staje się pułapką. Pieprzyca przekonująco zarysował cały system zależności zawodowych, jak również mechanizmy konformizmu. Gdy bowiem osiągnie się sukces, zyska uznanie w środowisku, otrzyma awans, nowe mieszkanie, a nawet przedmiot powszechnego pożądania, czyli kolorowy telewizor, nie tak łatwo przyznać się do błędu, mimo piętrzących się w głowie wątpliwości.

Twórca mógł ulec pokusie łatwego moralizatorstwa i postawienia bohatera w jednoznacznie złym świetle. Na szczęście Pieprzyca tego nie robi, ustawiając postać oficera w centrum działania rozmaitych sił, którym nie jest w stanie przeciwstawić się nawet najsilniejsza jednostka. Przypomina w tym twórców wspomnianego na wstępie kina lat 70., którzy również stawiali sobie za cel ukazanie funkcjonowania człowieka w czasach, gdy konformizm był najbardziej opłacalny.

Niekwestionowaną wartością filmu jest zręczne powiązanie analizy ówczesnego społeczeństwa z obrazem indywidualnych losów dwóch zagubionych mężczyzn. Zarówno milicjant, jak i domniemany morderca znaleźli się w sytuacji bez wyjścia – być może właśnie ta świadomość tak ich do siebie zbliża. Głównym oskarżonym w filmowym procesie staje się jednak władza. Bo to nieznoszące sprzeciwu naciski z góry każą jak najszybciej zamknąć sprawę, bez zbędnego roztrząsania wątpliwości.

Jednak nie wszystko można zrzucić na barki zbrodniczego systemu, który niszczył charaktery i dbał jedynie o pozory. Pieprzycy udało się pogodzić makrohistorię z historią w skali mikro i pokazać dylematy ludzi żyjących w określonym czasie i miejscu. Ta opowieść o stopniowym i niedostrzegalnym zatracaniu się w złu, do którego prowadzą lenistwo, zaniechanie i uległość, nie mogłaby się rozgrywać w innych okolicznościach. Starannie przedstawiony społeczno-polityczny kontekst nadaje moralnym rozterkom głównego bohatera głębię i niejednoznaczność.

Michał Piepiórka, Jestem mordercą, „Kino" 2016, nr 11, s. 76-77

 

REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE” KINO POLSKIE 2016

Lp.

TYTUŁ

DATA

GODZ.

CZAS

1

„DEMON”

08.02.2016

18.00

94 MIN

2

„OBCE NIEBO”

08.02.2016

20.00

107 MIN

3

„NOC WALPURGI”

09.02.2016

18.00

75 MIN

4

„INTRUZ”

09.02.2016

20.00

125 MIN

5

„11 MINUT”

10.02.2015

18.00

  82 MIN

6

„ANATOMIA ZŁA”

10.02.2015

20.00

122 MIN

 

DEMON


REALIZACJA

OBSADA

reżyseria - Marcin Wrona

scenariusz - Paweł Maślona,

                             Marcin Wrona

Montaż - Piotr Kmiecik

ZdjęcIa - Paweł Flis

Scenografia - Anna Wunderlich

Kostiumy - Aleksandra Staszko

muzyka - Krzysztof Penderecki,

                      Marcin Macuk

Pyton – Itay Tiran

Żaneta – Agnieszka Żulewska

Zygmunt – Andrzej Grabowski

Jasny – Tomasz Schuchardt

Lekarz – Adam Woronowicz

Nauczyciel – Włodzimierz Press

Ronaldo – Tomasz Ziętek

Ksiądz – Cezary Kosiński

Zofia - Katarzyna Gniewkowska

 

O FILMIE

Film zdobywcy Srebrnych Lwów Festiwalu Filmowego w Gdyni – Marcina Wrony, autora głośnego „Chrztu” pokazywanego m.in. na prestiżowych festiwalach w San Sebastian i Toronto. W międzynarodowej koprodukcji, obok Itaya Tirana – gwiazdy nagrodzonego Złotym Lwem MFF w Wenecji i Europejską Nagrodą Filmową „Libanu”, plejada znakomitych polskich aktorów, m.in. Andrzej Grabowski, Adam Woronowicz, Tomasz Schuchardt i Cezary Kosiński, wspieranych przez młode pokolenie – Agnieszkę Żulewską („Bejbi blues”) i Tomasza Ziętka („Kamienie na szaniec”).

Piotr (Itay Tiran), nazywany przez przyjaciół Pytonem, przyjeżdża z Anglii do Polski na ślub z piękną Żanetą (Agnieszka Żulewska). W starym domu otrzymanym w prezencie od przyszłego teścia (Andrzej Grabowski) zamierza urządzić rodzinne gniazdko dla siebie i narzeczonej. Plany komplikują się, gdy w przeddzień wesela mężczyzna znajduje ludzkie szczątki, zakopane nieopodal posesji. Chwilę po makabrycznym odkryciu Piotr traci przytomność, a po odzyskaniu świadomości odkrywa, że jego znalezisko zniknęło, a on sam nie potrafi przypomnieć sobie niczego z ostatnich godzin. Tymczasem rozpoczyna się wesele. Zaproszeni na ceremonię goście, na czele z bratem Żanety - Jasnym (Tomasz Schuchardt) dostrzegają, że z panem młodym zaczyna dziać się coś niepokojącego...

 

Film Marcina Wrony należy do podgatunku polskiego kina, który można nazwać „historycznym dreszczowcem” – filmy te dzieją się co prawda współcześnie, ale to, co jest w nich właściwym źródłem strachu, pochodzi z przeszłości. W „Zabić bobra” Jana Jakuba Kolskiego tą przeszłością są niedawne wojny, które prowadziła Ameryka z pomocą polskich żołnierzy. W „Pokłosiu” Pasikowskiego i „Ziarnie prawdy” Lankosza tą przeszłością jest Zagłada i jej, jak ujął to kiedyś profesor Feliks Tych, „długi cień”. W każdym z tych filmów duchy przeszłości nawiedzają współczesnych, dopominają się o konsekwencje tamtych wydarzeń.

Piotr (Itay Tiran), Polak, który wychował się w Anglii, przyjeżdża do Polski na swój ślub. Został niemal wyswatany: dziewczynę (Agnieszka Żulewska) poznał przez jej brata, młodzi zakochali się przez kilka rozmów wideo, więc dopiero teraz poznają się lepiej. Wszystko zresztą jest dla Piotra nowe: mała mieścina, do której można dostać się tylko promem czy jowialny teść (Andrzej Grabowski), twardą ręką zarządzający rodzinnym biznesem. Chłopak jest jednak pełen zapału i w przeddzień ślubu zabiera się do porządkowania podwórka przed starym, opuszczonym domem, w którym ma zamieszkać ze swoją żoną po ślubie. I tutaj czeka go pierwszy wstrząs: pod jednym z drzew przypadkowo odkrywa zakopany ludzki szkielet. Postanawia nie niepokoić tym swojej narzeczonej, ale szybko przekonuje się, że także nikt z jej rodziny nie chce rozmawiać o znalezisku. A same kości też znikają, jakby ktoś próbował zacierać ślady.

Następnego dnia odbywa się ślub, ale podczas wesela z panem młodym zaczynają dziać się dziwne rzeczy: nie przestaje myśleć o kościach odnalezionych (i zagubionych) w ogrodzie i coraz wyraźniej odczuwa obecność tych, którzy z tajemniczym zmarłym mieli coś wspólnego.

Zarys historii brzmi obiecująco, wszystko jednak rozbija się o wykonanie. Opowieści brak precyzji, która powinna być obowiązkowa w każdym filmie mającym trzymać w napięciu: informacji nie może być za dużo albo za mało, a rozwój historii powinien przebiegać w zgodzie z pewną logiką. (…)

Na innym, bardziej podstawowym poziomie, sytuują się problemy z tonacją filmu: jakby Wrona nie mógł się zdecydować, czy chce uderzać w nutę tragiczną czy w nutę groteski. Sceny weselne są właściwie orgią pomieszanych konwencji: od sentymentalizmów w rodzaju zbiorowego wykonywania ludowych przyśpiewek, których ucho nie słyszało na żadnej polskiej wsi od pięćdziesięciu lat, po zwyczajowe w polskim kinie podkreślanie brzydoty i rozpasania pijanych weselników w stylu „Wesela” Smarzowskiego.

Jak w soczewce skupia te problemy postać teścia, którą Andrzej Grabowski odgrywa przez jedną scenę na wzorzec wzbudzającego postrach „ojca chrzestnego”, by po chwili rozpuszczać ją w komediowych środkach rodem z kabaretu lub sitcomu. Najciekawiej wypadają sceny wizyjne, w których pojawiają się duchy przeszłości: po prostu tutaj rzecz trzeba było wymyślić „od nowa”, nie było gotowego schematu, w który twórcy mogliby popaść.

Być może na przykładzie filmu Wrony dałoby się rozpoznać jakiś głębszy problem, który wymienieni filmowcy mają z portretowaniem polskiego społeczeństwa (chyba z wyjątkiem Kolskiego, któremu przydarzył się wypadek przy pracy). Jest coś uderzającego w tym, że odwołują się przeważnie do groteskowych klisz, które nie ukazują już żadnych istotnych treści, a kiedy chcą powiedzieć coś ważnego, sięgają po środki zbyt mocne.

W efekcie polska prowincja, czyli znakomita większość kraju, nie ma szansy, by trafić w rejestr dramatu. Filmowcy tacy jak Wrona widzą w niej albo materiał na groteskę i obraz mentalnej nędzy, albo krainę przerażających postaci, zapijających wspomnienie krwi na rękach. Popadając z jednej skrajności w drugą ani nikogo nie przestraszą, ani nie zmuszą do myślenia. W efekcie zostaje bowiem tylko wrażenie zmarnowanej szansy, strzału, który chybił celu.

Krzysztof Świrek, Demon, „Kino" 2015, nr 10, s. 70-71

OBCE NIEBO

FPFF W GDYNI 2015

Najlepsza pierwszoplanowa rola kobieca Agnieszka Grochowska

REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIA - Dariusz Gajewski

ZDJĘCIA - Monika Lenczewska

SCENARIUSZ - Dariusz Gajewski,

                            Michał Godzic

MUZYKA - Candelaria Saenz Valiente

                     Marcin Masecki

MONTAŻ - Grażyna Gradoń

DŹWIĘK - Mateusz Adamczyk, Sebastian Witkowski

SCENOGRAFIA - Joanna Macha

KOSTIUMY - Beata Nyczaj, Lotta Petersson

CHARAKTERYZACJA - Olga Nejbauer

Basia - Agnieszka Grochowska

Marek - Bartłomiej Topa

Ula - Barbara Kubiak

Anita- Ewa Fröling

Harriet- Tanja Lorentzon

Björn - Gerhard Hoberstorfer

Ricky - Per  Morberg

Wasia - Oleh Drach

Luba - Alona Szostak

Adwokat - Jan Englert

Justyna - Magdalena Boczarska

O FILMIE

Basia i Marek od dwóch lat mieszkają w Szwecji wraz z dziewięcioletnią Ulą. Na skutek niewinnego kłamstwa dziewczynki, jej losami zaczyna interesować się owładnięta obsesją perfekcyjności pracownica opieki społecznej Anita. Przekonana o słuszności szwedzkiego prawa pozornie robi wszystko dla dobra dziecka. Szwedzka opieka społeczna potajemnie przekazuje Ulę rodzicom zastępczym. Polska matka i ojciec mogą spotykać się z córką wyłącznie w wyznaczonym miejscu pod okiem przedstawicieli opieki społecznej i nowych rodziców Harriet i Bjorna. Trzy kobiety: Basia, Harriet i Anita walczą o dziecko. Dziewczynka staje się ofiarą ich najlepszych intencji. Rodzice Uli muszą zmierzyć się z bezlitosną biurokracją, dla której nie liczą się ludzkie uczucia. W obliczu koszmaru Basia i Marek decydują się na dramatyczną walkę o odzyskanie córki, niebezpiecznie balansując na granicy prawa.

Zderzanie przeciwieństw zawsze dobrze wpływa na dramaturgię filmu. A kiedy w poszukiwaniu kontrastów wychodzi się poza zgrane na ekranie duety (starość i młodość, porządek i bałagan, kobieta i mężczyzna), można nakręcić film, który zaskakuje bogactwem wrażeń i punktów zwrotnych. „Obce niebo” Dariusza Gajewskiego jest takim filmem – mocnym, niepokojącym, wzbudzającym dyskomfort i satysfakcję.

Gajewski zawsze starał się wyprowadzać bohaterów ze strefy komfortu. Waldemar (Łukasz Garlicki) w „Lekcjach pana Kuki” (2007) pojechał szukać szczęścia w surrealistycznie przedstawionej Austrii. Bohaterowie mozaikowej „Warszawy” (2003) błądzili po stolicy, mierząc się z sytuacjami, o których wcześniej baliby się nawet pomyśleć. Wszyscy pod obcym niebem, imigranci, zagubieni w nowej rzeczywistości, odkrywali jej blaski i stawiali czoło cieniom. Żaden z poprzednich filmów Gajewskiego nie miał jednak tak precyzyjnie utkanej struktury; nie był tak wieloznaczny, psychologicznie wielowymiarowy, gęsty od emocji i daleki od klisz jak „Obce niebo”.

Dziś coraz więcej ludzi wyjeżdża z kraju nie za chlebem, ale z chęci znalezienia lepszego, innego życia. Tacy są też bohaterowie najnowszego filmu Gajewskiego. Mieszkają w Szwecji. Porozumiewają się z innymi po angielsku, ich córka Ula (Barbara Kubiak) chodzi do lokalnej szkoły, biegle posługuje się polskim i szwedzkim. Marek (Bartłomiej Topa) trenuje dziewczęcą drużynę piłki nożnej, Basia (Agnieszka Grochowska) jest masażystką. Układa im się różnie, jak w typowym małżeństwie – raz lepiej, raz gorzej. Ula tęskni za babcią i jak każde dziecko w nowym środowisku próbuje zwrócić na siebie uwagę. Basia jest nerwowa, bardzo emocjonalna, czasami trochę nad sobą nie panuje. Markowi układa się najlepiej, zdążył nawet nawiązać i zakończyć romans. Jest normalnie.

Każdy kolejny akcent, który Gajewski kładzie na normalność, wzbudza jednak niepokój. Gajewski, podobnie jak Magnus von Horn w „Intruzie”, w chłodny szwedzki krajobraz wprowadza silne emocje. Zderza polską afektację ze szwedzkim dystansem, a specyficzny savoir-vivre znad Wisły, któremu bliżej do anarchii niż elegancji, z fanatyczną w swojej naturze poprawnością polityczną. Łącznikiem między jednym a drugim światem jest mała dziewczynka; dwujęzyczna, więc uwikłana w obie kultury jednocześnie. W domu słyszy jedno, w szkole jest uczona czego innego.

Na pozór Ula inteligentnie balansuje między ciepłem domowego ogniska a rzeczywistością rozciągającą się pod obcym niebem. W istocie jest zagubiona, zamknięta w sobie, z trudem nawiązuje kontakty z otoczeniem, nie pyta, nie otrzymuje odpowiedzi i w końcu daje się wmanipulować w sytuację, w której ani ona, ani jej rodzice nie chcieliby się znaleźć. Gajewski i współ-scenarzysta Michał Godzic z tak wielkim wyczuciem splatają ze sobą przykre zbiegi okoliczności, zwykłe nieporozumienia i niefortunne przypadki, że szwedzka opieka społeczna zaczyna być przekonana, iż dwójka młodych polskich rodziców bije swoje dziecko.

Gajewski nie ukrywa przed widzami, jaka jest prawda. Dzięki temu pokazuje, w jak absurdalny sposób rozkręca się spirala przemocy, jak wygląda bezsilność i jak jedno kłamstwo dziecka powiedziane, by zwrócić na siebie uwagę, rujnuje życie kilkorga dorosłych ludzi. „Obce niebo” postawiłabym sobie na półce obok „Polowania” (2012) Thomasa Vinterberga. Oba są równie dobrymi thrillerami psychologicznymi, w których pierwszoplanowe role grają bezradność i prorodzinna polityka skazująca za czułość, okazywanie sobie emocji, wybuchanie gniewem i miłość – tę niełatwą, nieidealną; ludzką.

Zdjęcia Moniki Lenczewskiej doskonale oddają zabałaganioną przestrzeń życiową, w jakiej Marek i Basia usiłują się odnaleźć. Pięknie podkreślają też chłód, jaki panuje w wielkim przeszklonym szwedzkim domu zastępczym, do którego trafia Ula. Harriet (Tanja Lorentzon) i Björn (Gerhard Hoberstorfer) stracili córkę, mała Polka świetnie odnajduje się w jej roli.

Gajewski wykorzystuje fakt, że dzieci – wbrew swojej niewinności – mają doskonałe zdolności adaptacyjne, a ich kłamstwa kolą okrutnie, bo nigdy nie wiadomo, wobec kogo i kiedy zostaną wymierzone. Kubiak, która na ekranie zadebiutowała w 2013 roku w etiudzie „Smutne potwory” Justyny Tafel, ma talent do kreowania dziecięcych postaci, posiadających wiele twarzy.

Nową zyskuje też Agnieszka Grochowska. Aktorka zwykle obsadzana w mocno nierealistycznych rolach typowych matek, żon i kochanek, w filmie Gajewskiego odzyskuje swoje ludzkie oblicze. Gra bohaterkę, którą roznoszą emocje; która popełnia błędy i desperacko stara się je naprawić; podejmuje kroki ostateczne, stawia wszystko na jedną kartę, a czy wygrywa? Wygrał Gajewski – pisząc z Godzicem świetny scenariusz i obsadzając w głównych rolach aktorów, którzy unieśli na barkach jego historię i w jej precyzyjną konstrukcję wlali prawdziwe emocje.


Anna Bielak, Obce niebo, „Kino" 2015, nr 10, s. 67-68

„NOC WALPURGI”

FPFF W GDYNI 2015

Złoty Klakier Nagroda publiczności dla najdłużej oklaskiwanego filmu

Marcin Bortkiewicz

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria: Marcin Bortkiewicz
Scenariusz: Marcin Bortkiewicz

                   Magdalena Gauer

Zdjęcia: Andrzej Wojciechowski

Muzyka: Marek Czerniewicz

Montaż: Piotr Mendelowski

Scenografia: Katarzyna Sobańska

                     Marcel Sławiński          

Dźwięk: Agata Hodyra

Małgorzata Zajączkowska Nora Sedler

Philippe Tłokiński Dziennikarz Robert

Monika Mariotti garderobiana

Mieczysław Gajda portier

 

O FILMIE:

Niezwykły, emanujący sensualną energią debiut Marcina Bortkiewicza wciąga widza w misterną grę charakterów.

Akcja filmu Marcina Bortkiewicza toczy się w noc Walpurgi, 30 kwietnia 1969 roku, w szwajcarskiej operze, tuż po zakończeniu przedstawienia "Turandot" Giacomo Pucciniego. Gdy gasną światła, ze sceny schodzi wielka diva operowa, Nora Sedler (Małgorzata Zajączkowska). Pod drzwiami jej garderoby czeka na nią dwudziestokilkuletni, skromny dziennikarz, Robert (Phillipe Tłokiński), umówiony na wywiad z artystką. Impulsywna Nora, wielka i nieokiełznana niczym Maria Callas, wyrzuca go za drzwi, ale w końcu zgadza się na rozmowę. Od początku jednak prowadzi z nim misterną grę, nieustannie go przyciągając i odpychając. W powietrzu unosi się erotyczne napięcie. Robert, nie bez wewnętrznych oporów, wyraża na tę dziwną grę zgodę.

Laureat pięciu nagród na festiwalu "Młodzi i Film" w Koszalinie, znakomity debiut Marcina Bortkiewicza "Noc Walpurgi" pojawi się w  kinach już 25 września 2015 roku. W roli głównej zobaczymy Małgorzatę Zajączkowską, wybitną polską aktorkę, która ma w dorobku udział w hollywoodzkich produkcjach, m.in. w "Strzałach na Broadway'u" w reżyserii Woody'ego Allena, a także występowała u boku Glenn Close i Christophera Walkena. Artystka w "Nocy Walpurgi" we wspaniałym stylu powraca na duży ekran. Kreacja w filmie Marcina Bortkiewicza przyniosła jej nagrodę Jantara 2015 za główną rolę kobiecą na koszalińskim festiwalu.  Partneruje jej Phillipe Tłokiński,  aktorski talent, znany z seriali "Przepis na życie" i "M jak Miłość".

Młody początkujący dziennikarz próbuje przeprowadzić wywiad z operową diwą w wieku mocno już średnim. Ich rozmowa szybko zmienia się w pojedynek – walkę o dominację, w której narzędziami są młodość i dojrzałość; seks i obietnica sławy; ironia i manipulacja, zgorzkniała mądrość i pełna ciekawości naiwność. Gra odsłania tajemnice z przeszłości ich obojga, które w jeden wieczór, noc z 30 kwietnia na 1 maja 1969 roku, wywracają ich świat do góry nogami. Tak w największym skrócie streścić by można pełnometrażowy debiut Marcina Bortkiewicza „Noc Walpurgi”.

Film jest adaptacją monodramu Magdaleny Gauer, a choć rozpisuje go na dwie postaci, dwoje aktorów – diwę Norę (Małgorzata Zajączkowska) i zafascynowanego nią Roberta (Philippe Tłokiński) – zachowuje teatralną jedność miejsca, czasu i akcji. Nie sposób jednak wysuwać przeciw niemu zarzutów o „teatralność” – pierwszy film Bortkiewicza jest debiutem głęboko przemyślanym formalnie, bardzo sprawnym warsztatowo, dynamicznie posługującym się środkami wyrazu właściwymi kinu. Widać, że reżyser panuje tu nad każdą sceną, ujęciem, kadrem, że wie, co i jak chce pokazać. Ekspresyjne czarno-białe zdjęcia Andrzeja Wojciechowskiego, dynamiczny, trzymający rytm montaż debiutującego w pełnym metrażu Piotra Mendelowskiego dopełniają świetnego filmowego widowiska.

Nie byłoby go, gdyby nie dwójka znakomitych aktorów. Dziennikarze obecni na festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie (gdzie „Noc Walpurgi” zdobyła pięć nagród) nagrodzili film za „przywrócenie polskiemu kinu Małgorzaty Zajączkowskiej”. Jej Nora to kolejna fascynująca dojrzała kobieta w polskim kinie po Wandzie Gruz w wykonaniu Agaty Kuleszy w „Idzie”. Jest jednocześnie wyniosła i słaba, arogancka i pełna lęku; uwodzicielska i wulgarna; pewna siebie, zaborcza, świadoma swoich pragnień (w tym seksualnych), a przy tym ciągle skrywająca wewnętrzne rany.

Kreacja Zajączkowskiej jest brawurowa, zagrana na maksymalnie wyciągniętej nucie, cały czas balansuje na granicy niezamierzonej autoparodii, ale nigdy jej nie przekracza – wytrzymuje napięcie. To może być kobieca nagroda aktorska w Gdyni. Na jej tle kreacja Tłokińskiego została zbudowana oszczędniej, nie ma charakteru warsztatowego popisu, jest bardziej wyciszona, czasami wręcz nieporadna. Ale też w tej nieporadności tkwi jej siła, tak jak w (pozornej) nieporadności Roberta, potrafiącego swoją młodość (i związany z nią erotyczny urok), naiwność, ignorancję przekuć w atuty w pojedynku z Norą.

Bortkiewicz jest bez wątpienia sporym filmowym talentem i czekam na jego następne filmy. Gratulując mu koszalińskich laurów i życząc dobrze w Gdyni, mam jednak wobec „Nocy Walpurgi” dwa zastrzeżenia, o których nie mogę tu nie wspomnieć. Pierwsze dotyczy zbyt wyraźnego wpływu wielkich mistrzów kina. Każdy sukces ma, jak wiadomo, kilku ojców, w „Nocy Walpurgi” z każdej sceny spogląda na filmowo obytego widza parada przodków z historii kina.

Kogo tam nie ma? Visconti (dekadencja, historia, klasy wyższe, demoniczne Niemcy), Polański (dynamicznie zmieniający się układ podporządkowania – dominacji w małej grupie osób zamkniętych w ciasnej przestrzeni), Zanussi z najlepszego okresu (niewinna młodość i ucząca – uwodząca – deprawująca ją dojrzałość); wreszcie jedyna z tego towarzystwa kobieta Liliana Cavani z „Nocnym portierem” (wspomnienia z przeszłości, sadyzm, pragnienie wpisane w nazizm). Ma się wrażenie, że te wielkie nazwiska i antenaci trochę film przytłaczają, że w podejściu do nich brakuje lekkości i swobody, walka o wyzwolenie się spod wpływu wielkich poprzedników, o uczynienie ich tematów i strategii estetycznych własnymi nie jest tu dość zacięta, reżyser nie zawsze wychodzi z niej obronną ręką.

Drugi problem jest chyba poważniejszy. Film jest tak przeładowany zasadniczymi kwestiami, że zbliża się niebezpiecznie do kliszy. Na końcu gra między Norą i Robertem przyspiesza jak uczestnicy wyścigu na ostatniej prostej, a na widza, niczym bomby w nalocie dywanowym, zrzucane są kolejne konteksty i przekroczenia. Mamy tu więc wątek nazistowskiego amoku, którego wyrazem był Holocaust, i obłędu kultury europejskiej odzwierciedlonego w szaleństwie wojny.

Temat wydaje się potraktowany szczególnie schematycznie, powierzchownie, jakby został wzięty z bryku o Mannie i Viscontim. Gdy na końcu ujawniona zostaje ostatnia tajemnica, gdy zostajemy skonfrontowani z ostatnią transgresją tego filmu, mamy wrażenie mechanicznej próby szokowania. Zbyt wykalkulowanej, by mogła zadziałać. Ktoś bardziej złośliwy wobec „Nocy Walpurgi” niż ja mógłby nawet napisać, że to dzieło prymusa pozującego na „enfant terrible”, który chciał w jak najkrótszym czasie pokazać, jak wiele filmowych arcydzieł obejrzał i jak wiele tabu potrafi złamać.

Ale nie o złośliwości tu chodzi. Życzę temu filmowi sukcesu w spotkaniach z publicznością i na festiwalach, a reżyserowi kolejnych filmów. Radziłbym jednak: mniej Viscontiego więcej Dawickiego. Oskara, artysty wizualnego, autora pracy (składającej się z kartki z odręcznie napisanym tytułem) „Nigdy nie zrobiłem pracy o Holocauście”. Polecam ją Marcinowi Bortkiewiczowi jako inspirację na dalszej drodze twórczej.

Jakub Majmurek, Noc Walpurgi, „Kino" 2015, nr 09, s. 68

 

  „INTRUZ”

FPFF W GDYNI 2015

Złote Lwy

Najlepszy reżyser Magnus von Horn

Najlepszy scenariusz Magnus von Horn

Najlepszy montaż Agnieszka Glińska

Nagroda Polskiej Federacji DKF-ów Don Kichot Magnus von Horn
Nagroda Specjalna Wschodząca gwiazda Elle Magnus von Horn

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria - Magnus von Horn

Scenariusz - Magnus von Horn

Montaż - Agnieszka Glińska PSM

Zdjęcia  - Łukasz Żal PSC

Dźwięk - Michał Robaczewski,

                Jean-Guy Véran

Scenografia  - Jagna Dobesz,

                        Henrik Ryhlander

Kostiumy - Anna Karin-Cameron

Charakteryzacja - Sari Nuttunen  

Ulrik Munther -  John

Mats Blomgren - Martin

Alexander Nordgren - Filip

Wiesław Komasa - Dziadek

Loa Ek - Malin

Ellen Jelinek - Bea

 

O FILMIE:

 „Intruz” to jedyna pełnometrażowa polska produkcja pokazana w ramach tegorocznego festiwalu w Cannes. Trzymający w napięciu debiut fabularny Magnusa von Horna, wielokrotnie nagradzanego absolwenta Łódzkiej Szkoły Filmowej, zdoskonałymi zdjęciami nominowanego do Oscara za „Idę” Łukasza Żala.

Film trafi do kin w wielu krajach, m.in. w Wielkiej Brytanii i Francji, został także zaproszony na ponad 20 wiodących międzynarodowych festiwali filmowych. Tym samym stał się – obok filmu „Body/Ciało” Małgorzaty Szumowskiej – najlepiej przyjętą polską produkcją 2015 roku na świecie.

Po międzynarodowej premierze w Cannes recenzenci podkreślali

świetne kreacje aktorskie (debiutującemu Ulrikowi Muntherowi partneruje Wiesław Komasa), trzymającą w napięciu opowieśći brawurową realizację. Fabularny debiut Magnusa von Horna, wspierany przez Zentropę Larsa von Triera, może  pochwalić się świetnymi zdjęciami Łukasza Żala, odpowiedzialnego również za oskarową „Idę”. (...) Reżyseria von Horna jest dokładna i przemyślana, rozbudza nadzieje na kolejne projekty.

The Hollywood Reporter

„Intruz” opowiada inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami historię, która rozgrywa się na szwedzkiej prowincji. 17-letni John – pod wpływem ekstremalnych emocji – dopuszcza się zbrodni. Po odbyciu kary wraca w rodzinne strony i podejmuje próbę rozpoczęcia nowego życia. Szybko jednak zostaje skonfrontowany z przeszłością, o której chciałby zapomnieć . Czytałem kiedyś akta policji o zbrodniach nastolatków. Młody chłopak zabił z zazdrości swoją dziewczynę, nie wiedział, co robi. Pochodził z normalnego domu bez patologii, bez alkoholu, bez narkotyków, bez przemocy. Zrobił to pod wpływem ekstremalnej emocji. Zadawałem sobie pytanie: czy ja bym tak mógł? I odpowiedziałem sobie: tak.  

Magnus von Horn

Magnus von Horn upodobał sobie bohaterów z kryminalną przeszłością. Szwedzkiego reżysera nie interesują jednak geniusze zbrodni ani mrożący krew w żyłach zwyrodnialcy, ale zwyczajni ludzie, którzy z różnych przyczyn weszli nagle w konflikt z prawem. W dokumentalnej etiudzie „Radek” był to młody chłopak z ponurego blokowiska, próbujący ułożyć sobie życie po wyjściu z więzienia. W fabularnym „Echu” – dwaj niepozorni nastolatkowie, którzy brutalnie zamordowali koleżankę. Etiudy te, zrealizowane podczas studiów w łódzkiej filmówce, stanowią dobre preludium do pełnometrażowego debiutu von Horna, polsko-szwedzkiej koprodukcji „Intruz”.

Tym razem akcja dzieje się nie w Polsce, ale na bogatej szwedzkiej prowincji, w miejscu spokojnym tylko z pozoru, o czym wciąż przypominają autorzy mrocznych skandynawskich kryminałów. Tytułowym intruzem jest John (w tej roli szwedzki piosenkarz Ulrik Munther), siedemnastolatek, który wraca do rodzinnej wsi po pobycie w poprawczaku. Chłopak odbywał karę za zabójstwo byłej dziewczyny, ale nie spędził w zakładzie dużo czasu, bo szwedzkie prawo jest wyjątkowo wyrozumiałe dla młodocianych przestępców.

„Nie sąd cię skaże, morderco”, chciałoby się powiedzieć, parafrazując tytuł znanego polskiego dokumentu. Kłopoty Johna nie kończą się wraz z opuszczeniem poprawczaka. Ojciec przyjmuje marnotrawnego syna do domu, dyrekcja szkoły wspaniałomyślnie pozwala mu kontynuować edukację, ale rany są zbyt świeże, by ludzie mogli zapomnieć o tragedii, jaka całkiem niedawno wstrząsnęła ich spokojną miejscowością.

Trudno się zresztą dziwić, gdyż wyrok sądu wydaje się niewspółmierny do popełnionej zbrodni. Zrozpaczona matka ofiary atakuje Johna w supermarkecie, koledzy z klasy traktują go jak potwora i podpisują petycję w sprawie wyrzucenia mordercy ze szkoły. „Każdy ma prawo do edukacji” – tłumaczy zbuntowanym uczniom idealistyczny wychowawca. „Każdy ma prawo do życia” – ripostuje chłopiec, który stanie się potem prześladowcą Johna. Czy niezwykle łagodny wyrok daje bohaterowi szansę na nowe życie, czy okazuje się przekleństwem? Von Horn nie przesądza sprawy i stroni od jednoznacznych odpowiedzi.

Problemy wychowawcze, z jakimi boryka się Szwecja, uosabia w pewien sposób kochający ale zagubiony ojciec Johna (znakomity Mats Blomgren), który próbuje zrobić z synów porządnych ludzi. Nie trzeba dodawać, że nieporadne próby wprowadzenia dyscypliny („Zapnij pas!” „Jedz wszystkimi sztućcami!”) kończą się dość żałośnie. To jedynie półśrodki, nie przynoszące żadnych rezultatów.

Von Horn unika uogólnień i skupia się na indywidualnym przypadku, ale udaje mu się między wierszami obnażyć pewne dysfunkcje szwedzkiego systemu społecznego. Skandynawskie państwo z pozoru realizuje szlachetny humanitarny program: urzędnicy są mili i empatyczni, błądzące dusze dostają zawsze drugą szansę, słabszych ochraniają stosowne instytucje. Niestety ideały jedno, a praktyka drugie. Oficjalne hasła okazują się w ostatecznym rozrachunku niezbyt skuteczne, skoro ludzie kompletnie nie umieją się porozumiewać, są emocjonalnymi kalekami, chłodnymi i zdystansowanymi.

Świetnie widać to w scenie konfrontacji Johna z kolegą, który wcześniej go skatował. Oburzony ojciec napastnika – na co dzień czarujący dowcipniś – próbuje zmusić syna, by nie przepraszał za to, co zaszło, a bezradna dyrektorka szkoły zgrabnie zamiata sprawę pod dywan. W oczach społeczeństwa John nie odbył stosownej pokuty i nie zdążył oczyścić się ze zbrodni, dlatego traktowany bywa jak intruz, bezprawnie wkradający się w „normalny” świat wolnych ludzi.

Film von Horna nie jest jednak ani krytyką zbyt łagodnego wymiaru sprawiedliwości, ani zjadliwym pamfletem wymierzonym przeciwko hipokryzji szwedzkiego społeczeństwa, tylko na pozór otwartego i przyjaznego. W „Intruzie” nie ma dobrych i złych, każdy ma tu swoje racje. Reżyser bierze stronę Johna, lecz czyni to bardzo dyskretnie. Kamera uważnie podpatruje bohaterów, ale trzyma się na dystans, nie ma dostępu do ich wnętrza. W dziele von Horna brakuje podkładu muzycznego, sterującego odczuciami odbiorcy, postaci niewiele mówią, część sytuacji rozgrywa się w przestrzeni pozakadrowej, a ostateczna ocena wydarzeń zostaje scedowana na widza.

Tak ukształtowana, zdystansowana narracja świetnie oddaje emocjonalny chłód mieszkańców szwedzkiej prowincji. Ujęcia pokazujące bohaterów na tle surowego skandynawskiego krajobrazu lub w schludnych ale jakby opustoszałych domach, w których dojmującą ciszę zabija jedynie monotonny dźwięk telewizora, mówią o ich wewnętrznej kondycji znacznie więcej niż mógłby przekazać jakikolwiek dialog. Dodać trzeba, że za stronę wizualną odpowiadał znakomity operator Łukasz Żal – na szczęście zdjęcia nie przytłaczają w „Intruzie” opowieści, tak jak miało to miejsce w „Idzie”.

W jednej ze scen „Intruza” nowa koleżanka Johna prosi go, by pokazał, w jaki sposób zamordował swoją dziewczynę. Twórca thrillera wykorzystałby zapewne ten motyw, żeby stworzyć pełną napięcia sytuację, wbić widza w fotel („Znów zabije, czy nie zabije?”). Tymczasem kiedy bohater zaciska dłonie na szyi dziewczyny, ta nieoczekiwanie zaczyna się śmiać, bo ma łaskotki. Zamiast psychopaty mamy tu zagubionego chłopaczka o nad wyraz niewinnym wyglądzie, zamiast dreszczyku emocji prozaiczne sceny z życia.

Nie ma może w tym niczego szczególnie oryginalnego, bo kino artystyczne wielokrotnie mierzyło się z podobnymi tematami, a i stereotyp zimnych i nieprzystępnych Skandynawów jest od dawna dobrze znany. Von Horn ma jednak nieprzeciętny zmysł obserwacji i umie subtelnie opowiadać o emocjach za pomocą obrazów, bez zbędnego gadania i psychologicznych banałów. Warto przekonać się samemu.

Robert Birkholc, Intruz, „Kino" 2015, nr 10, s. 66-67

 

 „11 MINUT

MFF w WENECJI

Nagroda Jury Mlodych Wyróżnienie specjalne Jerzy Skolimowski

 

FPFF w GDYNI 2015

Nagroda Specjalna Jury Zdobywca Ewa Piaskowska, Jerzy Skolimowski

Najlepsza muzyka Paweł Mykietyn

Najlepszy montaż Agnieszka Glińska

REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIA – JERZY SKOLIMOWSKI

SCENARIUSZ - JERZY SKOLIMOWSKI

ZDJĘCIA – MIKOŁAJ ŁEBKOWSKI

SCENOGRAFIA – JOANNA KACZYŃSKA, WOJCIECH ŻOGAŁA

KOSTIUMY – KALINA LACH

MUZYKA – PAWEŁ MYKIETYN

MONTAŻ – AGNIESZKA GLIŃSKA

CHARAKTERYZACJA – ANNA NOBEL-

                                              NOBIELSKA

 

 

RICHARD DORMER – REŻYSER

PAULINA CHAPKO – ŻONA

WOJCIECH MECWALDOWSKI – MĄŻ

ANDRZEJ CHYRA – SPRZEDAWCA HOT-DOGÓW

DAWID OGRODNIK – KURIER

AGATA BUZEK – ALPINISTKA

PIOTR GŁOWACKI – ALPINISTA

JAN NOWICKI – MALARZ

MATEUSZ KOŚCIUKIEWICZ – BYŁY CHŁOPAK DZIEWCZYNY Z PSEM

ANNA MARIA BUCZEK – LEKARKA

ŁUKASZ SIKORA – CHŁOPAK

IFI UDE – DZIEWCZYNA Z PSEM

JANUSZ CHABIOR – UMIERAJĄCY MĘŻCZYZNA

 

O FILMIE:

Najnowszy film Jerzego Skolimowskiego – twórcy obsypanego nagrodami obrazu „Essential Killing”. W doborowej obsadzie m.in.: Wojciech Mecwaldowski, Andrzej Chyra, Dawid Ogrodnik, Mateusz Kościukiewicz, Paulina Chapko, Agata Buzek, Piotr Głowacki, Jan Nowicki, Ifi Ude oraz irlandzki aktor Richard Dormer („Gra o tron”). Nominowane do Złotych Lwów 40. Festiwalu Filmowego w Gdyni „11 minut” znalazło się w konkursach głównych 72. Festiwalu w Wenecji i 59. BFI Film Festival, zostało też zaprezentowane widowni w ramach 40. MFF w Toronto.

               

Obsesyjnie zazdrosny mąż, jego seksowna żona – aktorka, podstępny hollywoodzki reżyser, kurier rozwożący narkotyki, sprzedawca hot dogów z mroczną przeszłością, sfrustrowany uczeń w ryzykownej misji, alpinista naprawiający hotelowe okna, uliczny malarz, ekipa pogotowia ratunkowego z zaskakującym problemem, dziewczyna z psem, grupa zakonnic. Przekrój mieszkańców wielkiego miasta, których życie i pasje przeplatają się ze sobą. Nieoczekiwany łańcuch zdarzeń przypieczętuje losy wielu z nich w ciągu zaledwie jedenastu minut.

 

Stąpamy po kruchym lodzie, na skraju przepaści. Za każdym rogiem czyha nieprzewidziane, niewyobrażalne. Nic nie jest pewne – następny dzień, następna godzina, nawet następna minuta. Przyszłość jest tylko w naszej wyobraźni. Wszystko może skończyć się raptownie, w najmniej oczekiwany sposób– Jerzy Skolimowski.

Jerzy Skolimowski, wieczny „enfant terrible” polskiego kina, znowu zagrał nam na nosie. „11 minut” zasługuje na pochwały, choć z zupełnie innych powodów niż można było się spodziewać. Nowy film polskiego reżysera nie ma w sobie artystycznej głębi „Czterech nocy z Anną”. Zamiast tego okazuje się znakomicie zrealizowanym thrillerem, który bez wysiłku nokautuje rodzimą konkurencję na polu kina gatunkowego. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że aspiracje Skolimowskiego sięgały trochę wyżej.

Autor „11 minut” jest przecież zbyt ambitnym twórcą, by po prostu powielać hollywoodzkie schematy. Film polskiego mistrza, choć wciąż atrakcyjny dla odbiorcy, dyskretnie gra z jego przyzwyczajeniami. Inaczej niż w klasycznym kinie katastroficznym, nie znajdziemy u Skolimowskiego wiary w heroiczną jednostkę, która będzie w stanie powstrzymać nadchodzącą Apokalipsę. „11 minut” stanowi drwinę z naiwnego przekonania, że można oszukać przeznaczenie, a okrutny los w ostatniej chwili pozwoli się przechytrzyć.

Brzmi to wszystko cokolwiek nihilistycznie, ale równie dobrze może stanowić po prostu świadectwo autorskiej przekory. Chętnie manifestowana nonszalancja to zresztą chyba jedyny łącznik pomiędzy „11 minutami” a nowofalowymi eksperymentami z początku kariery reżysera. Łobuzerski wdzięk Skolimowskiego znajduje odzwierciedlenie także w języku filmu. Dobiegający osiemdziesiątki weteran zrobił film dynamicznie zmontowany, oszałamiający tempem i uwodzący anarchistyczną energią.

Chwilami jednak charakteryzująca polskiego twórcę brawura okazuje się zgubna. Niedbale naszkicowany scenariusz razi wieloma uproszczeniami. W efekcie Skolimowski nie tylko przedrzeźnia jedne schematy, ale ochoczo korzysta też z innych. „11 minut” opiera się na koncepcie, zgodnie z którym – pod wpływem tragicznego przypadku – łączą się losy kilkunastu osób, między innymi dilera narkotyków, zamożnego reżysera, sprzedawcy hot-dogów i pogrążonej w depresji dziewczyny.

(…)Nic dziwnego, że każda próba interpretacji „11 minut” obnaża tkwiącą w filmie pustkę. Niezależnie od tego czy Skolimowskiemu chodzi o ostrzeżenie przed nieprzewidywalnością naszego życia, czy o ubolewanie nad rozpadem międzyludzkich więzi, wszystko to wybrzmiewa na ekranie zbyt naiwnie i deklaratywnie. Lepiej więc wierzyć, że „11 minut” to po prostu nie do końca przemyślany, zrealizowany od niechcenia popis twórczych możliwości. Skolimowskiemu udało się wprowadzić widza w trans pozwalający, by – przynajmniej przez niecałe półtorej godziny seansu – zawiesił on swój sceptycyzm i po prostu czerpał przyjemność ze sprawnie opowiedzianej historii.

Tak czy inaczej, polski twórca nie powtórzył tym razem sukcesu „Essential Killing”, w którym reżyserskiemu kunsztowi towarzyszyły niebanalne przemyślenia. Trzymający w napięciu film wyprowadzał widza ze strefy komfortu i skutecznie zacierał granice między dobrem a złem. Przede wszystkim jednak dysponował wyrazistym głównym bohaterem, zmuszonym – w ekstremalnej sytuacji – do zakwestionowania własnego człowieczeństwa i ślepego zawierzenia instynktowi przetrwania. Postacie z „11 minut” nie dostają tymczasem szansy na równie skomplikowane dylematy. Pozostają po prostu pionkami rozstawianymi przez reżysera-demiurga na wielkiej szachownicy.

Wzbudzające jednocześnie zachwyt i irytację, imponujące formalnie i miałkie myślowo „11 minut” wymyka się jednoznacznym ocenom. W ostatecznym rozrachunku przypomina imprezę, na której bawimy się świetnie, ale nazajutrz nie będziemy niczego z niej pamiętali. Nie zmienia to jednak faktu, że warto było skorzystać z zaproszenia.

Piotr Czerkawski, 11 minut, „Kino" 2015, nr 10, s. 65

 

 

  ANATOMIA ZŁA

FPFF W GDYNI 2015
Złote Lwy Najlepsza pierwszoplanowa rola męska Krzysztof Stroiński

 

REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIA - JACEK BROMSKI

SCENARIUSZ - JACEK BROMSKI

ZDJĘCIA - MICHAŁ ENGLERT PSC

SCENOGRAFIA - GRZEGORZ PIĄTKOWSKI

KOSTIUMY - KTARZYNA LEWIŃSKA

CHARAKTERYZACJA - JANUSZ KALEJA

DŹWIĘK - JAN FREDA

MONTAŻ - KRZYSZTOF SZPETMAŃSKI PSM

MUZYKA - LUDEK DRIZHAL

LULEK - KRZYSZTOF STROIŃSKI

STASIEK - MARCIN KOWALCZYK

HALINA - MICHALINA OLSZAŃSKA

NOWAK - PIOTR GŁOWACKI

SZEREPETA - ANDRZEJ SEWERYN

OFICER - ŁUKASZ SIMLAT

WIŚNIEWSKA - EWA KOLASIŃSKA-SZRAMEL

WILLARD - SPENCER GIBB

HUGHES - LUDEK DRIZHAL

 

O FILMIE:

  

Najnowszy film zdobywcy Złotych Lwów – Jacka Bromskiego to wnikliwe spojrzenie na „rzeczywistość, w której dobro się nie liczy, a w której zło stało się punktem odniesienia”. Fabuła „Anatomii zła” przywołuje najgłośniejsze, nierozwiązane sprawy kryminalne z ostatnich lat. W rolach głównych – laureat Polskiej Nagrody Filmowej – Orła za kreację w „Rysie” Krzysztof Stroiński, laureat Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego i nagrody za debiut festiwalu w Gdyni Marcin Kowalczyk („Jesteś Bogiem”) oraz Piotr Głowacki („Bogowie”), Andrzej Seweryn („Różyczka”), Łukasz Simlat („Pani z przedszkola”), Michalina Olszańska („Jack Strong”) i Anna Dereszowska („Lejdis”). Za zdjęcia do „Anatomii zła” odpowiada Michał Englert, laureat FPFF w Gdyni i festiwalu Sundance („Nieulotne”). Autorem muzyki jest amerykański kompozytor muzyki filmowej Ludek Drizhal („Uwikłanie”, „Śmiertelna wyliczanka”).

 

Płatny zabójca o pseudonimie „Lulek” (Stroiński) zostaje warunkowo zwolniony z więzienia. Wkrótce potem prokurator (Głowacki), który kilka lat wcześniej doprowadził do jego aresztowania, składa mu propozycję nie do odrzucenia. W zamian za duże pieniądze, wymazanie kartoteki i możliwość dyskretnego opuszczenia kraju, „Lulek” ma zlikwidować komendanta Centralnego Biura Śledczego. Zabójca angażuje do pomocy Staszka (Kowalczyk), wydalonego z armii snajpera, który został kozłem ofiarnym nieudanej misji w Afganistanie. Podając się za oficera kontrwywiadu, „Lulek” wmawia eks-żołnierzowi, że został wybrany do zadania specjalnego i jeśli je wykona, dostanie szansę na powrót do wojska. W trakcie przygotowań do zamachu Staszek zaczyna nabierać podejrzeń co do prawdziwych intencji „Lulka”. Tymczasem zleceniodawcy naciskają na przyspieszenie akcji. Rozpoczyna się śmiertelne odliczanie.

 

Proszę! Jacek Bromski wraca do wysokiej formy artystycznej filmem kto wie, czy nie najlepszym w jego dotychczasowej karierze. Zaczyna się na Bliskim Wschodzie. Jakaś akcja w terenie, w której bierze udział polskie wojsko. Akcja kończy się katastrofą – nasz snajper zabija kilka niewinnych osób. Rozpoczyna się śledztwo, na miejsce przyjeżdża prasa, w Polsce pojawia się krytyczny artykuł. Stasiek (Marcin Kowalczyk), bo tak ma na imię snajper, zostaje wywalony z hukiem ze służby, ląduje u wujka w myjni. Wtedy pojawia się u niego starszy pan, u którego z kolei niedawno pojawił się inny, dużo młodszy, elegancki pan – pan prokurator z propozycją nie do odrzucenia. Lulek (Krzysztof Stroiński), bo taką ksywę ma starszy mężczyzna, właśnie warunkowo wyszedł z więzienia, gdzie zestarzał się i wypadł z wprawy w zabijaniu, dlatego potrzebuje pomocy.

Krzysztof Stroiński cynglem? Aktor, który ma wypisaną na twarzy delikatność i szlachetność? Aktor, który jest synonimem inteligenta? Może nie jest to zbyt oczywista decyzja obsadowa, ale Bromski trafił bezbłędnie. Stroiński niesie ten film. Niesie go, bawiąc się swoją postacią. Lulek to dziwny stop – kuchmistrz, analityk, psychopata, cynik i reakcjonista. Raz rozwodzi się na temat zdrowego żywienia, raz nawija jak opętany o zbydlęceniu młodzieży. Stasiek, przekonująco grany przez Kowalczyka, prosty chłopak z mniejszego miasta, patrzy w Lulka jak w obrazek.

Jeszcze niedawno jego głowę wypełniały wojskowe mądrości, teraz chłonie przemyślenia i gesty swego mentora, i tak jak on się nakręca: na Polskę, na polskich polityków, na gatunek ludzki. Panowie bez przerwy oglądają programy informacyjne, więc nie brakuje im paliwa do złorzeczeń. Gdy tak siedzą przed telewizorem i prowadzą te swoje rozmowy o świecie, wyglądają jak nadwiślańscy bracia głupków z jakiegoś filmu Coenów, skazani nieuchronnie na przegraną (i na śmieszność) w konfrontacji z rzeczywistością.

Polska u Bromskiego to wielki świat, przynajmniej tak ona chce się widzieć i taki udaje. Wielcy biznesmeni, wielcy politycy, wielkie samochody, wielkie hotele i wielkie spiski. A wśród nich Lulek i Stasiek, którzy myślą – choć każdy z nich inaczej – że na tej konfrontacji wygrają. Może i w „Anatomii zła” najciekawsze są te interludia, w których dwaj zabójcy rozmawiają, czekając na akcję i odsłaniając kondycję duchową Polaków, ale do intrygi fabularnej też trudno się przyczepić.

Elementy zazębiają się gładko, pasują do układanki, nie jest tak, jak to niestety często bywa, że człowiek dystansuje się do opowieści pozbawionej logiki. Ciekawie dobrane stołeczne lokalizacje dobrze oddają estetyczne i kulturowe pęknięcie, które jest sednem Warszawy. Na drugim planie mamy Piotra Głowackiego i Andrzeja Seweryna, idealnie obsadzonych w rolach młodego cwaniaczka i starego cwaniaka. Chcieliście w Polsce kina gatunków? Proszę, macie.(…)

Można przypuszczać, że „Anatomia zła” została pomyślana jako kino na poważnie, już sam tytuł to sugeruje. Nadwiślańska swojskość wdarła się jednak w gatunek, pomniejszyła początkowe stawki, zło zastąpiła zwyczajną małością, głupotą, tęsknotą za dużą kasą. Film na tym tylko zyskał.

Jakub Socha, Anatomia zła, „Kino" 2015, nr 09, s. 69

 

REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE” KINO POLSKIE 2015

Lp.

TYTUŁ

DATA

GODZ.

CZAS

1

„ZABIĆ BOBRA”

09.02.2015

18.00

100 MIN

2

„SERCE, SERDUSZKO”

09.02.2015

20.00

110 MIN

3

„JEZIORAK”

10.02.2015

18.00

94 MIN

4

„OBCE CIAŁO”

10.02.2015

20.00

117 MIN

5

„MAŁE STŁUCZKI”

11.02.2015

18.00

  82 MIN

6

„BOGOWIE”

11.02.2015

20.00

121 MIN

 

ZABIĆ BOBRA


REALIZACJA

OBSADA

REŻYSERIAJAN JAKUB KOLSKI

SCENARIUSZ – JAN JAKUB KOLSKI

ZDJĘCIAMICHAŁ PAKULSKI

MONTAŻPIOTR KOLSKI

SCENOGRAFIAPAULINA KORWIN KOCHANOWSKA,

URSZULA KORWIN–KOCHANOWSKA

MUZYKADARIUSZ GÓRNIOK

DŹWIĘKJACEK HAMELA

ERYK - ERYK LUBOS

BEZI - AGNIESZKA PAWEŁKIEWICZ

HADISZKA - ALEKSANDRA MICHAEL

OJCIEC BEZI - MAREK KASPRZYK

OFICER - MARIUSZ BONASZEWSKI

BLONDYN - MATEUSZ KRÓL

CZARNY - DANIEL MISIEWICZ

 

O FILMIE

Producent „Chce się żyć” przedstawia film wielokrotnie nagradzanego Jana Jakuba Kolskiego („Jańcio Wodnik”, „Jasminum”, „Pornografia”), uhonorowany nagrodą dla Najlepszego Polskiego Filmu na Camerimage oraz nagrodą dla Najlepszego Aktora dla Eryka Lubosa na międzynarodowym festiwalu filmowym w Karlowych Warach.

Eryk (Eryk Lubos), żołnierz jednostek specjalnych walczących w Iraku i Afganistanie, wraca do kraju i zaszywa się w starym rodzinnym domu. Musi zregenerować siły w oczekiwaniu na kolejne zadanie. Ciężko mu się odnaleźć w szarej rzeczywistości. Myślami wciąż wraca do wspomnień z pola walki. Pewnego dnia poznaje młodą dziewczynę o przydomku Bezi (Agnieszka Pawełkiewicz), która zakradła się na jego posesję. Spotkanie szybko przeradza się w namiętny romans. Czy miłość potrafi wymazać najgorsze wspomnienia? A jeśli tym najgorszym wspomnieniem jest inna miłość?

Najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego można opisać jako zmaganie ze współczesnymi tematami i współczesną formą. W najbardziej udanych dziełach reżysera świat polskiej prowincji był zawieszony w przeszłości. Na tyle zresztą niedookreślonej, że ważniejszy wydawał się rytm pór roku niż konkretne okoliczności historyczne. Także technika Kolskiego – nawiązująca do tradycji kina artystycznego, pietystyczna w opisie świata przedstawionego – odwoływała się raczej do przeszłości kina.  „Zabić bobra” rozgrywa się współcześnie, a nakręcone jest kamerami cyfrowymi. Zamiast epickiej narracji, prowadzonej w celebracyjnym rytmie, widz zostaje wrzucony w sam środek zdarzeń i długo musi rekonstruować podstawowe współrzędne opowieści. Wreszcie – ekspresja aktorów, grających główne postaci, ma napełniać film intensywnym realizmem, który więcej niż z magią ma wspólnego z neurozą.

Eryk (Eryk Lubos) jest weteranem wojny w Afganistanie. Przyjeżdża do opuszczonego domu na wsi. W strategicznych punktach rozmieszcza kamery wideo i zaczyna śledztwo. Ktoś przysyła mu wskazówki, które mają odsłonić szczegóły następnego zlecenia – wielce tajemniczego, więc zapewne od jakiejś agencji wywiadowczej.

Weteran sprawnie zabiera się do pracy, ale wyraźnie przeszkadzają mu wspomnienia z niedawnej przeszłości. W snach nawiedza go obraz psów gończych i uciekającej gdzieś kobiety. Najpewniej obserwowany, Eryk wzbudza niepokój swoich zleceniodawców – czy na pewno poradzi sobie z zadaniem?

Sytuację dodatkowo komplikuje Bezi (Agnieszka Pawełkiewicz), próbująca poznać lepiej tajemniczego przybysza. Chociaż ciągle narusza przestrzeń Eryka, równie dobrze to on może być traktowany jak intruz: pod jego (zapewne długą) nieobecność, dziewczyna urządziła sobie kryjówkę w jednym z pokojów w jego domu. Eryk i dziewczyna zbliżają się do siebie, ale to nie spodoba się tajemniczym zleceniodawcom mężczyzny.

Film Kolskiego można uznać za opowieść o wykorzenieniu. Dobrze oddaje to jedna z pierwszych scen, kiedy Eryk przyjeżdża do dawno niewidzianego domu. Na miejscu okazuje się, że solidny choć zapuszczony budynek ktoś pokrył idiotycznym graffiti, przedstawiającym panoramę wielkiego miasta. Grana przez Eryka Lubosa postać także wskazuje na ten temat: weteran z Afganistanu, „nie naszej” wojny, po wypadku na służbie nie może wrócić do zwykłego życia.

Potrzebuje tajemniczego zlecenia, by nadal mieć jakiś cel, tak jak potrzebuje rozmieszczonych wokół siebie kamer, by odzyskać poczucie kontroli. Jakiś rodzaj stałości dają mu obsesyjnie powracające obrazy z czasów służby i ponawiany wciąż od nowa, bezsensowny wysiłek – walka z bobrami, które na przepływającej nieopodal rzece ciągle budują tamy.

Brzmi to dobrze jako pomysł, który jednak rozbija się o realizację. Eryk Lubos (nagroda za najlepszą rolę męską w Karlowych Warach w 2012 roku) prezentuje charakterystyczny dla siebie rodzaj energii i intensywności, jakby stworzony do postawionego przed nim zadania. Podobnie dobrym wyborem jest grająca Bezi debiutantka Agnieszka Pawełkiewicz, młodzieńcza i prowokacyjna zarazem. Niestety, oboje są postawieni w szeregu pretekstowych, ledwo zarysowanych sytuacji.

Pomimo mniejszych i większych niepowodzeń, przy odrobinie dobrej woli z filmu Kolskiego da się wyczytać rzeczy ważne. A decyzja, by zwrócić się w stronę współczesności i próbować jej diagnozy, w przypadku tego twórcy wydaje się trafna. Reżyser „Zabić bobra” przez lata tworzył narrację o polskiej prowincji jako cudownym miejscu; tym silniej wybrzmiałaby zaproponowana przez niego rewizja mitu, który sam stworzył.

Temat wykorzenienia, który wciąż pobrzmiewa w jego ostatniej produkcji, oglądany w kontekście poprzednich dzieł reżysera, nabiera krytycznego wyrazu, jakiego nigdy nie będzie miał żaden pospolity film interwencyjny. Pozostaje mieć nadzieję, że Kolski taką próbę znowu podejmie, a efekt będzie na miarę jego najlepszych filmów.

Krzysztof Świrek, Zabić bobra, „Kino" 2014, nr 03, s. 74

 

SERCE, SERDUSZKO

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria -  Jan Jakub Kolski.

Scenariusz -  Jan Jakub Kolski

Zdjęcia -  Piotr Lenar.

Muzyka - Dariusz Górniok.

Maria Blandzi – Maszeńka

Julia Kijowska – Kordula

Marcin Dorociński -Mirek, ojciec Maszeńk

Gabriela Muskała – Basieńka

Borys Szyc - ksiądz Pietryga

Maja Komorowska - Madame Lisiecka

 

O FILMIE

„Serce, Serduszko”, nowy film Jana Jakuba Kolskiego, to opowieść o wolności, przyjaźni i wierze w marzenia.Maszeńka marzy o karierze primabaleriny. Pewnego dnia ucieka z domu dziecka, a w ślad za nią rusza Kordula, jej ekscentryczna opiekunka i miłośniczka tatuaży. Razem przemierzają całą Polskę od Bieszczad aż do Gdańska, by zdążyć na egzamin do szkoły baletowej. Ścigane listem gończym przez policję, napotykają na swojej drodze mnóstwo dziwnych postaci, które pomagają dziewczynce spełnić marzenia. Maszeńki szuka też jej ojciec, który musi na nowo odnaleźć drogę do serca córki i odmienić swoje życie.

 Gdy ostatnim razem twórca "Jancia Wodnika" próbował sił w kinie gatunkowym,  jego film nie mógł znaleźć dystrybutora przez blisko dwa lata. Kolejna próba oczarowania masowego widza ma znacznie większe szanse na powodzenie. "Serce, serduszko" to porządnie zrealizowany familijny utwór drogi z ulubionym przez Kolskiego typem bohatera – nadwrażliwą duszą, która "trzecim okiem" widzi więcej od innych. Do tego reżyser funduje nam najlepszy od lat  w polskim kinie dziecięcy debiut, a także odkrywa nieznane do tej pory oblicze Marcina Dorocińskiego. Pakujcie plecaki, warto zabrać się w tę podróż.

11-letnia Maszeńka tańczy w balecie, rysuje w brulionie filmy animowane i podbija serce każdego, kto znajdzie się w jej pobliżu. Wystarczy zobaczyć, jak kręci piruety z "Jeziora łabędziego", zaprzęgając do pomocy zachwycone korpulentne kucharki. Przedstawienie podgląda z ukrycia Kordula – zagorzała wielbicielka death metalu i tatuaży oraz nowa pracownica bieszczadzkiego domu dziecka, w którym mieszka Maszeńka. Splot okoliczności sprawi, że bohaterki wyruszą razem w podróż do Gdańska na egzamin do szkoły baletowej. W pogoń za nimi wyruszy nie tylko zaalarmowana przez dyrekcję sierocińca policja, ale też uzależniony od alkoholu ojciec dziewczynki, gotowy zawalczyć ponownie o jej miłość i szacunek.

Twórca nie mocuje się z wysłużoną konwencją. Pokonywanie kolejnych kilometrów jest  w "Sercu, serduszku" równie istotne co przezwyciężanie ukrytych głęboko demonów, a wędrówka przez miasteczka i wsie odbywa się równolegle z wewnętrzną podróżą trójki bohaterów. Kolski-scenarzysta obudował ekranową wędrówkę łańcuszkiem epizodów,  w których z ironią, ale bez jadu przygląda się polskiej prowincji bądź... cytuje kinowe przeboje. Świetny jest wątek z wytatuowanym wizerunkami Matki Boskiej księdzem (Borys Szyc) freestylującym dla wiernych na wideoblogu. Z kolei taneczny pojedynek Maszeńki z małym mistrzem breakdance'u z Kazimierza Dolnego przypomina popisy ze "StreetDance 3D".  

Jako reżyser Kolski wygrał przede wszystkim dzięki trafnym wyborom castingowym. To dzięki nim film nie traci emocjonalnej temperatury, a sportretowane grubą krechą, jednowymiarowe postaci nabierają niespodziewanie życia. Dorociński – ostatnio słynący z ról twardzieli, których można zabić, ale nie da się złamać – jest fenomenalny w tragikomicznej roli ojca. W zdezelowanym samochodzie, z kurczakiem o wdzięcznym przydomku Sraluch goni przez Polskę w poszukiwaniu córki i siły do walki z nałogiem. Grająca Maszeńkę Marysia Blandzi ma wszystkie atuty przyszłej gwiazdy: talent, wdzięk, naturalność i charyzmę. To bardzo rzadkie połączenie, zwłaszcza u debiutantów. Szkoda by było, gdyby młoda aktorka została w przyszłości rzucona na pożarcie przez jakiegoś telewizyjnego tasiemca..

Łukasz Muszyński FilmWeb

Jeśli już coś dobrego się temu filmowi przytrafiło, to niewątpliwie obsada. Bryluje zwłaszcza Marcin Dorociński (który w ostatniej chwili zastąpił Eryka Lubosa) w roli alkoholika, ojca głównej bohaterki. Nie trzeba mieć w pamięci „Lęku wysokości”, żeby docenić kunszt tego aktora. Ale jeśli wróci się do debiutu fabularnego Bartosza Konopki, można dodatkowo dostrzec konsekwencję, z jaką Dorociński buduje swoją pozycję. Postać w „Sercu…” jest rewersem tej, którą zagrał u Konopki. Tam był synem, który musi rozliczyć się ze swoim ojcem, przepracować traumę zniszczonego dzieciństwa, tym razem sam wciela się w niszczyciela, słabego i żałosnego, zamieniającego życie córki w koszmar i stającego na drodze do jej szczęścia i sukcesu. Jest w „Sercu… scena niezwykła. Skacowany ojciec, unieruchomiony w samochodzie na stanowisku kierowcy, jest karmiony przez córkę jajecznicą. Dorociński w kilka zaledwie minut płynnie i autentycznie przechodzi od prośby do groźby, od dobroci do agresji, od miłości do odrzucenia. Gama emocji, jakie zostają tu wygrane, odrywa tę scenę od całości. Zawodowcowi towarzyszy w niej naturalna i utalentowana debiutantka, jedenastoletnia Marysia Blandzi. Razem sprawiają, że scena ta z powodzeniem mogłaby funkcjonować jako krótki metraż.

Artur Zaborski, Serce, serduszko, „Kino" 2014, nr 11, s. 65

„JEZIORAK”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria - Michał Otłowski.

Scenariusz - Michał Otłowski.

Zdjęcia Łukasz Gutt.

Muzyka Cezary Skubiszewski.

 

Jowita Budnik - podkomisarz Iza Dereń Sebastian Fabijański - aspirant Marzec Mariusz Bonaszewski - komendant Wolski Michał Żurawski - Vogt

Łukasz Simlat - Wilhelm Bryl

Agata Buzek – Wilhelmina

Maria Chwalibóg - Felicja Dereń

O FILMIE:

Policjanci z prowincjonalnej komendy likwidują leśną bimbrownię. Oddział zostaje ostrzelany i jeden z policjantów zostaje ranny. Bimbrownikowi udaje się uciec. W tym samym czasie, w dryfującej po jeziorze łódce, znalezione zostaje ciało młodej dziewczyny. Okoliczności jej śmierci są zagadkowe i obydwie sprawy trafiają do podkomisarz Izy Dereń (Jowita Budnik). Tymczasem na komisariacie trwa nerwowe oczekiwanie. Na służbie zaginęło dwóch funkcjonariuszy, którzy od kilku dni nie dają znaku życia. Jeden z nich jest życiowym partnerem Izy. Intryga kryminalna przeplata się z osobistym dramatem bohaterki i ujawnia jej determinację oraz siłę. Bohaterka filmu, policjantka w zaawansowanej ciąży, prowadzi wielowątkowe śledztwo. W rozwiązaniu spraw pomaga jej młodszy kolega, aspirant Marzec (Sebastian Fabijański). Tajemnice, które odkryje, na zawsze odmienią jej życie.

Kilka miesięcy temu „Jeziorak” okazał się największą niespodzianką festiwalu „Młodzi i Film” w Koszalinie. Debiut Michała Otłowskiego spotkał się z jednogłośną aprobatą, ale wzbudził też niemałą konsternację interpretatorów. Wielu recenzentów ratowało się wyszukiwaniem podobieństw „Jezioraka” do modnych ostatnimi czasy skandynawskich kryminałów. Szybko się okazało, że droga na skróty prowadzi w ślepą uliczkę. W wywiadzie Otłowski z rozbrajającą szczerością wyznał, że w życiu nie przeczytał ani jednej książki Stiega Larssona czy Henninga Mankella. Bezradność krytyków wobec „Jezioraka” łatwo można jednak rozgrzeszyć, bo mało kto się spodziewał, że rodzimemu twórcy – i to debiutantowi – uda się realizacja przyzwoitego kryminału. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jeden niewstydzący się komercyjnych ambicji Otłowski jest wart więcej niż tuzin natchnionych imitatorów Hasa czy Kieślowskiego.

Intencja gry ze schematami polskiej popkultury mogła przyświecać reżyserowi już przy wyborze miejsca akcji. Tytułowe jezioro znaliśmy dotychczas z poczciwego cyklu „Pan Samochodzik”. Podczas gdy Zbigniew Nienacki kazał bohaterowi szukać zaginionych skarbów z czasów II wojny światowej, Otłowski otwiera w swoim filmie prawdziwą puszkę Pandory. Autor „Jezioraka” zaludnia ekranowy świat postaciami bimbrowników, szemranych biznesmenów, skorumpowanych policjantów i polityków, stojących ponad prawem. Choć debiutujący reżyser nie stroni od ukazywania prowincjonalnych patologii, epatowanie brzydotą nie jest dla niego celem samym w sobie. Wzorem Wojciecha Smarzowskiego pragnie raczej stworzyć na ekranie wiarygodny pejzaż dla badania konsekwencji popełnionego przez bohaterów zła.

Z twórcą „Drogówki” łączy Otłowskiego jeszcze jedno. Obaj reżyserzy wyrażają w swoich filmach sprzeciw wobec stereotypowego wizerunku narzuconego przez polskie kino regionowi Mazur. Smarzowski w pamiętnej „Róży” pochylał się nad tragiczną przeszłością tych ziem. Autor „Jezioraka” rzuca natomiast światło na skomplikowaną teraźniejszość. Nie bez powodu Otłowski osadza akcję filmu w czasie mrocznej, depresyjnej jesieni, dobre kilka miesięcy po zakończeniu sezonu turystycznego. W takich warunkach znacznie łatwiej dostrzec ignorowane przez zamożnych letników bolączki: huczącą w okolicy biedę i jeden z najwyższych w kraju wskaźników bezrobocia.

Pytanie: kto zabił? nie jest więc w filmie najważniejsze. Otłowski wykorzystuje trik, który przed laty z powodzeniem zastosował Raymond Chandler, choćby w powieści „Tajemnica jeziora”. Sprawa stanowiąca oś fabuły przez długi czas wygląda na błahostkę, by w najmniej oczekiwanym momencie odsłonić przed widzem drugie dno. To zresztą nie jedyny powód pozwalający zestawić „Jeziorak” ze słynną powieścią Chandlera. „Tajemnica jeziora” imponuje po latach dlatego, że wbrew standardom gatunku dochodzi w niej do jednego tylko morderstwa, które na dodatek zostaje odkryte przez detektywa Marlowe’a na samym początku intrygi. Otłowski – tak jak Chandler – nie potrzebuje przykuwać uwagi widzów efektownymi scenami przemocy. Zamiast tego stawia na pomysłowe zwroty akcji, sugestywną, naznaczoną melancholią wizję świata i wyrazistego bohatera.

Reżyser podjął odważną decyzję, by w centrum konwencji, zdominowanej tradycyjnie przez męski punkt widzenia, umieścić kobietę. Wyczyny podkomisarz Izy Dereń mogłyby sprawić, że porucznik Borewicz poprosiłby przełożonych o urlop zdrowotny, a ojciec Mateusz z wrażenia spadł z roweru. Bohaterka „Jezioraka” nie stara się jednak wdzięczyć do widza, nie ujmuje go urokiem osobistym, elegancją czy dowcipem. Dereń wzbudza szacunek raczej uporem i odwagą demonstrowaną w wyjaśnianiu sprawy, która coraz wyraźniej zaczyna przenikać w jej własne życie. Otłowski znalazł idealną wykonawczynię takiej roli w osobie Jowity Budnik. Znana głównie z filmów małżeństwa Krauze aktorka z sukcesem przełamuje emploi mistrzyni w odgrywaniu postaci naznaczonych fatum i tłamszonych przez otoczenie. Jednocześnie Dereń zachowuje kontrast hartu ducha i kruchości, który udało się uchwycić Budnik w roli Papuszy.

Skomplikowana intryga zmusza panią podkomisarz do przedefiniowania własnej tożsamości. Dereń odbywa podróż typową dla bohaterów kryminałów, inspirowanych filozofią egzystencjalną. Tak jak Chandlerowski Marlowe, bohaterka „Jezioraka” zyskuje świadomość, jak nierówna jest jej walka z panującym wokół złem. Na tym większy szacunek zasługuje więc ta walka.

Piotr Czerkawski, Jeziorak, „Kino" 2014, nr 10, s. 76

 

  „OBCE CIAŁO”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria - Krzysztof Zanussi

Scenariusz - Krzysztof Zanussi

Zdjęcia - Piotr Niemyjski

Kostiumy - Katarzyna Lewińska

Scenografia - Joanna Macha

Angelo - Riccardo Leonelli

Kris  - Agnieszka Grochowska

Kasia - Agata Buzek

Mira - Weronika Rosati

Ojciec - Sławomir Orzechowski

Tamara - Chulpan Khamatova

O FILMIE:

REŻYSER O FILMIE

Mój wiek sprzyja temu, żeby zauważać samotność. Im bardziej jesteśmy starsi, tym bardziej to odczuwamy i rozumiemy. W miarę upływu naszego życia dostrzegamy, że to jest naturalny stan naszej egzystencji. Dlatego też postanowiłem się tym zająć w moim najnowszym filmie. (...) Moje bohaterki z korporacji to jest nowa klasa średnia, a nie reprezentantki inteligencji, którą starałem się przez lata opisywać w moich poprzednich filmach. Inteligencja miała swój etos i bardzo wyraźny profil. Natomiast współczesna klasa średnia jest pozbawiona ideałów i poczucia misji. To jest jednak inna formacja, która tylko przejęła niektóre zewnętrzne pozory od inteligencji, ale sama jest raczej dawną pół- czy wręcz ćwierć-inteligencją.

 

To jest pewna nowość, którą widzę nie tylko w Polsce, ale w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Nazwałbym ją taką bigoterią korporacyjną. Korporacje istnieją niemal na całym świecie, ale ich specyficzna kultura nie jest wszędzie przyjmowana tak bezkrytycznie jak u nas. Po obejrzeniu „Obcego ciała” Ernest Bryll powiedział mi coś, co bardzo do mnie trafiło: „Wolność z takim trudem przez nas wywalczona, teraz sprzedaje się tak tanio”. Korporację tego od nas wymagają w zamian za zawodowy i ekonomiczny awans.
Moja bohaterka zostawia swojego chłopaka dla jeszcze większej miłości, ale boryka się z tym. On też nie może sobie z tym poradzić. I jak ich z tymi problemami zostawiam. Oboje nie są bez skazy, nie są doskonali.

Do prawie wszystkich filmów, jakie zrobiłem przez blisko 40 lat, muzykę pisał Wojciech Kilar. Tym razem to jest muzyka kompilowana, nowej nie zdążył już skomponować. Nie wiem, co będzie dalej, jak będę mógł sobie wyobrazić filmy bez jego dźwięków.  


Na pokazie przedpremierowym filmu „Obce ciało” Krzysztof Zanussi powiedział, że doradzano mu, by zmienił fabułę na bardziej en vogue, bo – jak argumentowano – w Polsce AD 2014 to nie katolik powinien być prześladowany przez kobiety, ale te ostatnie przez hołdującego tradycji katolika. Ale przecież sztuka nie musi dziś realizować celów doraźnych społecznie. Ba, sam reżyser miał niegdyś powiedzieć w jednym z wywiadów, że „z prądem płyną tylko śmieci”. To nie „niemodny” temat jest więc problemem „Obcego ciała”. W zlaicyzowanych czasach kwestie żarliwej wiary są może bardziej newralgiczne niż kiedykolwiek. Poruszają media (jak niedawna sprawa kilku Brytyjek, które przeszły na islam, wybierając życie w czadorach) i artystów (głośna „Adoracja” Jacka Markiewicza). Frapują też filmowców – w ostatnich latach powstały utrzymane w różnej optyce obrazy Brunona Dumonta („Hadewijch”), Ulricha Seidla („Raj: wiara”) czy Dietricha Brüggemanna („Droga krzyżowa”).

Jednak film Krzysztofa Zanussiego trudno traktować jako wpisanie się w tę dyskusję – współczesność jest tu bowiem zbanalizowana i sprowadzona do wizji egzotyki rodem z turystycznego folderu. W ten klimat wprowadzają już pierwsze sceny filmu. Trafiamy w nich na fotogeniczne włoskie południe, gdzie poznajemy szczęśliwie zakochaną parę: Polkę i Włocha. Żarliwa wiara w Boga, która połączyła Kasię i Angela, okaże się jednak niewystarczającym pomostem do zbudowania związku – kobieta wybiera życie w zakonie. Z jej decyzją nie może pogodzić się mężczyzna i wyrusza śladem ukochanej do jej ojczyzny. Tu wchodzimy w drugi wątek filmu: Angelo rozpoczyna pracę w korporacji, gdzie jego cnoty zostają wystawione na próbę. Szefowa, Kris, drwi z jego przekonań religijnych i stałości uczuciowej. Sama nie potrafi zbudować żadnej trwałej relacji: ani przyjacielskiej, ani miłosnej. Wini za to matkę, która nie umiała okazać uczucia adoptowanej córce.

„Obce ciało” to więc właściwie kilka ciał, czyli kilka tropów narracyjnych, niespecjalnie ze sobą korelujących. Bo jest jeszcze wątek korporacyjnych machlojek z międzynarodowym przetargiem (cała sekwencja, dziejąca się w Moskwie), ambitnej Miry uwodzącej swoją szefową czy hipnotyzera (sic!), który (uwaga: spoiler) uśmierca siłą perswazji matkę jednej z bohaterek. Opowieści rodem z „paperbookowego” kryminału zmiksowane są tu z tymi serio: o miłości, samotności, niejednoznaczności w rolach społecznych i płciowych, poszukiwaniu Boga. I aż szkoda, że historie Kris, jej matki, Kasi i Miry nie doczekały się osobnych opowieści.

Krzysztof Zanussi miał zawsze świetną intuicję w wyborze odtwórczyń i głównych, i drugoplanowych ról (jedne z najwspanialszych kreacji w swojej karierze stworzyła przecież w jego filmach Maja Komorowska). W „Obcym ciele” duety Agnieszki Grochowskiej (Kris) i Ewy Krasnodębskiej (jej matka) czy Agaty Buzek (Kasia) i Stanisławy Celińskiej (siostra przełożona) są na miarę tych z pamiętnego „Bilansu kwartalnego”. Ale te znakomite aktorki dostały tu materiał niewspółmierny z ich talentem i w ledwie naszkicowanych wątkach bohaterek pozostawiają niedosyt.

Krzysztof Zanussi, czołowy przedstawiciel kina moralnego niepokoju, z wyjątkową intuicją eksplorujący stan posiadania PRL-owskich intelektualistów, chyba po prostu nie rozumie bardziej współczesnych bohaterów. A tym samym – swoich widzów

 

MAŁE STŁUCZKI

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria Aleksandra Gowin,

Ireneusz Grzyb.

Scenariusz Ireneusz Grzyb.

Zdjęcia Ita Zbroniec-Zajt.

Muzyka Enchanted Hunters.

 

Helena Sujecka – Asia

Agnieszka Pawełkiewicz – Kasia

Szymon Czacki – Piotr

Maria Maj - pani Michałowska

Arkadiusz Jakubik - tata Asi

Agnieszka Matysiak - mama Asi

Katarzyna Bargiełowska - mama Piotra

 

O FILMIE:

Dwie przyjaciółki zarabiają na życie likwidując mieszkania po zmarłych niedawno osobach. Cześć sprzętów i bibelotów, które znajdują, sprzedają na pchlim targu. Kiedy spotykają Piotra, który pracuje w fabryce pudełek, rozpoczyna się między nimi dziwna gra.

Małe stłuczki to film o przypadkowym spotkaniu ludzi, którzy z różnych powodów nie lubią wyznaczonych szlaków. Chcą szczęścia na własnych, a nie podyktowanych przez innych warunkach.

Fabularny debiut Aleksandry Gowin i Ireneusza Grzyba to niekonwencjonalna historia miłosna o tym, jak zaskakująca bywa codzienność i jak ekscentryczne mogą być sprawy najprostsze

Jak wynika z pomysłowej czołówki, w tytule nie chodzi o drobny wypadek drogowy, lecz o stare, uszkodzone przedmioty, które niekiedy, w ferworze sprzątania, rozbijają się na podłodze w drobny mak. Zbieraniem takich rzeczy zajmują się bohaterki filmu, Asia i Kasia. Ich dwuosobowa firma porządkuje mieszkania i domy ludzi, którzy bądź umarli, bądź chcą się pozbyć nadmiaru gratów. Dziewczyny zabierają je wysłużonym samochodem i sprzedają potem za grosze na targu. To, czego sprzedać nie zdołają, upychają w swym mieszkanku, gdzie kartony zalegają już po sufit. Ale i komunikacyjne znaczenie słowa „stłuczka” można odnieść do filmu. Do pary bohaterek dołącza bowiem Piotr, trzydziestoletni pracownik fabryki pudełek, którego niedawno zostawiła żona. Tworzy się teraz między nimi coś w rodzaju trójkąta – niby kumpelskiego a jednak pełnego emocjonalnych mikrokolizji.(…)

Piszę „najprawdopodobniej, chyba, może”, gdyż film rozgrywa się w sferze niedomówień, eufemizmów, dowcipnych „bon motów” skrywających prawdę o uczuciach. „Małe stłuczki” są znacznie mniej rozerotyzowane niż „Wyśnione miłości” – znak, że żyjemy jednak w społeczeństwie bardziej pruderyjnym niż kanadyjskie. Bohaterowie – jak wielu rodaków – jedynie półgębkiem mówią o swoich tęsknotach, afektach, niespełnieniach. O pożądaniach nie mówią wcale. Wstydzą się nawet spojrzeń, odwracają głowę, by nie nawiązywać kontaktu wzrokowego. Najbardziej intensywna scena rozgrywa się podczas wspólnej niewinnej nocy w jednym łóżku. Cała trójka leży grzecznie w pościeli, Asia śpi, Piotr i Kasia patrzą na nią z czułością, ale i z desperacją. Patrzą także na siebie, jakby mierzyli rywala. Paradoksalnie, młode pokolenie jest nieśmiałe i zahamowane, podczas gdy samotna matka Piotra nie wstydzi się emocjonalnego ekshibicjonizmu, byle tylko ściągnąć do siebie syna.

To uciekanie w aluzje i półsłówka wynika, rzecz jasna, również ze strategii twórców, którzy bardzo się pilnują, by nie popaść w psychologiczny banał. Kasia, na przykład, cierpi najpewniej na depresję. Opowiada, że chciałaby się roztrzaskać samochodem, a po udanej, jak się wydaje, nocy spędzonej z dziewczyną, wraca do domu płacząc. Czy przeżywa swą nieszczęśliwą miłość do Asi? Czy cierpi z powodu bycia lesbijką w nieprzyjaznej mniejszościom Polsce? Nie wiemy. Autorzy unikają stawiania kropki nad i, konsekwentnie utrzymują dzieło w tempie andante i tonacji stonowanej. Żadnych dramatycznych zwrotów, uniesień, krzyków. Może bohaterów gryzie głęboka rozpacz, a może jedynie „smuteczek nieduży”. Może i jedno, i drugie? Bo czy da się to wszystko tak łatwo i prosto rozdzielić?

Właśnie ta nieoczywistość jest w „Małych stłuczkach” ujmująca, zwłaszcza na tle dominującej w polskim kinie tendencji do walenia widza po pysku truizmami i wykrzykiwania mu do ucha morałów. Nie ma tutaj twardej, arbitralnej fabuły, rzecz skomponowana została z mini sekwencji nanizanych na cieniutką nitkę opowieści. I w tym kontekście „Stłuczki” wyróżniają się spośród rodzimych produkcji, których twórcy nie potrafią się uwolnić od schematycznego myślenia o narracji – jak A to B, a jak B to C. Zainscenizowane przez autorów filmu scenki czasami wypadają świeżo i dowcipnie, niekiedy sztywno i niewiarygodnie, ale nigdy nie przechodzą w zgrywę, co stanowi z kolei podstawowy grzech tzw. polskiego kina offowego.

Lecz zwiewność „Małych stłuczek” budzi też niedosyt. Zamiast kolejnego fajnego epizodu chciałoby się jednak otrzymać nieco bogatsze, bardziej zniuansowane portrety bohaterów (momentami wychodzą oni na strasznych nudziarzy). Nie zaszkodziłoby także, gdyby mocniej byli wrośnięci w polskie realia, gdyż – poza kilkoma śladami świadczącymi o lokalnej specyfice – film rozgrywa się w Polsce, czyli nigdzie.

Niezależnie od pewnych słabości, „Małe stłuczki” po prostu ogląda się z przyjemnością. Widać tu bowiem inteligencję, poczucie humoru, sympatię dla „outsiderów” odstających od „zdrowego trzonu większości”. Jak i wyczucie podskórnych prądów przebiegających między ludźmi.

Bartosz Żurawiecki, Małe stłuczki, „Kino" 2014, nr 09, s. 70

  

  BOGOWIE

2014 - Festiwal Filmowy w Gdyni - Grand Prix Wielka Nagroda Jury "Złote Lwy"
2014 - Festiwal Filmowy w Gdyni - Nagroda za scenariusz - Krzysztof Rak
2014 - Festiwal Filmowy w Gdyni - Nagroda za pierwszoplanową rolę męską oraz    Gwiazda Gwiazd Elle - Tomasz Kot
2014 - Festiwal Filmowy w Gdyni - Nagroda za charakteryzację - Agnieszka Hodowana i  Aneta Brzozowska

2014 - Festiwal Filmowy w Gdyni - Nagroda za scenografię - Wojciech Żogała
2014 - Festiwal Filmowy w Gdyni - Złoty Klakier
2014 - Festiwal Filmowy w Gdyni - Nagroda Dziennikarzy
2014 - Festiwal Filmowy w Gdyni - Nagroda Festiwali i Przeglądów

Filmu Polskiego za Granicą
2014 - Festiwal Filmowy w Gdyni - Nagroda Project London
2014 - Festiwal Filmu Polskiego w Ameryce (Chicago) - "Złote Zęby"
2014 - Festiwal Filmu Polskiego w Ameryce (Chicago) - Nagroda Publiczności

 

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria Łukasz Palkowski

Scenariusz Krzysztof Rak

Zdjęcia Piotr Sobociński jr.

Muzyka Bartosz Chajdecki.

Tomasz Kot - Zbigniew Religa

Piotr Głowacki - Marian Zembala

Szymon P. Warszawski - Andrzej Bochenek Magdalena Czerwińska - Anna Religa

 

O FILMIE:

Niezwykła opowieść o buntowniku, który rzucił wyzwanie naturze, władzy i własnym ograniczeniom. To film o pierwszym udanym polskim przeszczepie serca dokonanym przez prof. Religę w Zabrzu. Dramat nieudanych operacji, walkao każde uderzenie serca, wielkie ambicje i bolesne porażki, samotność geniusza, który stanął sam przeciwko swoim mentorom i rozpoczął rewolucję w polskiej medycynie. Jaką cenę musiał zapłacić za sukces?

W rolę prof. Religi wcielił się rewelacyjny Tomasz Kot, a partneruje mu plejada najlepszych aktorów, m.in. Jan Englert, Kinga Preis, Zbigniew Zamachowski czy Piotr Głowacki.

 „Bogowie” to oparta na faktach, filmowa opowieść o życiu profesora Zbigniewa Religi, który w latach 80. dokonał pierwszego w Polsce, udanego przeszczepu serca. Portret wybitnego człowieka, który odważył się zmienić obowiązujące zasady. Wyjmując z ludzkiego ciała serce, profesor przełamał moralne, kulturowe i religijne tabu. Kilka dekad temu transplantacja serca była według powszechnej opinii działaniem wbrew naturze. Film pokazuje początki dyskusji nad definicją śmierci biologicznej człowieka i granicami kompetencji chirurgów.

Wraz z ekipą młodych lekarzy, Zbigniew Religa przeciwstawił się swoim mistrzom. Jego zmagania to nie tylko walka o sprzęt i fundusze, ale przede wszystkim starcie zprzestarzałymi sposobami myślenia. Jest to prawdziwy portret buntownika, który całe życie chciał być pierwszy. Profesor uratował życie tysięcy ludzi, ale nie wszystkie operacje zakończyły się

Powodzeniem. Religa codziennie podejmował decyzje, które mogły zaważyć o życiu i śmierci pacjentów. “Bogowie” to film o wielkiej ambicji i sile woli, ale także o cenie, jaką trzeba zapłacić za sukces

 Entuzjazm, owacja na stojąco i poczucie ulgi: wreszcie film dla ludzi. Od pierwszego pokazu w Gdyni „Bogowie” Łukasza Palkowskiego stali się faworytem festiwalu, wyświetlane wkrótce po nich „Miasto 44” Jana Komasy nagle straciło wiodącą pozycję. Przynajmniej w kuluarach. Do tego stopnia, że dziennikarze postanowili właśnie „Bogom” przyznać swoją nagrodę – „na wszelki wypadek, gdyby jury zawiodło”. Ale jury nie zawiodło: Złote Lwy, nagrody za scenariusz, scenografię i charakteryzację. No i ta najbardziej oczywista – aktorska dla Tomasza Kota. A jeszcze: Złoty Klakier – nagroda publiczności dla najdłużej oklaskiwanego filmu festiwalu, nagroda organizatorów polskich festiwali za granicą, dystrybutorów polskich filmów w Wielkiej Brytanii. I znów dla Tomasza Kota. Sukces, niekwestionowany sukces.

Sukces to słowo klucz filmu Palkowskiego. „Bogowie” opowiadają bowiem o polskim sukcesie. To również opowieść o sukcesie jednostki wybitnej – profesora Zbigniewa Religi, twórcy polskiej szkoły przeszczepu serca, ale też Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu – sukcesie odniesionym w czasach, które odchodzą do historii jako najbardziej mroczne we współczesnych dziejach Polski. O sukcesie, który – o co w Polsce szczególnie trudno – został zaakceptowany przez ogół.

Można spojrzeć na „Bogów” jak na klasyczny film biograficzny, rodzaj docudramy. Postaci rzeczywiste – Zbigniew Religa, jego żona i współpracownicy, a także inne osoby ze świata medycyny i kardiochirurgii – wymieniane są z nazwiska, a ich autentyczność potwierdzają fotografie poprzedzające napisy końcowe. Pozostałe osoby w kadrze nazwisk nie mają, zlewają się w archetypy, niezbędne do uwiarygodnienia całej historii, podobnie jak archetypiczne wydają się poszczególne jej rozdziały. Oto młody zdolny chirurg wraca do kraju po zagranicznych stażach z głową pełną planów, których nie ma gdzie realizować. Aby uniknąć frustracji, wyjeżdża na prowincję, gdzie dostaje stanowisko w szpitalu, który jeszcze nie powstał. Buduje go od podstaw i przekształca w nowoczesną klinikę, bez której dziś nie można wyobrazić sobie polskiej medycyny, a przynajmniej jednego z jej działów – transplantologii.

Oczywiście, taka misja wymaga człowieka o ogromnej charyzmie, niemal ze spiżu. W przypadku Religi mamy jednak do czynienia z człowiekiem z krwi i kości – owszem, zdolnego skupić wokół siebie oddane grono, ale też świadomego swych słabości, trudnego we współpracy i relacjach osobistych, palącego łańcuszkiem i popadającego w alkoholizm. Aby zatrzymać przy nim widza – i nic nie ująć z legendy Religi, jaka trwa w świadomości społecznej – potrzebny był aktor o charyzmie równej co najmniej bohaterowi filmu. Takim aktorem okazał się Tomasz Kot. Religa w jego wykonaniu jest nie tylko fizycznie podobny do pierwowzoru, przypomina go w gestach, ruchach, nawet w tembrze głosu. To wyjątkowa kreacja, ale nie pierwsza w dorobku Kota – czy nie na podobnych środkach budował sylwetkę Ryszarda Riedla w „Skazanym na bluesa” Jana Kidawy-Błońskiego?

Warto też spojrzeć na „Bogów” jak na film historyczny – nie tylko dlatego, że pobrzmiewają w nim echa niedawnych dyskusji etycznych wokół przeszczepów. Także dlatego, że polemizuje z obrazem Śląska, utrwalonym w świadomości społecznej po dekadzie Gierka. Tymczasem Śląsk w „Bogach” jest nie tylko zadymiony i szary, ale też boryka się z problemami dobrze znanymi reszcie kraju. Szpital, którego kierownictwo obejmuje Religa, okazuje się rozbabraną budową, którą lekarze muszą dokończyć własnymi rękami. Innego znaczenia nabierają też pierwsze operacje przeszczepów serca, prowadzone w warunkach wiecznego niedoboru, z ograniczeniami w dopływie prądu i kartkami na benzynę. Do tego dochodzą wieczne kłopoty z poszukiwaniem środków i gotowość Religi do pójścia na układ z każdym, nawet diabłem czy partyjnym bonzą, by osiągnąć założony cel.

Obraz PRL-u z lat 80. wydać się może uproszczony i niepełny, ale pozostaje celny: wystarczy kilka kresek, by lepiej zrozumieć tło, na jakim dokonuje się jedna z najbardziej wartościowych polskich karier. Film kończy stopklatka, która płynnie przechodzi w najbardziej znane zdjęcie Religi – na sali operacyjnej, zmęczony, obok pacjenta, któremu właśnie przeszczepiono serce. To nie tylko efektowny chwyt, ale też ujawnienie metody twórczej Łukasza Palkowskiego i gwarancja autentyczności opowiadanej przez niego historii.

Mamy więc sukces. Sukces opowieści o polskim sukcesie. Pytanie tylko, czy w kraju, gdzie – jak pada z ekranu – nawet porażka bywa obiektem zazdrości, sukces jest możliwy?

Konrad J. Zarębski, Bogowie, „Kino" 2014, nr 10, s. 66

 

Kino Polskie

W dniach 10 – 12 lutego 2014 roku po raz kolejny DKF „Powiększenie” zaprezentował 6 seansów filmowych w ramach prezentacji kina polskiego. Jak co roku wybraliśmy filmy nagrodzone na festiwalu w Gdyni, ale też takie, które warto zobaczyć. Tradycyjnie pokazy skumulowaliśmy w ciągu trzech dni – istny maraton.  

  A oto filmy, które w tym roku wybraliśmy na pokazy :

10 lutego godz. 18.00 – Ida

                godz. 20.00 – Papusza

11 lutego godz. 18.00 – Płynące wieżowce

               godz. 20.00 – W imię

12 lutego godz. 18.00 – Chce się żyć

               godz. 20.00 – Bilet na księżyc

  Zainteresowanie przeglądem, jak co roku było bardzo duże. Na poszczególne seanse można było kupić bilety i chętnych nie zabrakło. Frekwencja była duża, tylko niewiele miejsc było wolnych.

  Wszystkie filmy zaproponowane i zaprezentowane przez DKF spotkały się z aprobatą widzów. Można było usłyszeć głosy o świetnie dobranym repertuarze. I pytania o kolejne przeglądy.